Biblioteka parafialna

 

 

wtorek 8.45 - 10.00 oraz 16.30 - 17.30 

 

  

 

ksiega

 

 

 

 

 

 

BIBLIOTEKA POLECA

 

31 JPII

„Gesty Jana Pawła II” autorstwa Janusza Poniewierskiego to książka, na którą składają się wspomnienia publikowane w „Tygodniku Powszechnym” po śmierci Papieża, to książka o teologii przekazu niewerbalnego Jana Pawła II. „Jego imię nawiązywało do bezpośrednich poprzedników [...]. Stanowiło zapowiedź kontynuacji ich programu i stylu. Ale przecież Jan Paweł II sięgnął jeszcze dalej i głębiej: nawiązał do czasów apostolskich. Do świadków Jezusa – do Jana Chrzciciela, który mówił swoim: Nawróćcie się! (...) Przygotujcie drogę Panu, i do umiłowanego ucznia, który powiedział światu, że Bóg jest miłością. Oraz do Pawła: Żyda, który stał się apostołem narodów”.

Ten pontyfikat – napisał André Frossard cytowany w prezentowanej książce – rozpoczął się tak: „Ściśnięty obręczą placu Świętego Piotra tłum (...) czekał na Papieża – i wtem ujrzał wyłaniającego się rybaka ludzi, w każdym calu podobnego do tych, których Chrystus wezwał do siebie na brzegach Morza Tyberiadzkiego. Rzekłbyś, że nowo przybyły przyszedł nie z Polski, ale z Galilei – z siecią na ramieniu i Ewangelią pod pachą...”. „Papież szedł przez plac krokiem pewnym i sprężystym. Trzymał w ręku pastorał zwieńczony krzyżem – i podpierał się nim jak laską. Przypominał pasterza prowadzącego stado”.

Papież wiedział dobrze, że słowo można wzmocnić gestem, ruchem rąk, pochyleniem ciała, mimiką, spojrzeniem (te gesty służyły temu, aby skupić uwagę wiernych na głoszonym Słowie Bożym), i świadomie wprowadzał ten przekaz niewerbalny, wygłaszając oficjalne orędzia, homilie, kazania. A zupełnie niezwykłe stawały się te znaki w kontaktach nieoficjalnych, w zwyczajnych rozmowach z pielgrzymami, w dialogach z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi, kiedy np. ku utrapieniu służb porządkowych i ochraniarzy wchodził w tłum wiernych i pozwalał się dotykać, a sam przytulał dzieci, brał je w ramiona, kładł ręce na głowach pątników, błogosławił, uśmiechał się, rozmawiał. Gesty Jana Pawła II mają swoje miejsce w historii Kościoła, w duchowości, teologii tak samo ważne jak teksty jego autorstawa (nazywany jest zresztą „Papieżem gestów”), a prezentowana książka jest opowieścią o świętości. „Mowa jego ciała była znakiem Bożej obecności w świętym, który żył pośród nas”. Niejeden z tych gestów był przez Papieża wielokrotnie powtarzany, a jednak zawsze niósł silny ładunek autentyzmu i szczerości wyrażanych w ten sposób słów i uczuć.

J. Poniewierski w prezentowanej książce tak zatytułował wybrane gesty: Trwanie przed Bogiem, Spojrzenie, Pod krzyżem, Tata, Święty gniew, Przypowieść o miłosiernym ojcu, Uścisk dłoni, Szeroko otwarte ramiona, Nosić cudze brzemiona, Radość życia, Pocałunek, Pośpiech.
Kiedy Jan Paweł II po raz pierwszy przybył do Polski jako Papież pozostający przecież „synem tej Ziemi”, na powitanie z Ojczyzną uklęknął i ucałował ziemię. Ten znak ma długi rodowód w dziejach Kościoła i w kapłaństwie „Naszego Papieża”. W taki sposób witał się z każdą kolejną parafią patron kapłanów, św. Jan Maria Vianney (Proboszcz z Ars). To gest pokory, miłości i posługi. Właśnie tak rozumiał realizację kapłańskiego powołania Jan Paweł II, jako posługę. Warto także pamiętać, że przed laty młody wikary, ks. Karol Wojtyła, uklęknął i ucałował ziemię, kiedy wszedł w granice parafii w Niegowici koło Bochni – tu rozpoczął duszpasterską posługę (więcej o tym w książce „Jan Paweł II. Rodowód” Józefa Szczypki). Całowaniem ziemi rozpoczynały się także pielgrzymki w innych państwach.
Przez chwilę warto się skupić na zdjęciach ukazujących tylko ręce: ręce Papieża i ręce pielgrzymów. Papież błogosławił: prawą ręką czynił znak krzyża, lewą kładł na gówkach dzieci, ramionach dorosłych. Każdy, kto znalazł się dość blisko, chciał dotknąć chociaż rękawa sutanny. Co nam to przypomina? Tłum ludzi wokół Jezusa i kobietę chorą na krwotok, kobietę, która uwierzyła. I to właśnie do niej Jezus powiedział: „Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź wolna od swojej dolegliwości” (por. Mk 5, 25-34). Z takiego spotkania z Papieżem niejeden wracał ze zdrową już duszą, nawrócony.
I jeszcze o rękach Papieża – modlił się z ramionami wysoko wzniesionymi ku niebu (jak Mojżesz), albo rozkładał je tak szeroko, iż każdy miał wrażenie, że także w tych ramionach się mieści. Dorośli podnosili swoje dzieci, albo trzymali je na ramionach, a Papież gestem dawał znać, że widzi tych wszystkich podnoszonych czy wspinających się wyżej lub ukrywających się gdzieś za czyimiś plecami, siedzących nawet na gałęziach drzew. I tu znowu nasuwa się skojarzenie ze sceną ewangeliczną: Jezus wszedł do Jerycha, niskiego wzrostu celnik Zacheusz bardzo chciał zobaczyć Jezusa, więc się wdrapał na sykomorę i stamtąd przyglądał się niezwykłemu Nauczycielowi i słuchał Go, a potem gościł Go u siebie i „zbawienie stało się udziałem” jego domu (por. Łk 19, 1-10).
Gesty Jana Pawła II utrwalone na zdjęciach i taśmach filmowych możemy wielokrotnie oglądać i dzięki temu powracać do czasów, kiedy tak odczuwalnie wzrastaliśmy w wierze. A co w nas pozostało z tamtych czasów?

Źródło: Janusz Poniewierski, Gesty Jana Pawła II, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.
Poranek poświęcony św. Janowi Pawłowi II odbędzie się w bibliotece parafialnej
we wtorek, 22 października 2019 r., o godz. 8.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

 29 anioly  

Modlitwa do Anioła Stróża

Aniele Boży, Stróżu mój,
któremu powierzył mnie Bóg
w swej ojcowskiej dobroci,
oświecaj mnie dzisiaj, broń,
prowadź i kieruj mną. Amen.

 

Na kartach Biblii, w ST i NT, anioły wielokroć są przedstawiane i aż dziw bierze, że tak rzadko o nich mówimy i tak niewiele o nich wiemy. Dlaczego tak się dzieje? Nieuważnie czytamy Pismo Święte? Nie przywiązujemy większego znaczenia do tych wysłanników Boga? Otóż, aniołowie przybywają zwykle niepostrzeżenie do swoich podopiecznych, są dyskretni, cisi, niezauważalni. Niejeden z bohaterów biblijnych nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie spotkał się z przedstawicielem Boga. A anioły przynosiły dobre wieści, Boże błogosławieństwo – np. bezdzietni Abraham i Sara od trzech przybyłych ludzi dowiedzieli się, iż za rok będą szczęśliwymi rodzicami (por. Rdz 18, 14). Anioły interweniowały, gdy ludziom groziło jakieś niebezpieczeństwo – tak było z rodziną Lota (por. Rdz 19, 12-15). W Nowym Testamencie także są. To właśnie wysłany przez Boga anioł Gabriel przyszedł do młodziutkiej Maryi i powiedział Jej, że pocznie i porodzi Syna, i uspokajał ją: Nie bój się, Maryjo! (por. Łk 1, 26-30). Wysłannicy Boga towarzyszą także nam, współcześnie żyjącym ludziom. Każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, dobrze by było chociaż czasem podziękować Mu za rady i opiekę.
„Kiedy Anioł Stróż zaczyna się nami opiekować? Św. Tomasz utrzymuje, że w chwili, gdy przychodzi na świat dziecko, Bóg przywołuje jednego ze Swych cudownych aniołów i oddaje noworodka jego specjalnej opiece. Nie dzieje się to w chwili powstania duszy i zjednoczenia z ciałem – co ma miejsce przed narodzinami, gdy dziecko tworzy jedność wraz z matką i jest chronione przez jej Anioła Stróża – lecz dopiero, gdy przychodzi ono na świat. Anioł rozpoczyna swą służbę jeszcze przed chrztem. [...] Często słyszymy deklaracje typu: Udało mi się cudem uciec, O mały włos nie udałoby mi się. A jak wygląda prawda? Najprawdopodobniej nasz anioł wyrwał nas z zagrażającego nam niebezpieczeństwa”.
Trzy anioły, które w sposób szczególny wymieniane są w Piśmie Świętym, to św. Michał z jego okrzykiem wojennym „Któż jak Bóg” (nomen omen), gdy rozpętała się bitwa ze zbuntowanymi aniołami, następnie św. Gabriel noszący zaszczytny tytuł „Anioła Wcielenia Syna Bożego” oraz św. Rafał, którego imię znaczy „lekarstwo Boga”.
Św. Jan Bosko, patron naszej parafii, oczywiście także miał swojego Anioła Stróża. Ojciec O’Sulivan tak to ujął: „Heretyków doprowadzało do szału dobro czynione przez Dona Bosco i na drodze przemocy usiłowali uwolnić się od jego wpływu. [...] Pewnego razu, wracając nocą do domu, Bosco przechodził przez nieciekawą dzielnicę miasta. Nagle zobaczył podążającego za nim psa. Z początku przestraszył się, lecz już po chwili zorientował się, że pies jest nastawiony do niego bardzo przyjaźnie. Zwierzę odprowadziło go do drzwi domu i odeszło. [...] Bosco nazwał psa Grigio”. Grigio wiele razy ratował Jana Bosco z opresji.
A jeśli Czytelnik chciałby wiedzieć więcej o trzech Książętach Nieba (MICHAŁ, GABRIEL i RAFAŁ), o CHERUBINACH, SERAFINACH i TRONACH, o ANIOŁACH STRÓŻACH i innych, oraz o modlitwie do

Nich, to zapraszam do biblioteki parafialnej po książkę:
„Wszystko o aniołach” Paula O’Sulivana, OP.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

 

30 moc milczenia

Kardynał Robert Sarah, Nicolas Diat:
„Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu”

 

Wybieraj takie lektury, które raczej pobudzają myśl, niż zaspokajają ciekawość.
Tomasz à Kempis

 

Do biblioteki parafialnej zaglądają czytelnicy zainteresowani tradycyjnie publikowanymi książkami. Wiem, w czasach Internetu to nie jest konkurencja, ale miłośnikom książek nadal sprawia przyjemność wertowanie kartek. Są tu książki napisane dawno i wielokrotnie wznawiane (np. „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza
à Kempis), jest także sporo nowości, np. „Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu” kardynała Roberta Saraha oraz pisarza Nicolasa Diata.
Opublikowaną w 2016 r. „pobudzającą myśl” księgą o duchowości jest „Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu” kardynała Roberta Saraha i pisarza Nicolasa Diata. W czterech rozdziałach zawartych jest 365 ponumerowanych myśli, możemy je przyjąć jako propozycję rozważań na kolejne dni roku; możemy je potraktować jako ćwiczenie własnej duchowości. W dodatku autorom udało się zaprosić do współpracy, tzn. do mówienia o ciszy, dom Dysmasa de Lassusa – przeora klasztoru Wielka Kartuzja i generała Zakonu Kartuzów, a rozmowy odbyły się na terenie klasztoru, bo jest taka tradycja, że przeor nigdy nie opuszcza pustyni kartuzji. A my, dzięki temu, czytając książkę, możemy się przyjrzeć wnętrzom klasztoru, poobserwować zakonników. Rozmowa z przeorem Wielkiej Kartuzji jest w rozdziale piątym. O tę rozmowę kard. R. Sarah zabiegał prawie pięć lat.
Mówić o ciszy, o milczeniu – to jakiś paradoks. „Czy brak słowa, hałasu, dźwięku zawsze jest ciszą?” – Takie pytania zadaje pisarz, Nicolas Diat, a kard. Robert Sarah odpowiada: „Milczenie nie jest nieobecnością. Przeciwnie, jest przejawianiem się pewnej obecności, najbardziej intensywnej ze wszystkich. Dyskredytowanie ciszy przez współczesne społeczeństwo jest symptomem ciężkiej i niepokojącej choroby. Prawdziwe pytania życiowe nasuwają się w ciszy”.
Na kartach tego dzieła jest wiele perykop biblijnych, zwłaszcza tych o ciszy, słuchaniu, modlitwie, kontemplacji, np. o Marii i Marcie, które odwiedził Jezus – pierwsza z sióstr natychmiast przerwała domowe zajęcia, by słuchać Nauczyciela, natomiast Marta nadal trwała w jakimś wewnętrznym rozproszeniu i „niepokoiła się o wiele”, zapominając o najważniejszym (Łk 10, 41). A to właśnie w takich chwilach wewnętrznego skupienia dzieją się w życiu zwyczajnych ludzi (za takich się mieli) rzeczy niezwykłe, w takiej mistycznej ciszy ludzie doświadczają Boskiego działania. Myślę tu o milczącym cieśli z Nazaretu, a przede wszystkim o Najświętszej Maryi Pannie. W dialogu autorów pada również pytanie: „Dlaczego Maryja tak bardzo milczy w Ewangeliach?” Maryja milczy, bo „tylko milczenie odsłania otchłanie życia. Wielkie dzieła Boga są owocem milczenia. [...] Maryja jest w rzeczywistości tak milcząca, że Ewangeliści mało mówią o Matce Boga. Jest całkowicie pochłonięta kontemplacją, adoracją i modlitwą. Skrywa się w swoim Synu, istnieje tylko dla swojego Syna. Znika w swoim Synu”.
Redagując poszczególne myśli, kard. R. Sarah odwołuje się często do autorytetów, są wśród nich min. Blaise Pascal, Jan Paweł II, Matka Teresa z Kalkuty. A za Benedyktem XVI powtarza: „ Nie bójmy się ciszy wokół nas i w nas samych, jeśli chcemy, żeby nam się udało usłyszeć nie tylko głos Boga, ale i głos tych, którzy żyją obok nas, głos innych ludzi”.
Dlaczego boimy się ciszy? Dlaczego w ciągu dnia tak trudno wyłączyć choć na chwilę radio, telewizor, telefon? Dlaczego idziemy raczej tam, gdzie jest hałas? Cisza nas niepokoi. Może boimy się usłyszeć głos własnego sumienia, jakieś niepokojące pytania o naszą postawę, o sens własnego życia. Może boimy się pytań trudnych, może nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Może odpowiedzieć nie chcemy? Spróbujmy, czytając poszczególne myśli, zagłębić się w ciszę tak, abyśmy usłyszeli i zrozumieli przyczynę własnego wewnętrznego niepokoju. „Niepokój – zauważa dom Dysmas – nie wynika z ciszy samej w sobie, lecz z tego, co ona objawia. Rekolektant przyjeżdża do kartuzji, żeby spotkać Boga, i na początku spotyka kogoś, kogo nie spodziewał się spotkać: samego siebie. Zaskoczenie nie jest szczególnie miłe”.
„Najtrudniejsza jest jednak cisza wewnętrzna. W celi, na modlitwie, mogą się rozpętać wielkie hałasy duszy. Gry umysłowe, myśli i emocje radośnie odrywają nas od modlitwy. Hałas dosłownie nas rozbija i rozdziela. [...] Milczenie warg wymaga pewnej woli; wewnętrzna wrażliwość, w ciszy, na to, co w nas mieszka, wymaga długotrwałej pracy, prawdziwego oswajania”. (s. 294-295) Hałas nas niszczy, osłabia naszą wrażliwość, rani naszą duchowość. Człowiek, jeśli tylko chce, doskonali się przez całe życie. I z duchowością ciszy też tak jest. Więc, jeśli weźmiemy do ręki książkę o ciszy – to czytajmy ją w ciszy.

ródło: Kardynał Robert Sarah, Nicolas Diat, Moc milczenia.Przeciw dyktaturze hałasu, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2017.

Polecam, Maria Studencka

 

 

 

28 7km

Tym razem polecam Czytelnikom niemal klasycznie skomponowaną powieść, tzn. jest tu fabuła utrzymana w konwencji realistycznej, wszystko, co się dzieje, spełnia warunki prawdopodobieństwa, czas i miejsca akcji osadzone są w świecie naprawdę istniejącym.
Miejsce centralne osi czasu i zdarzeń usytuowane jest na drodze do Emaus 7 km od Jerozolimy. Tak, czytelnik od razu kojarzy to miejsce z ewangelicznym przekazem. Pamiętamy dobrze, że dwaj uczniowie przygnębieni śmiercią Jezusa i tajemniczym zniknięciem Jego ciała z grobu nie rozpoznali Go (już Zmartwychwstałego) w spotkanym podróżnym (por. Łk 24, 13-27).

Narratorem powieści jest główny bohater utworu – dr Aleksander Forte. Dzięki tej pierwszoosobowej narracji poznajemy subiektywne odczucia bohatera, jego tok rozumowania, wąpliwości. Doktor Aleksander Forte do niedawna był człowiekiem świetnie zorganizowanym, uważał, że wszystko ma pod kontrolą, że żadna niespodzianka w jego życiu nie ma prawa się zdarzyć. Był cenionym specjalistą od reklamy: znane firmy, sławni ludzie biznesu i politycy chętnie go zatrudniali. Aleksander wszystko zawsze dokładnie planował, obmyślał każdy detal opracowywanej reklamy, wolał nie zawierzać niczego szczęśliwemu zbiegowi okoliczności czy przypadkowi, był rzetelnym fachowcem. Aleksander uważał, że jest człowiekiem z zasadami. Został wychowany tak, że każdą rozpoczętą sprawę doprowadzał do końca. I za to również był ceniony. Jednym słowem, Aleksander to człowiek młody, wykształcony, zdolny, ambitny, dobrze zarabiający i zdrowy. Osiągnął pewien etap stabilizacji życiowej, ma rodzinę: żonę i córeczkę. A jednak pewnego dnia wszystko w jego życiu się zmieniło, runęło: żona zażądała rozwodu, zabrała córeczkę, on podupadł na zdrowiu, stracił pracę, nie miał nowych kontraktów, zaczęło mu brakować pieniędzy. W dodatku w życiu Aleksandra zaczęły się dziać dziwne rzeczy, sytuacje, których w żaden sposób nie był w stanie zracjonalizować. Przypisywał je zmęczeniu, psychicznemu rozbiciu, emocjonalnym niepokojom, utracie zdrowia. Zauważył też, że ludzie dosłownie odsuwają się od niego, odczuwają w jego obecności jakiś dziwny niepokój. Niektórzy uważali, że jest ciężko chory i że jego dni są policzone. Po rozwodzie jego życie straciło sens. Za ostatnie pieniądze kupił książkę, a potem zauważył, że przyniósł do domu zupełnie inne dzieło. Uważał, że to zwykły przypadek, taka pomyłka. Ale dzięki tej pomyłce pojechał do Ziemi Świętej, i... nadal uważał, że to przypadek.

Pewnego dnia Aleksander – życiowy bankrut, do niedawna znany specjalista od reklamy, świetnie znający techniki funkcji impresywnej tekstu, świadom tego, że reklama bazuje na manipulacji językowej – uległ złudzeniu, że sam padł ofiarą jakiejś manipulacji, że ktoś go „wkręca”, ciągle jeszcze próbował zawęzić rzeczywistość do świata poznawalnego empirycznie. Kiedy jednak dotknął dna, raz i drugi wyszedł cało i bez szwanku z sytuacji mrożącej krew w żyłach, pomyślał, że te zdarzenia są częścią jakiegoś planu, którego nawet najbystrzejszy człowiek rozumem nie ogarnie. I wtedy zdecydował: „Opowiem tę historię, choć mam pewne opory. Jest ona absolutnie prawdziwa, ale nie mam pewności, czy ludzie mi uwierzą. Ja sam nie dałbym chyba wiary komuś, kto by mi ją opowiedział. I chwilami z trudem udaje mi się przekonać nawet siebie, że to się wydarzyło. [...] A więc tego roku, między wiosną i końcem lata, zdarzyło się coś szczególnego, co skłoniło mnie do wędrowania, w samym środku sierpnia, drogą prowadzącą z Jerozolimy do Emaus. Tak, Jerozolima i Emaus. Ziemia Święta. Droga ma dwanaście kilometrów długości i biegnie przez pustynię. [...] Wędrować pieszo tą trasą – to jedna z zaskakujących decyzji, jakie podjąłem kilka miesięcy temu. Byłem wtedy zmęczony, zrozpaczony, rozdrażniony, zrezygnowany. Ale teraz wiem, że to wszystko było częścią jakiegoś planu, że miało swój cel. [...] Mój wzrok zatrzymał się na ładnej, zadbanej łączce po lewej stronie drogi – to nieoczekiwana w tym miejscu plama zieleni. Rozejrzałem się jeszcze dokoła i dostrzegłem, również po lewej stronie, piechura idącego za mną w odległości jakichś stu metrów. Pomyślałem ‘Jeszcze jeden szleniec’. I szedłem dalej. [...] Ale kto to mógł być? Turysta, pielgrzym? W swoim dziwnym ubraniu wyglądał na jakiegoś duchownego, może zakonnika”.

Obaj wędrowcy usiedli na jakichś przydrożnych kamieniach, zaczęli rozmawiać. Nieznajomy przedstawił się: Jestem Jezus. To pytanie, kim jest około 35-letni mężczyzna spotkany na drodze do Emaus, wielokrotnie się powtarza w toku narracji, bo Aleksander nie dowierza ani pątnikowi, ani sobie. Zresztą, wszystko, co się ostatnio działo w jego życiu, było zaskakujące, jakieś niedorzeczne, wymykało się spod kontroli rozumu: no bo np. skąd dopiero co poznany człowiek znał nie tylko tożsamość Aleksandra, ale wiedział także o jego chorej wątrobie i – zdaje się – uleczył ją? A jednak Aleksander wiele razy wraca na tę drogę (pieszo lub samochodem), zawsze mając nadzieję, że znowu spotka tam dziwnego turystę, że raz jeszcze zada Mu pytanie: Kim jesteś?, że raz jeszcze usłyszy jakąś zdumiewającą interpretację zaistniałych zdarzeń epizodycznych. A tych sporo jest wplecionych do głównego wątku. Losy bohaterów epizodycznych splatają się z losami Aleksandra, bo są to jego znajomi, czasem pracodawcy. Sam Aleksander przekonuje się, że nieraz błędnie ocenił człowieka lub sytuację, że nieraz – on, spec od reklamy, znawca języka – został wyprowadzony w pole przez nieuczciwego gracza. Z drugiej strony – kilka razy uszedł z życiem z tak trudnej sytuacji, iż sam pomyślał o jakiejś Boskiej interwencji. Sądził także, że jego sytuacja rodzinna jest tak beznadziejna, iż tu już nic zrobić nie można, a jednak odzyskał żonę i córkę. Więc jak? Będziemy (jak do niedawna Aleksander) nadal utwierdzać się w przekonaniu, że „wszystko mamy pod kontrolą”, czy może będziemy powoli wraz z odrodzonym Aleksandrem wzrastać w wierze, „wychodzić na drogę do Emaus”, by spotkać i rozpoznać Jezusa? Tę powieść na pewno warto przeczytać, warto przemyśleć, warto o niej porozmawiać.

 

Źródło: Pino Farinotti, 7 km od Jerozolimy, Wydawnictwo Jedność, Kielce 2015.
Prezentowanej książce w bibliotece parafialnej poświęcimy wtorkowy poranek,
15 października 2019 r., godz. 8.45.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

26 MonikaAugustyn

Matka i syn:
św. Monika i św. Augustyn


Wspominając w Kościele dzień po dniu dwoje świętych z jednej rodziny, św. Monikę (27 sierpnia) i jej syna, św. Augustyna (28 sierpnia), zastanawiamy się nad ich drogą do świętości. I przenosimy się w przestrzeń i czasy odległe – do Tagasty w Afryce pierwszych wieków chrześcijaństwa.
Hagiografowie opowiadają, że Monika (332 – 387) – dziś czczona jako święta wdowa i patronka matek – nie miała łatwego życia. Była młodą wierzącą panną, kiedy wydano ją za mąż za poganina, człowieka gwałtownego, wybuchowego. Monika była wobec męża łagodna i cierpliwa. Jej pobożność i wytrwałość pięknie zaowocowały: mąż się nawrócił. Umarł w rok po przyjęciu chrztu. Po śmierci męża wdowa miała jeszcze jedno zmartwienie: jej ukochany syn Augustyn (354 – 430) prowadził nieodpowiedni tryb życia. I znowu modlitwa kochającej matki spowodowła przemianę syna. Augustyn wyjechał z Tagasty, udał się do Mediolanu, Monika podążyła za nim. W Mediolanie biskupem był wtedy św. Ambroży. Pod wpływem jego nauki dopełniło się dzieło nawrócenia Augustyna. Matka doczekała się przyjęcia chrztu przez dorosłego już syna. A my dzięki tej opowiastce hagiograficznej przekonujemy się o potędze modlitwy. Fragmenty jednej z nich, autorstwa św. Ambrożego, cytuję niżej.
Biskup Mediolanu, św. Ambroży: Aeterne rerum Conditor


Wieczysty rzeczy Stworzycielu,
Ty, który dniem i nocą rządzisz,
Ty, co odmieniasz pory czasu,
Aby nam ulżyć w trudach życia!

Już pieje dnia radosny zwiastun,
Który w głębokiej nocy czuwa.
Światło wśród mroku dla wędrowców,
Światło dzielące noc od nocy.

Wołaniem kura przebudzona
Jutrzenka nocny mrok rozprasza,
A cała zgraja błędnych duchów
Przestaje ludziom czynić szkodę.

Żeglarz z otuchą ster ujmuje,
Fale się morza cichsze ścielą.
Słysząc wołanie kura, Kościół
Opoka płacze grzechów swoich.

Powstańmy teraz pełni mocy!
Już kur leżących ze snu budzi,
Woła, omdlałych napomina,
Tych, którzy przeczą, przekonuje.

Nadzieja wraca z jego śpiewem
I zdrowie krzepi ciała chore.
W pochwę się kryje miecz mordercy.
Kto zrozpaczony – znowu ufa.

Spójrz, Jezu, na tych, co upadli.
Spojrzeniem swoim nas podźwignij.
Gdy na nas patrzysz, giną grzechy
I we łzach wina się rozpływa.

Ty światłość jesteś. O, zabłyśnij
Zmysłom i mroki duszy rozprosz!
Ciebie niech sławi głos nasz pierwszy,
Ciebie niech sławi pieśń ostatnia.

Bibliografia:
Św. Augustyn, Wyznania, tłum. Z Kubiak, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2018.
Żywoty Świętych Pańskich, Warmińskie Wyd. Diecezjalne, Olsztyn 1999.
Polecam, do biblioteki zapraszam we wtorek, 27 sierpnia, o godz. 9.45. Maria Studencka

 

 

 

25 Knabit

Od wielu lat na okładkach różnych książek o. Leona Knabita OSB jest jego twarz z niezmiennym rozpoznawalnym zestawem cech w stereotypowym postrzeganiu wykluczających się: radosny uśmiech i ascetyczny wygląd. A te cechy są, jak mniemam, zewnętrznymi znakami stanu ducha Czcigodnego Ojca Leona. Niewielka książeczka pt. O RADOŚCI to taki jego portret wewnętrzny, ale także zbiór lekko podanych i jednocześnie z całą powagą traktowanych refleksji na temat radości życia właśnie (i nie należy tego utożsamiać z wesołością).
Ojciec Leon ma do siebie dystans, żartuje i śmieje się z siebie, wie że ten ascetyczny wygląd wywołuje u ludzi chęć dokarmiania mnicha. Ludzie, jak mnie widzą – mówi o. Leon – najpierw pytają, czy coś zjem, a dopiero potem mówią „pochwalony”. A kiedy proszą, bym wybrał, czy wolę usiąść na twardym krześle, czy na miękkim, odpowiadam, że to wszystko jedno, bo i tak zawsze siedzę na twardym. Kiedy opuszczałem diecezję siedlecką, by przenieść się do Tyńca, mój biskup, Ignacy Świrski, martwił się: „W klasztorze się chudnie, a ksiądz już nie ma z czego schudnąć. Cuda się zdarzają, ale to rzadki przypadek, żeby kościotrup mógł pracować”. Po Polsce – wspomina o. Leon – krążyła kiedyś taka fraszka:
Pan Bóg jest dowcipny,
każdy się przekona,
bo stworzył żyrafę i ojca Leona.
Czym [...] jest radość – stanem umysłu, uczuć czy ducha? O. Leon tak odpowiada:
Radość jest przede wszystkim stanem ducha.
Radość to zgodność stylu życia z tym, co Pan Bóg człowiekowi przeznaczył.
Czy do radości życia zdolni są tylko ludzie obdarzeni jakimiś specjalnymi cechami, czy też można się jej nauczyć? Można nad tym pracować, na pewno należy o nią dbać jak o każdy inny dar, ale nic przecież, co jest wrtościowe, nie przychodzi bez naszych starań. „Człowiek czasem chciałby, żeby jakiś jego problem sam się rozwiązał [...]. W ten sposób niejako sam się odczłowiecza: rozum, wola idą w odstawkę. Tymczasem żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba narzucić sobie pewne ograniczenia i zaangażować w to całego siebie”. Człowiek, który wie, jakiemu celowi służą niezbędne ograniczenia, przyjmuje je z radością. I tu dotykamy sfery duchowości. „Byłoby dobrze – mówi o. Leon – żeby człowiek wierzący mniej musiał, a więcej chciał. Pamiętam dobrze zdanie pewnego mnicha: Ja w klasztorze niczego nie muszę. A przecież żył ‘pod regułą i opatem’, nie mógł swobodnie sobą dysponować. Ale na tym to polega: dojrzała wiara to wiara, która widzi sens niewygód, wyrzezeń, poświęceń. Która cieszy się, że coś może dać temu, kogo kocha – swoich pożytków zapomniawszy”.
Mnie taka argumentacja przekonuje. Nie muszę pisać kolejnego felietonu o książce z półki w bibliotece parafialnej, ja po prostu chcę to robić. W dodatku mam nadzieję, że ktoś tę wartościową książkę wypożyczy, przeczyta i z innymi podzieli się swoją refleksją.

 

Na rozmowę o radości zapraszam do biblioteki parafialnej we wtorek, 20 sierpnia 2019 r., godz. 8.45.
Maria Studencka

 

 

 

24 Akropol

Na książkę pt. „Akropol z hołdy czyli teologia Śląska” składa się „25 rozmów z księdzem Jerzym Szymikiem o Śląsku i teologii, o poezji i kapłaństwie, o Pszowie i podróżach, o życiu i naszym świecie”. Całość poprzedzona jest wstępem naukowca związanego z Uniwersytetem Wrocławskim pochodzącego z Tarnowskich Gór, prof. Jana Miodka. Współuczestnikiem każdego z tych dialogów jest ksiądz, więc nie mogło tu zabraknąć pytań o duchowość, wiarę, Boga. „Jest – pisze prof. J. Miodek – głęboką mądrością, noszącą znamiona pięknego aforyzmu, Szymikowa definicja modlitwy: Jest to myślenie o Bogu z miłością. Rozmówcami Jerzego Szymika są dziennikarze, poeci, intelektualiści. Wywiady te (publikowane min. na łamach śląskiej prasy) przeprowadzone zostały w latach 1994-2002, a wyłania się z nich portret kapłana – Ślązaka – poety – intelektualisty – teologa. Jednym słowem, osobowość bogata, człowiek bardzo pracowity, obdarzony wieloma talentami, a przy tym skromny i zwyczajny. 

Po szkole średniej został przyjęty na polonistykę, jednak w miesiąc później był pewien, że jego powołaniem jest kapłaństwo. Wtedy jeszcze nie wiedział, że będzie także poetą i naukowcem. Po maturze czuł ogromny niepokój, po latach wspominał tamten głos wewnętrzny: „Synek, bydziesz nieszczęśliwy, jak to tak zostawisz. Musisz wrócić do pomysłu z dzieciństwa, kiedy żeś chcioł zostać księdzem”. Rodzice nie nakłaniali go do zmiany decyzji, mógł sam wybierać, a oni nad nim czuwali. I tak Jerzy wyjechał na siedem lat z rodzinnego Pszowa, wtedy jeszcze nie czuł takiej więzi z Małą Ojczyzną, żeby pragnąć tu zostać na zawsze. Oczywiście, rodzinę odwiedzał. Mentalny powrót do „kraju lat dziecinnych” nastąpił w Lublinie, kiedy pracował na KUL-u i nie miał żadnej „własnej parafii”, z którą byłby jakoś szczególnie związany.
Bezpośrednio po studiach był przez osiem lat wikarym w różnych śląskich parafiach. Środowisko wysoko oceniało jego posługę, on czuł się w tym dobrze. Kiedy okazało się, że ma zostać pracownikiem naukowym, niektórzy koledzy mu to odradzali, reagowali nieufnie, mówili: „Książki czytosz? Jak żeś jest ksiądz, to mosz spowiadać” (to taki śląski stereotyp). Uważali, że powinien zostać „robotnym farorzem”, zwłaszcza że „ksiądz-naukowiec nie zawsze dobrze spełnia się w praktycznym duszpasterstwie”. Tę sprawę księdzu Jerzemu pomógł rozeznać arcybiskup Alfons Nossol. Argumentował tak: „Słuchaj, będziesz miał wpływ na księży! Będziesz ich uczył. Ci księża pójdą później ‘na front’, do ludzi, i ta nauka pójdzie w tysięczne!” I tak się stało.
Do dziś ksiądz profesor pracuje na różnych uczelniach, do dziś zawsze bardzo starannie przygotowuje się do zajęć ze studentami (w ten sposób ich szanuje) – taka śląska pracowitość to jedna z tych cech, które w naszym regione wynosi się z domu rodzinnego. „Niemniej jednak – zastanawia się ks. Jerzy – to chyba nie jest źle, jeśli człowiek służy Kościołowi w swojej specjalności, czyli na miarę swojego a nie cudzego talentu?” Dziś w dorobku naukowym księdza profesora J. Szymika jest kilkadziesiąt rozpraw z chrystologii, metodologii teologii, teologii kultury, teologii J. Ratzingera/Benedykta XVI.
Można powiedzieć, że chłopiec z niewielkiej miejscowości robi wspaniałą karierę... podsuwają rozmówcy kolejną myśl pod rozwagę. „W żaden sposób – mówi ks. Jerzy – nie projektuję [...] swojej kariery. Być może to jest jakiś dar. W każdym razie wciąż na wyciągnięcie ręki mam wystarczająco dużo dobrych rzeczy do zrobienia”.
Pszowscy sąsiedzi lubią ks. Jerzego, wiedzą, że jest to nadal „swój chłop”, że uczone książki nie przewróciły mu w głowie, że można z nim zwyczajnie „po naszymu pogodać”. Pamiętają też, jak ks. Jerzy, zakasawszy rękawy, w zwykłym roboczym ubraniu, remontował rodzinny dom wybudowany przez dziadka jeszcze w latach 20/30 ubiegłego wieku. Ksiądz Jerzy jest emocjonalnie związany z rodzinnym Pszowem, wie, „że odcięte korzenie życiowe są nie do odbudowania”. A jakie znaczenie, jakie miejsce w jego losie mają śląskie hołdy? „Żal, że znikają – mówi ksiądz Jerzy. To element mojego materialnego i duchowego krajobrazu [...]. Przemijanie – to nieusuwalny element condition humaine, statusu stworzeń, obdarowanych życiem. [...] Hołdy przemijają. Ale czy są rzeczywiste, czy metaforyczne, czy trwają, czy też są wspomnieniem jedynie – trzeba je przemieniać w Akropol. A to już zależy od nas, dzieci tej ziemi”.

 

Ks. Jerzemu Szymikowi poświęcony będzie poranek w bibliotece parafialnej
we wtorek,13 sierpnia 2019 r. Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

24 loyola

Św. Ignacy Loyola (1491 – 1556)
AD MAIOREM DEI GLORIAM


Najsłynniejszym dziełem współzałożyciela Towarzystwa Jezusowego (1540 r.) są Ćwiczenia duchowne. Ignacy z Loyoli – dobrze urodzony modny młodzieniec, wierny wasal hiszpańskiego króla, do niedawna rycerz, dzielny obrońca Pampeluny w 1521 r. – postanowił zmienić swoje życie, nawrócił się, zaczął pracować nad własną duchowością i w 1522/23 r. napisał ww. Ćwiczenia. Zatem, te bardzo cenione rady o pracy nad sobą, o rachunku sumienia zostały zredagowane zanim I. Loyola został zakonnikiem, zanim ukończył studia teologiczne, zanim przyjął święcenia kapłańskie (miał już 47 lat). A służy ta niewielka książeczka do dziś spowiednikom, penitentom, rekolektantom.
Są w tej książce także „Reguły o trzymaniu z Kościołem”. Niżej cytuję kilka z nich:
„Pochwalać spowiedź przed kapłanem i przyjmowanie Najświętszego Sakramentu raz w rok, a jeszcze bardziej co miesiąc, a jeszcze o wiele lepiej co tydzień, z zachowaniem wymaganych i należnych warunków”.
„Pochwalać śluby zakonne posłuszeństwa, ubóstwa i czystości i inne śluby doskonałości nadobowiązkowe. Należy tu zwrócić uwagę, że ślub dotyczy tego, co zmierza do doskonałości ewangelicznej, przeto nie należy ślubować tego, co się od tej doskonałości oddala, np. uprawiania handlu, lub zawarcia małżeństwa”.
„Pochwalać wreszcie wszystkie przykazania kościelne, trzymając umysł w gotowości do szukania racji dla ich obrony, w żaden zaś sposób dla ich zawalczania”.

 

Źródło: Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne,Wydawnictwo WAM, 2002.
Zapraszam do biblioteki parafialnej na poranek o św. Ignacym Loyoli we wtorek, 30 lipca 2019 r.,
Maria Studencka

 

 

 

23 sw anna

26 lipca wspominamy w Kościele dwoje świętych małżonków: Annę i Joachima – rodziców Najświętszej Maryi Panny. Jednak, na próżno szukać o nich wiadomości w kanonicznych księgach biblijnych, nawet ewangeliści ich nie wymieniają. Dzieje tej pary poznajemy z apokryfów. W „Protoewangelii Jakuba” (druga poł. II w.) jest taka perykopa:
Anioł Pański stanął i rzekł:
„Anno, Anno!
Wysłuchał Pan Bóg modlitwę twoją.
O co tak żarliwie ta bogobojna kobieta z rodu Dawida pochodząca z Betlejem prosiła Pana Boga? – O dziecko. Są przedstawione w Piśmie Świętym małżeństwa, które długo czekały na potomka, a radość z narodzin dziecka przyszła, gdy już niemal tracili nadzieję, bo byli ludźmi w podeszłym wieku: Abraham i Sara, Zachariasz i Elżbieta. Anna i Joachim zapewne wiedzieli o pierwszej parze, a drugą prawdopodobnie znali. Bezdzietność wówczas była traktowana przez Żydów jako znak przekleństwa, jako kara za grzechy, hańba. Anna i Joachim przez 20 lat cierpliwie znosili upokorzenia i wierzyli, że otrzymają dar rodzicielstwa, że nastąpi cud poczęcia. Złożyli także ślub, że dziecko poświęcą służbie Najwyższego. Tym długo wyczekiwanym dzieckiem jest Maryja, matka Jezusa.
Na naszych ziemiach – czytamy w prezentowanej książeczce – zwłaszcza kult św. Anny jest głęboko zakorzeniony: pod jej wezwaniem jest 180 kościołów, są nazwy miejscowe z jej imieniem: Góra Świętej Anny na Opolszczyźnie, Święta Anna koło Częstochowy.

 

Źródło: Święta Anna, Edycja świętego Pawła, Częstochowa 2017.
Na poranek o św. Annie zapraszam do biblioteki parafialnej we wtorek, 23 lipca 2019 r., godz. 8.45.
Maria Studencka

 

 

 

22 Martini

O. James Martin SJ

Książka, którą dziś polecam, nosi tytuł JEZUS. W Polsce ukazała się w 2017 r. Teolodzy i bibliści, którzy recenzowali to dzieło, zgodnie twierdzą, że „ojciec James Martin dał nam niezwykłe połączenie najnowszych badań biblijnych, własnych doświadczeń pielgrzymich z Ziemi Świętej, wyobraźni, poczucia humoru i mądrego kierownictwa duchowego”. „To nie jest książka o pielgrzymce. To jest pielgrzymka, a my wyruszamy na nią w towarzystwie wspaniałego gawędziarza. Nie miałem ochoty jej zakończyć” – dodaje inny biblista.
Wydawać by się mogło, że o Jezusie napisano już wszystko, skoro tyle o Nim uczonych rozpraw, zbeletryzowanych biografii. Nie, o. J. Martin przekonuje, że każde spotkanie z Jezusem, dla każdego z nas indywidualnie czy we wspólnocie, jest kolejnym odkrywaniem jakiegoś fragmentu prawdy dotąd nieznanej, prawdy o nas, o naszych relacjach z Jezusem, o naszej wierze, bo tego doświadczenia wcześniej nie mieliśmy. Stąd – mam nadzieję – żadna następna dobra książka o Zbawicielu nie będzie książką ostatnią o Nim.
To dzieło jest rodzajem przewodnika, warto po nie sięgnąć, planując pielgrzymkę do Ziemi Świętej, planując „podróż do serca Ewangelii”.
Pewnie niejeden czytelnik z autopsji wie, że czytając interesujące dzieło, można wnikać w świat przedstawiony, wyobrażać sobie, że się jest uczestnikiem opisywanych wydarzeń, a dzięki temu przeżywać wszystko głębiej, intensywniej. Taki sposób czytania Biblii zalecał Ignacy Loyola, zna ten rodzaj modlitwy o. James Martin. I zanim się zdecydował pojechać do Ziemi Świętej, miał własne wyobrażenia o tych wszystkich miejscach, po których kiedyś chodził Jezus, o ludziach, którzy Mu towarzyszyli, którzy Go słuchali, którzy Go zwalczali. Więcej, wcale nie chciał niczego w tych wyobrażeniach zmieniać, stąd do pomysłu pielgrzymki odnosił się początkowo sceptycznie, bo nie miał zamiaru burzyć tych swoich wyobrażeń o życiu Jezusa. Jednak pojechał. I dopiero tam, w Ziemi Świętej, naprawdę zrozumiał, że Chrystus, nauczając, odnosił się do świata, który słuchacze bardzo dobrze znali. Na przykład kiedy, stojąc w łodzi, opowiadał o siewcy, to zgromadzeni na brzegu słuchacze nad głowami mieli latające ptaki, a w pamięci panoramę z wyboistą drogą i ugór zarośnięty cierniami, i żyzne uprawne pola. I dobrze wiedzieli z własnego doświadczenia, gdzie ziarno wyda plon obfity (por. Mt 13, 1-9). Od tego konkretnego obrazu łatwiej było przejść do teologicznej głębi tej paraboli. Jezus był po prostu świetnym Nauczycielem.
Dlaczego, zdaniem autora, jest takie ważne poznawanie świata, w którym żył Jezus? Dlaczego powinniśmy dopytywać się o ówczesne religijne zwyczajów Żydów, realia społeczne, ekonomiczne, polityczne? Dlaczego nie wystarczy skupić się na bóstwie Jezusa? „Aby w pełni spotkać się z Jezusem Chrystusem, wierny musi zrozumieć Jezusa historii, człowieka, który chodził po ziemi, oraz zetknąć się z Chrystusem wiary, z tym, który powstał z martwych”. Cały czas musimy pamiętać, że „Jezus jest zawsze prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”.
Zaletą tej niezwykłej książki są także zastosowane tu przypisy. Jeśli nawet zdarzy się, że nie przypomnimy sobie od razu ewangelicznego fragmentu, to w przypisach znajdziemy odnośnik do konkretnej perykopy. Zresztą, autor pielgrzymkę zaplanował i odbył z Ewangelią w ręku.
Ta książka to także odpowiedź na pytanie zadane przez Jezusa apostołom: „A wy za kogo mnie macie?” (Mk 8, 29). To pytanie – Kim jest dla mnie Jezus? – zadaje sobie również o. Martin. „Kim On jest? Po co kolejna książka o Żydzie, który żył w I wieku? Dlaczego spędziłem lata na studiowaniu dziejów wędrownego kaznodziei z prowincji? Dlaczego przez dwa tygodnie włóczyłem się po Izraelu w upale, aby zobaczyć miejsca, w których ów były cieśla mieszkał, i strony, które mógł (lub nie) odwiedzić?” Jak o. James poznawał Jezusa? Były to studia akademickie, zainteresowania własne, modlitwa, doświadczenie i pielgrzymka. To, oczywiście, nadal trwa, poznawanie Mesjasza nigdy się nie kończy. Również pytanie – Kim jest dla mnie Jezus? – ma formułę otwartą, stale aktualną, domagającą się codziennie odpowiedzi płynącej z serca, z sumienia, z duszy. Pytanie – odpowiedź. Zadając pytanie, ujawniamy nasze zainteresowania, poglądy, jakąś prawdę o sobie. Z kolei odpowiadając na pytanie, powinniśmy być świadomi konsekwencji tej naszej odpowiedzi – podejmujemy pewne zobowiązania. Dziś zdarza się, że odpowiedzi są wymijające, bo chcemy być „asertywni”, a pod tym modnym słowem często się kryje zwyczajna obojętność wobec naszych bliźnich. Nie lubimy mówić jednoznacznie, nie chcemy usłyszeć nauczania o ósmym przykazaniu – „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). Ta lektura może też zachęcić do udzielania takiej jednoznacznej odpowiedzi w kwestiach wiary.
„Punktem wyjściowym – pisze o. J. Martin – jest dla mnie klasyczne twierdzenie teologiczne: Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. [...] Ale co to oznacza? Po pierwsze, Jezus z Nazaretu, mężczyzna, który przemierzał Palestynę I wieku, nie był Bogiem udającym człowieka. Był żywym i prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, który doświadczył wszystkiego, czego doświadczają ludzie [...] wszystkiego – prócz grzechu – co właściwe człowiekowi [...]. Czytając tę książkę, sięgając po Pismo Święte, stale musimy pamiętać, że „do historii Jezusa należą zarówno Jego człowieczeństwo, jak i bóstwo. Pomijając to i owo, wycinając niewygodne fragmenty, nie mówimy już o Jezusie. To nasza własna kreacja”.
Celowo nie streszczam tej cennej lektury (snuję tylko refleksje), bo nie chcę pozbawić przyszłego czytelnika tego pierwszego zdumiewającego wrażenia, że wraz z tekstem przenosimy się w czasie i towarzyszymy Jezusowi w jego ziemskiej wędrówce po Palestynie I wieku (takiego określenia używa o. J. Martin), po obszarze, który dla nas jest Ziemią Świętą. I raz po raz wykrzykujemy z autorem: Jezus tu był!

 

Źródło: James Martin SJ, Jezus, Wydawca: Święty Wojciech, Poznań 2017.

Prezentowanej książce w bibliotece parafialnej poświęcimy poniedziałkowy wieczór, 22 lipca 2019 r., godz. 19.00.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

20 A Kamienska
Anna Kamieńska (1920-1986)

Anna Kamieńska to poetka, publicystka, tłumaczka szczególnie ceniona za przekłady pism chrześcijańskich z różnych języków europejskich. Współpracowała m.in. z księdzem Janem Twardowskim. Pewnie niejeden z nas pamięta jego „skrzydlate słowa” z wiersza Śpieszmy się:
Śpieszmy się kochać ludzi,
tak szybko odchodzą.
Między dwojgiem poetów toczyła się swoista „rozmowa liryczna”. Bo właśnie adresatką przywołanego wiersza ks. Jana Twardowskiego jest Anna Kamieńska. A liryk został napisany na zakończenie ich współpracy nad polskim wydaniem dzieła „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza z Kempis. A później cytowany wyżej dystych podchwycili czytelnicy i nadali mu sens eschatologiczny. Poetka odpowiedziała lirykiem:

Puste miejsca
Nikogo nie zdążyłam kochać
choć tak bardzo chciałam
jakbym miała kochać tylko puste miejsca
zwisające rękawy bez objęcia ramion
opuszczony przez głowę beret
fotel który powinien także wstać i wyjść z pokoju
książki już nie dotykane
grzebień z pozostawionym srebrnym włosem

łóżeczka z których niemowlęta wyrosły i poszły
szuflady niepotrzebnych rzeczy
fajkę z ustnikiem pogryzionym
buty zachowujące kształt stopy
co odeszła boso
słuchawkę telefonu gdzie ogłuchły głosy
tak się śpieszyłam kochać
i oczywiście nie zdążyłam.

 

Annie Kamieńskiej oraz o jej patronce, św. Annie, poświęcony będzie poranek w bibliotece parafialnej
we wtorek, 23 lipca 2019 r., godz. 8.45. Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

21 Zl legenda

14 lipca wspominamy m.in. błogosławionego Jakuba de Voragine (1228-1298). Ten profesor teologii, tłumacz „Biblii” na język włoski, autor rozpraw (np. o św. Augustynie), znakomity kaznodzieja, biskup znany był też i z tego, że doprowadził do pojednania zwalczających się stronnictw, które na ulicach Genui dopuszczały się przestępstw, siały niepokój. Dzięki temu zyskał miano „uśmierzyciela waśni domowych”. Laopold Staff tak o nim pisze we wstępie do „Złotej legendy”:
W życiu pokorny, skromny, wstrzemięźliwy, jaśniejący czystością obyczajów i stałością cnoty, był ojcem ubogich, którym rozdawał wszystkie dochody jednej z najbogatszych diecezji, opiekunem chorych, których sam odwiedzał codziennie, i zasłużył na najkrótszą a najpiękniejszą biografię: Wypełnił życie swe dobrymi dziełami.
Jednym z tych jego dzieł jest zbiór powiastek hagiograficznych – „Złota legenda”. Autor tak zatytułował dzieło: ZACZYNAJĄ SIĘ LEGENDY O ŚWIĘTYCH, LOMBARDZKIMI ZWANE DZIEJAMI, KTÓRE ZEBRAŁ W JEDNO BRAT JAKUB, GENUEŃCZYK, Z ZAKONU BRACI KAZNODZIEJÓW.
Zamysł kompozycyjny przypomina brewiarz – podaje do czytania w danym dniu żywot świętego, którego Kościół upamiętnia. Więc poznajemy z tego zbioru losy apostołów (Andrzeja, Tomasza, Jana, Pawła, Mateusza), męczenników (Szczepana, Łucji, Sebastiana, Wincentego, Agaty, Agnieszki, Longina), wyznawców (Mikołaja, Remigiusza, Hilarego, Feliksa, Juliana) i wielu innych.
Legenda rządzi się swoistymi prawami, najpierw żyje długo w przekazach ustnych, poszczególni gawędziarze wzbogacają przekaz pierwotny. Legenda to nie to samo co kronika czy historia. Prawdy historycznej raczej w niej szukać nie należy, od tego są inne źródła. Jednak jest w legendzie prawda, prawda o człowieku, o jego tęsknotach, o jego dążeniach, o zakamarkach duszy, o niepokojach sumienia, o marzeniach. Te najbardziej znaczące opowieści są źródłem inspiracji dla artystów: poetów, malarzy, rzeźbiarzy – to oni pięknu wydobytemu z opowieści nadają artystyczny kształt.
Zatem, o czym jest ta książka hagiograficzna? L. Staff tak odpowiada: O wierze w Boga, o miłości Boga, o nadziei w Bogu. Mówi nam ona o czystości serca i podnisłości duszy. Mówi nam o tym, czego nam w życiu jedynie potrzeba: prostoty i pokory, pobłażania i przebaczenia, litości i miłosierdzia nawet dla katów i siepaczy. Czytamy to na każdej karcie tej księgi, napisanej, jak żadna inna, „ku pokrzepieniu serc”! Oto, co wnikliwy czytelnik wyczyta w tej pozornie naiwnie prostej książce: naukę HEROIZMU!

 

Źródło: Jakub de Voragine, Złota legenda, tłum. Leopold Staff, Wydawnictwo TAU, Wrocław 1994.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

19 szymik

Cytowany niżej liryk „Plan maksimum” pochodzi z tomiku poetyckiego „25 wierszy niezapomnianych w wyborze czytelników” ks. Jerzego Szymika (w zbiorze ma nr 11). Zatem, prezentowana antologia zawiera niewiele utworów. Czytelnicy wybrali je z publikowanych wcześniej siedmiu tomików, a siła tych lirycznych refleksji jest taka, że nie sposób o nich zapomnieć. Ten zbiór odzwierciedla 30 lat twórczości księdza poety: od roku 1984 do 2014.
Czym się kierowali czytelnicy, jakie stosowali kryteria, komponując ten zbiór? Jedno jest pewne, każdy z tych 25 utworów dla indywidualnego odbiorcy ma szczególne znaczenie. I taką właśnie subiektywną refleksją mam zamiar podzielić się z Czytelnikami.
W niewielkiej antologii ks. profesora Jerzego Szymika wszystko jest ważne: kolor i faktura okładki oraz poszczególnych stron, rozmiar i krój czcionki, numeracja wierszy, ich kolejność – tak, to wszystko się „czyta”, każdy detal graficzny koresponduje ze SŁOWEM wiersza. A w poszczególnych utworach wręcz trzeba uchwycić sens stosowania wielkiej lub małej litery – bo to zróżnicowanie jest znaczące. Warto także próbować uchwycić to, co wydobywa poeta, pogłębiając sens słów różnymi kontekstami: mottem, dedykacją, aluzją literacką.
Czytając ten zbiór poetycki, zwracałam również uwagę na czas powstania poszczególnych wierszy. Dlaczego teraz przywołuję te daty? Otóż, ks. J. Szymik przywiązuje znaczenie do dat i miejsc, każdy z wierszy opatrzony jest taką informacją: dzień, miesiąc, rok. I to określanie czasu jest zawsze połączone ze wskazaniem miejsca. Dzięki temu zabiegowi temporalno-spacjalnemu poznajemy nieco warsztat artystyczny poety. A pisze zawsze: dla wiersza odrywa się na chwilę od teologicznej dysertacji, od konspektu wykładu dla studentów; pisze wszędzie, nawet w samolocie. Te adnotacje tworzą interesującą mapę geograficznych i mistycznych wędrówek autora – jest ciągle w drodze, ciągle poszukuje. A w ziemskim podróżowaniu najważniejszym miejscem dla ks. Jerzego Szymika jest dom rodzinny w Pszowie. To właśnie tutaj ukończył niejeden wiersz rozpoczęty gdzieś w świecie, w innym czasie i w innej przestrzeni (w Jerozolimie, w Waszyngtonie, w Londynie, w Warszawie, w Krakowie, w Lublinie, w Katowicach, w Brennej...).
Za progiem domu pozostają tytuły, stopnie naukowe, uczone rozprawy; tutaj jest po prostu synem, dzieckiem powracającym do korzeni, tutaj też jest poetą, który portretuje najbliższych, zwłaszcza Matkę i Babcię, „ocala od zapomnienia” swoich przodków. Tu także jest księdzem, który – kończąc Mszę św. w pszowskiej bazylice – doznał olśnienia, że „najpiękniejsze, co mogło się przydarzyć tej ziemi, to chrześcijaństwo” (wiersz 2, Dziewczynka w żółtych rajstopach, w śląskim kościele).

Plan maksimum
Benedyktowi XVI, dziękując za „Jezusa z Nazaretu”

stać przed Nim z pustymi rękami
i wyciągać je ku Niemu
(nie z rękami, które gdy pochwycą to mocno trzymają, lecz z rękami,
które się otwierają, obdarowują, a tym samym są stale gotowe przyjąć)

nie wyć z wilkami,
ale cierpieć z powodu nieprawości.
Nie móc odwrócić nieszczęścia,
ale współcierpiąc, stanąć po stronie skazanych,
a tym samym – kochając w ten sposób –
stanąć po stronie Boga

pamiętać, że znakiem rozpoznawczym
Jego obecności jest nadmiar.
Mieć tylko Boga, czyli puste ręce

Pszów, 27 sierpnia 2007 r.

Źródło: Ks. Jerzy Szymik, 25 wierszy niezapomnianych w wyborze czytelników, Księgarnia św. Jacka, Katowice 2017.

Zainteresowanych czytaniem, słuchaniem recytacji, interpretacją wierszy ks. Jerzego Szymika zapraszam na spotkanie w bibliotece parafialnej (wtorek, 18 czerwca 2019 r., godz. 8.45), Maria Studencka

 

 

 

18 kaczkowski

W Niedzielę Dobrego Pasterza rozpoczął się w Kościele Tydzień Modlitw o Powołania. Stąd dzisiejsza prezentacja książki: ŻYCIE NA PEŁNEJ PETARDZIE, bo jej bohaterem jest młody ksiądz, Jan Kaczkowski, pełniący posługę z niezwykłym wprost zaangażowaniem. Współtwórcą tego dzieła jest dziennikarz, redaktor naczelny portalu Deon.pl – Piotr Żyłka. Jak powstawała ta książka? – W biegu, w różnych miejscach, dynamicznie. Redaktor towarzyszył ks. Janowi w jego podróżach, rozlicznych zajęciach. Nagrywał swoje pytania i odpowiedzi księdza nawet w tramwaju, na ławce w parku, czasem przy stoliku w kawiarni. Z tego dialogu wyłania się portret młodego człowieka odważnie mówiącego o swoich relacjach z rodziną, o przełożonych, o innych duszpasterzach, o podopiecznych, o zmaganiu się z chorobą. Z powodu glejaka mózgu zmarł, mając zaledwie 39 lat. Do siebie odnosił się z dystansem, autoironicznie mawiał o sobie, że jest onkocelebrytą, a zainteresowanie mediów wykorzystywał do popularyzowania duszpasterskiej posługi wśród ludzi chorych, samotnych, cierpiących. Działał w ten sposób m.in. na rzecz Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio – był jego organizatorem i dyrektorem.
„Chorowanie to wciąż życie, które można wypełnić sensem” – to dewiza życiowa ks. Jana.
Jaki jest dobry pasterz? Wzór znajdujemy w Ewangelii. A wybrani przez Chrystusa kapłani ten wzór naśladują. Takim był zapewne ks. Jan Kaczkowski. Jednak, to nie takie łatwe usłyszeć głos Chrystusa wzywającego do kapłaństwa, jeszcze trudniej odpowiedzieć na to wezwanie i realizować posługę.
Jak było z jego powołaniem? Zaczęło się (ku zaskoczeniu młodzieńca) od pewnej spowiedzi. Starszy ksiądz zapytał: „Nie myślisz o kapłaństwie?” [...] „Musiałem przyznać, że głęboko niechciana myśl o powołaniu zaczęła mnie coraz intensywniej dręczyć podczas Mszy Świętych”. Po pewnym czasie Jan zgłosił się na rozmowę w duszpasterstwie powołaniowym u jezuitów. „Jezuici – wspomina ks. Jan – imponowali mi intelektualnie. [...] Aspirując do nowicjatu, przechodziliśmy tydzień po tygodniu rekolekcje ignacjańskie. [...] Duchowe wspomnienia z tego okresu pomagają mi do dziś”. I wtedy młody Jan przeżył rozczarowanie: prowincjał sprzeciwił się przyjęciu go do nowicjatu, w dodatku nikt nie chciał mu wyjaśnić, dlaczego został odrzucony. Kolejną rozmowę odbył w Gdańskim Seminarium Duchownym, tu został przyjęty, tu ukończył studia filozoficzno-teologiczne. Święcenia prezbiteriatu otrzymał w czerwcu 2002 r. Miał 25 lat, gdy rozpoczął posługę duszpasterską.
Dociekliwy dziennikarz zadał księdzu Janowi trudne, jak się okazało, pytanie: „Z perspektywy własnych doświadczeń co by ksiądz doradził młodemu człowiekowi, który rozeznając swoją drogę, myśli o życiu kapłańskim lub zakonnym?”
„Od wielu lat mam z tym problem. Jak pokazać, że kapłaństwo może być fascynującą przygodą? Że – niestety muszę tu używać górnolotnych słów – całkowite oddanie się Panu Bogu w Kościele katolickim ma sens? W tym Kościele, jaki znamy i jaki mamy, z celibatem, z dojmującą kapłańską samotnością. Jak o tym mówić młodemu mężczyźnie, gdy sam jestem teraz w takim wieku, że mając te 38 lat, znów odczuwam, jak buzuje w człowieku chęć ojcostwa? Naprawdę nie wiem. Ale wiem, że pomimo tego wszystkiego tak najgłębiej, w swoim wnętrzu, czuję się przede wszystkim mistykiem. Na zewnątrz tego nie widać. Ludzie, patrząc na mnie, tego nie dostrzegą. Ale tak wybrałam. W pewnym momencie mojego kapłaństwa złożyłem osobisty ślub: Panie Boże [...] Tobie ofiaruję mój prywatny czas jako ofiarę oddania się w całości. To mój ślub dla Ciebie. Dlatego staram się swoje kapłaństwo przeżywać tak, żeby nie mieć prywatnego czasu. Dlatego jesteśmy teraz razem, rozmawiamy i wydajemy książkę. Bo wiem, że za tym dyktafonem kryje się większa lub mniejsza grupa ludzi, która to teraz czyta. Chcę być też dla nich. Cały czas chcę być dla.

O tym, w jaki sposób ks. Jan Kaczkowski cały czas „był dla” ludzi potrzebujących kapłana, będziemy czytać i rozmawiać w bibliotece parafialnej we wtorek, 14 maja 2019 r. o 8.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

17 Wojciech

ŚWIĘTY WOJCIECH

Jeden z patronów Polski, święty Wojciech, syn czeskiego księcia Sławnika z Libic, kanonizowany w 999 r., już w XI w. był czczony jako patron naszego kraju. Urodził się prawdopodobnie w 956 r., przyjmuje się, że zginął 23 kwietnia 997 r. w Świętym Gaju niedaleko Pasłęka. Losy tego znakomicie skoligaconego i świetnie wykształconego duchownego są do dziś podmiotem badań naukowców. A dzieje biskupa, misjonarza i męczennika są burzliwe, bo był człowiekiem odważnym i często postępował nie tak, jak przełożeni sobie tego życzyli. Historycy odnotowują, że Wojciech Sławnikowic (drugie imię – Adalbert – otrzymał przy sakramencie bierzmowania) często narażał się zarówno świeckim wpływowym osobistościom, jak i kościelnej zwierzchności. Był człowiekiem pokornym wobec Boga, ale niepokornym wobec nieprawych ludzi, brał w obronę słabszych, wspierał ubogich, zwalczał intratny handel niewolnikami.

Do Polski przybył pod koniec 996 r. i udał się z wyprawą misyjną do Prus, gdzie poniósł śmierć, miał zaledwie 40 lat. W średniowiecznej „Kronice Galla Anonima” jego działalność chrystianizacyjną wyraźnie powiązano ze staraniami księcia (później pierwszego króla Polski) Bolesława Chrobrego: „On to [...] przyjął go z wielkim uszanowaniem i wiernie wypełniał jego pouczenia i zarządzenia. Święty zaś męczennik płonąc ogniem miłości i pragnieniem głoszenia wiary, skoro spostrzegł, że już nieco rozkrzewiła się w Polsce wiara i wzrósł Kościół święty, bez trwogi udał się do Prus i tam męczeństwem dopełnił swego zawodu. Później zaś ciało jego Bolesław wykupił na wagę złota od owych Prusów i umieścił [je] z należytą czcią w siedzibie metropolitalnej w Gnieźnie. Również i to uważamy za godne przekazania pamięci, że za jego czasów cesarz Otto Rudy przybył do [grobu] św. Wojciecha dla modlitwy i pojednania, a zarazem w celu poznania sławnego Bolesława, jak o tym można dokładniej wyczytać w księdze o męczeństwie [tego] świętego”.

Ten sam kronikarz pisze również, że „nie godzi się pominąć milczeniem cudu, jaki znamienity męczennik św. Wojciech okazał zarówno poganom, jak i chrześcijanom w przeddzień poświęcenia kościoła”. Otóż, zdarzyło się, że zdrajcy pomogli wejść Pomorzanom do pewnego grodu, ale wtedy „Pomorzanom [ukazał się] jakiś mąż zbrojny na białym koniu, który straszył ich dobytym mieczem i pędził ich na złamanie karku ze schodów i przez podwórze grodu. Tak to grodzianie, przebudzeni krzykami pogan i hałasem, bez wątpienia za przyczyną chwalebnego męczennika Wojciecha ocaleni zostali od grożącego im niebezpieczeństwa śmierci”.

Z kolei hagiografowie skupiają się przede wszystkim na cudach, jakie dokonywały się za życia Wojciecha i później, po męczeńskiej śmierci. Oto jeden z przykładów (odnotowany przez najwybitniejszego autora żywotów świętych późnego renesansu, ks. Piotra Skargę). „Będąc niemowlęciem zachorzał i żałość niemałą rodzicom uczynił, którzy pragnieniem zdrowia jego ściśnieni, pociechy swej doczesnej w nim odstąpili, a Panu Bogu na służbę go poślubili, [...] nieśli go na poły umarłego do ołtarza Przeczystej Matki Bożej Maryjej, prosząc, aby Ona na służbę Synowi swemu nowego a maluczkiego sługę przykazała, a zdrowie mu do tego zjednała. Nie mieszkając dzieciątko ozdrowiało”.

Więcej szczegółów o św. Wojciechu i o św. Stanisławie ze Szczepanowa przedstawię we wtorkowy poranek, 7 maja 2019 r. o godz. 8.45 w bibliotece parafialnej. Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

16 Stanislaw

ŚWIĘTY STANISŁAW ZE SZCZEPANOWA

Święty Stanisław ze Szczepanowa urodził się prawdopodobnie w 1030 r., pochodził z rodziny herbu Prus, odebrał staranne wykształcenie, na biskupa krakowskiego został konsekrowany w 1072 r. i do tego czasu jego relacje z Bolesławem Śmiałym były dobre. Biskup Stanisław dał się poznać jako gorliwy zwolennik krzewienia i umacniania wiary chrześcijańskiej w ówczesnej Polsce, popierał m.in. zakładanie klasztorów benedyktyńskich, sprowadził do Polski legatów rzymskich, odnowił i umocnił metropolię gnieźnieńską, historycy potwierdzają, że zabiegał również o koronę dla księcia Bolesława II, co nastąpiło w 1075 r. Na temat konfliktu biskupa Stanisława z królem Bolesławem Śmiałym historycy różnie się wypowiadają, stawiają odmienne hipotezy. Różnie też o konflikcie i męczeńskiej śmierci biskupa piszą kronikarze średniowieczni.

Gall Anonim (być może, dysponował relacjami naocznych świadków) o samej egzekucji i późniejszym wypędzeniu króla z kraju pisze niewiele i raczej ostrożnie: „[Król] sam będąc pomazańcem [Bożym] nie powinien był [drugiego] pomazańca za żaden grzech karać cieleśnie. Wiele mu to bowiem zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował i za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. My zaś ani nie usprawiedliwiamy biskupa-zdrajcy, ani nie zalecamy króla, który tak szpetnie dochodził swych praw”.
Natomiast żyjący na przełomie XII/XIII w. biskup Wincenty Kadłubek, kronikarz cieszący się niezwykłym rozgłosem aż do wieku XVIII, pisze z żarem, niezwykle emocjonalnie przedstawiając okoliczności męczeńskiej śmierci biskupa Stanisława jako relację naocznego świadka:
„Co za żałosne, co za przeokropne widowisko śmierci! Człowieka świętego świecki, zbożnego bezbożny, biskupa świętokradca, niewinnego okrutnik na kawałki rozszarpał, poszczególne członki na najdrobniejsze rozsiekując cząstki!... [...] Oto widziano, jak z czterech stron świata przyleciały cztery orły, które krążąc w powietrzu nad miejscem męczeństwa odganiały sępy i inne żądne krwi ptaki od zwłok męczennika i pilnowały ich ze czcią, czuwając dzień i noc. [...] Po tym zdarzeniu ów okrutnik, spłoszony, znienawidzony zarówno przez ojczyznę, jak przez ojców, uszedł do Węgier... a wkrótce potem, zdjęty niesłychaną niemocą, śmierć sobie zadał”.
O dzieciństwie i wczesnej młodości Stanisława ze Szczepanowa ks. Piotr Skarga (kaznodzieja i hagiograf) pisze tak: „Z młodości znać było sprawę Ducha Bożego w nim i prrzyszłą żywota świątobliwość. Skromny, wstydliwy, statecznch nad dziecinny zwyczaj obyczajów, ochotny do nabożeństwa i skłonny do nauk pokazował się”. Biskup Stanisław ze Szczepanowa zginął 11 kwietnia 1079 r., na ołtarze został wyniesiony 8 września 1253 r.

Źródła: 1. Anonim tzw. Gall, Kronika polska, Ossolineum BN, Wrocław 1989.
2. Ks. Piotr Skarga SI, Żywoty świętych polskich, WAM, Kraków 1986.
3. Ignacy Chrzanowski, Historia literatury niepodległej Polski, PIW, Warszawa 1974.
Zapraszam do biblioteki parafialnej: wtorek, 7 maja 2019 r., godz. 8.45. Maria Studencka

 

 

 

15 twardowki

Są takie frazy w literaturze pięknej i innych dziedzinach piśmiennictwa, które – „wysłane” przez autora do czytelników – stają się od razu własnością ogółu, przechodzą do języka powszechnie stosowanego, są przytaczane w różnych wypowiedziach, opatrzone kontekstem nieraz zupełnie innym niż w tekście autora. Tak się dzieje zwłaszcza ze znaczącym słowem. Za każdym razem, gdy do niego wracamy, odkrywamy w nim inne przesłania. Teoretycy literatury i języka nazywają takie rozpowszechnione cytaty „skrzydlatymi słowami”. Owe zdania z jakąś tajemniczą siłą i z niezwykłą łatwością wpadają w ucho słuchającego, pozostają w jego pamięci. Prędko takie wersy traktujemy jako werbalizację naszych własnych myśli. Czasem nawet zupełnie nie pamiętamy, kto rzeczywiście jest autorem tej znanej sentencji czy powszechnie używanego aforyzmu lub celnego zwrotu. Jest w tych wyrażeniach jakaś niezwykła zręczność, lekkość – one są po prostu uskrzydlone. Bogatym źródłem tych znamiennych urywków są, oczywiście, teksty najwybitniejszych twórców.
„Skrzydlate słowa” wywodzące się z liryki ks. Jana Twardowskiego wybrałam z tomu NIE PRZYSZEDŁEM PANA NAWRACAĆ, są tu wiersze z lat 1937-1985.
Jest w liryce księdza poety sporo takich metafor, które na stałe weszły do polszczyzny ogólnej, stały się językiem wiary, składnikiem kultury narodowej, własnością ogółu, np.:

Dziękuję Ci, że nie jest wszystko tylko białe albo czarne. („Podziękowanie” 1970)
Słowa poety są obecne w języku nawet tych użytkowników, którzy mówią, że nie lubią wierszy, nie odeszły do wieczności razem ze swoim twórcą, są szczególnie ważne w odczuciu czytelników. Zdumiewająca jest zwięzłość i głębia swoistego credo:

Jestem bo Jesteś
na tym stoi wiara. („Jesteś” 1989)
Czasem bywa tak, że skrzydlate słowa stosuje się w zupełnie nowych okolicznościach, takich, których w genezie wcale nie było. Ale tak to już jest z poezją, że to adresat (my, czytelnicy) dopowiada dalszy ciąg, dodaje własną, czasem bardzo odległą od oryginału interpretację.
Zresztą, wartościowy tekst ma to do siebie, że ilekroć go czytamy, tylekroć odkrywamy w nim coś zupełnie nowego, co nas zaskakuje. Tak się stało z najczęściej chyba cytowanym wersem:

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. („Śpieszmy się” 1979)
Ten wiersz ksiądz poeta dedykował poetce Annie Kamieńskiej, dziękując jej w ten sposób za współpracę. Tymczasem przytoczony wers stosowany jest w klepsydrach, na żałobnych szarfach, widnieje jako inskrypcja na niejednym cmentarnym nagrobku, a przecież w założeniu ten liryk nie był utworem funeralnym.
Z tego samego wiersza pochodzi równiż sentencja:

Kochamy wciąż za mało i stale za późno – i niech to będzie pointa refleksji nad twórczością ks. Jana Twardowskiego, i ważne dla nas przesłanie.
Źródło: Ks. Jan Twardowski, Nie przyszedłem pana nawracać, Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej,

Warszawa 1986.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

14 siedem slow Jezusa

SIEDEM OSTATNICH SŁÓW JEZUSA autorstwa o. Jamesa Martina SJ to lektura na Wielki Tydzień: wprowadza w liturgię Wielkiego Piątku, dokumentuje ostatnie godziny z życia Jezusa – Syna Bożego, który (wykonując wolę Boga Ojca) umarł na krzyżu jako Syn Człowieczy.

Z Ewangelii wyłania się portret Jezusa, który żyje wśród ludzi, rozumie ich troski, koi smutki, pociesza strapionych, otacza opieką opuszczonych, znękanym daje radość, bo przygarnia, pociesza, uzdrawia, wskrzesza. Ratuje każdego, kto Jego pomocy oczekuje: np. kobietetę cierpiącą na krwotok, sparaliżowanego mężczyznę, trędowatego. Rozumie ból matki, ból ojca, których dzieci umarły, rozumie ból sióstr, które pogrzebały swojego brata – i wskrzesza zmarłych. Nie odtrąca nikogo: ani celnika, ani jawnogrzesznicy, ani łotra – wszystkim pokazuje drogę do nieba, i tę obietnicę w Wielki Piątek spełnia. I spełnił ją także dla każdego z nas.

Jest mu bliski los zarówno pojedynczych ludzi, jak i wielkich tłumów, troszczy się i o swoich uczniów (o ich sen, odpoczynek), i o tysiące głodnych, których nauczał. Syn Boży w człowieczym ciele jest taki ludzki i taki wyjątkowy z tą swoją wrażliwością i empatią, z tą umiejętnością wczuwania się w los dzieci, kobiet, ludzi chorych, bezradnych, pogardzanych. Jezus jest taki odważny i taki prawdziwy, kiedy broni prostego człowieka przed faryzeuszami, kiedy głosi Dobrą Nowinę, kiedy ustanawia nowe prawo: „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali!” Przekonujący jest także, gdy bierze udział w uroczystości rodzinnej, gdy zasiada do stołu razem z celnikami (ku zgorszeniu uczonych w Piśmie) i z nimi je i pije. Jezus jest wiarygodny, kiedy oddala się w zaciszne miejsce, by się modlić – rozmawiać z Bogiem Ojcem, zawierzać Mu troski i wątpliwości, ale też wyrazić gotowość wypełnienia Jego woli.
Prezentowana książka to w zasadzie zapis rozbudowanej homilii, którą o. Martin wygłosił kilka lat temu w Wielki Piątek w nowojorskiej katedrze św. Patryka. Motywem przewodnim rozważań jest – jak pisze autor we wstępie – cierpienie Jezusa, które pomaga Mu zrozumieć człowieka. [...] Ten, który powstał z martwych, rozumie nas – ponieważ wiódł ludzkie życie, i to takie, które szczególnie w ostatnich dniach pełne było cierpienia.”
Główna część dzieła składa się z siedmiu rozdziałów, z których każdy jest egzegezą ewangelicznej perykopy z ostatnimi słowami Chrystusa.

Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. (Łk 23, 34).
„Jezus rozumie trud wybaczania” – pisze o. Martin – i podkreśla, że kiedy jesteśmy głęboko zranieni, kiedy doznana krzywda naprawdę jest wielka, to „jedyne, co można zrobić, to przebaczyć. Ponieważ tylko przebaczenie jest sposobem na wyzwolenie obu stron. Jedną osobę oswobadza z więzienia urazy i umniejszania człowieczeństwa bliźniego. W pewien sposób wyzwala również tę drugą osobę.[...] Jezus zawsze dostrzega. Dostrzega coś więcej niż inni. Dostrzega w ludziach ich prawdziwe jestestwo.”

Zaprawdę powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju. (Łk 23, 43)
„Jezus rozumie wątpliwości dotyczące życia wiecznego” – to tytuł kolejnego fragmentu egzegezy. „Wiara w życie wieczne stanowi kluczowy problem dla wielu ludzi, nawet głęboko wierzących. A bez wiary w życie wieczne ogarnia nas lęk. To jedna z największych obaw w życiu chrześcijanina. [...] Jezus, który słyszał wątpliwości ówczesnych ludzi, rozumie je – nawet wątpliwości co do życia po śmierci. Pierwszy powinien nas przekonać fakt, że sam Jezus mówi nam o obietnicy życia wiecznego.” To właśnie jedynie tu na krzyżu używa słowa „raj”, składając obietnicę zbawienia nawróconemu przestępcy. „Dobry Łotr ukazuje nam, kim jest Ten, który wisi na krzyżu obok. Owszem, jest człowiekiem. Człowiekiem o prostym imieniu, Jezus. Ale także Bogiem. Człowiekiem, który ma moc otworzyć przed nim raj”.

Niewiasto, oto twój syn. (...) Oto twoja matka. (J 19, 26-27)
„Jezus rozumie miłość rodzicielską” – czytamy w trzecim rozdziale. „Jezus Chrystus jest prawdziwie Bogiem i prawdziwie człowiekiem. [...] Maryja jest człowiekiem, a nie Bogiem, jak Jezus. Ale ludzie i tak nawiązują z Nią relację na dwa sposby”. Mamy skłonność idealizować Maryję – mówi kaznodzieja –zapominamy, że jako matka niepokoiła się o syna, że nie zawsze Go rozumiała, że bywała zagubiona, kiedy Jezus rozpoczął publiczną działalność. Ewangelia ukazuje głęboką prawdę o bezradności Matki wobec cierpienia i śmierci Syna. To cierpienie Jezus również rozumie. Opiekunem bolejącej Maryi ustanawia Jana, od tej chwili Maryja i Jan są matką i synem.

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mk 15, 34)
„Jezus rozumie poczucie osamotnienia. [...] Czy Jezus naprawdę mógł pomyśleć, że Bóg Ojciec Go opuścił? Czy mógł zwątpić w miłość Tego, do którego zwracał się Abba, ‘Ojcze’? Czy na krzyżu stracił nadzieję? Czy rozpaczał?” Te zagadkowe słowa Jezusa pochodzą z Psalmu 22, znał je każdy Żyd. Może należy przyjąć (zastanawia się o.Martin), że „Jezus powołuje się na psalm jako całość, jako na modlitwę wołającego do Boga”, a druga część psalmu jest przecież hymnem dziękczynnym „na cześć Pana, który usłyszał wołanie psalmisty. [...] Jezusowi jak mało komu należałoby wybaczyć poczucie osamotnienia”: został zdradzony, z najbliższych uczniów pozostał przy nim tylko jeden, poddano go straszliwym torturom, przybity do krzyża odczuwał niewyobrażalny ból. „Ten, który porzucił samego siebie, by poddać się woli Ojca w ogrodzie Getsemani minionej nocy, który powierzył się całkowicie zamiarom Ojca, na krzyżu pyta: Gdzie jesteś?”

Pragnę. (J 19, 28)
„Jezus rozumie cierpienia fizyczne. [...] Jezus miał ciało. [...] Jezus Chrystus przez cały czas jest prawdziwie Bogiem i prawdziwie człowiekiem. Nieważne, jak wyraźnie dany fragment Ewangelii podkreśla jedną lub drugą ‘naturę’, On zawsze reprezentuje obie. A zatem jest prawdziwie Bogiem, kiedy piłuje kawałek drewna w Nazarecie, i człowiekiem, kiedy ucisza burzę. [...] Jezus miał takie samo ciało jak my. Oznacza to, że jadł jak my, pił jak my i spał jak my.” Oznacza to, że odczuwał straszliwe pragnienie.

Dokonało się. (J 19, 30)
„Jezus rozumie rozczarowania. [...] W Wielki Piątek Jezus poddany został wielu różnym boleściom. Chrześcijanie zwykli skupiać się na cierpieniach fiycznych. To oczywiście prawda, że Jezus cierpiał w dużej mierze fizycznie.” Fizycznym torturom towarzyszyło upokarzanie, wyszydzanie, urąganie. „Ale jest jeszcze jeden rodzaj cierpienia, który łatwo przeoczyć: cierpienie związane z wątpliwościami, czy dzieło przetrwa po Jego śmierci. Wchodzimy tutaj w dyskusję o uczuciach Jezusa na krzyżu. Siedem ostatnich słów stanowi dla nas wgląd w Jego emocje, ale oczywiście nie wszystkie. Pytania pozostają.”

Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mojego. (Łk 23, 46)
„Jezus rozumie poświęcenie. [...] Czy Jezus wiedział, co wydarzy się w Niedzielę Wielkanocną? [...] Z jednej strony Jezus wyraźnie mówi: Zburzcie tę świątynię, a w trzy dni zbuduję ją na nowo. W Ewangelii kilkakrotnie zapowiada swoje zmartwychwstanie. Z drugiej jednak strony Jezus cierpi w Getsemani i czuje się osamotniony na krzyżu [...]. Wchodzimy tutaj głębiej w tajemnicę tożsamości Jezusa. Jako prawdziwie Boska osoba Jezus był wszechwiedzący, miał świadomość Boga Ojca. [...] Ale jako osoba prawdziwie ludzka wiedział tylko to, co może poznać człowiek.”

O. James Martin w prezentowanej homilii pozostawił wiele pytań bez odpowiedzi, bez logicznej argumentacji, bo dotknął tej sfery rzeczywistości, która nie podlega ludzkiemu rozumowi czy empirycznym badaniom, bo jest Tajemnicą Wiary.

Źródło: James Martin SJ, Siedem ostatnich słów Jezusa, Wydawca: Święty Wojciech, Poznań 2016.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

 

13 sluga radosci

Przed nami kolejny pierwszy czwartek miesiąca, niedługo później Wielki Czwartek z Ostatnią Wieczerzą. Dzień kapłański. W liturgii tego dnia Kościół upamiętnia ustanowienie przez Chrystusa dwóch sakramentów: Eucharystii i kapłaństwa, odwołując się do ewangelicznych zapisów. Jest to dzień szczególnie ważny dla prezbiterów. O tym, czym jest kapłaństwo dla wybrańców Chrystusa, jak pełnią posługę, pisze kard. Walter Kasper w książce SŁUGA RADOŚCI.
Kto więc jest dobrym pasterzem, który poważnie traktuje swoją służbę i ponosi za to odpowiedzialność? [...] Jest nim ten, kto prowadzi innych i w oparciu o wiarę nadaje im jasny i pewny kierunek. Jest to konieczne zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak wielu, jak zbłąkane owce, zgubiło orientację. Czcza paplanina oraz przystosowywanie się do tego, co ludzie chcieliby usłyszeć, a więc „głaskanie po głowach” nie są pasterskim nastawieniem do sprawy, lecz pasterską kapitulacją. Pasterzem jest jednak również ten, kto nie okazując braku czułości, potrafi zdobyć się na zrozumienie, współczucie i cierpliwość wobec tych, którzy nie idą wspólnym szlakiem, którzy zostają w tyle, bo są zbyt słabi. Pasterzem jest ten, kto umie mówić prawdę w miłości. [...] Dobrym pasterzem jest ten, kto nie utkwił na stałe w ścisłym kręgu tych wiernych, którzy zawsze do niego należeli, lecz rozgląda się również za tymi, którzy albo zagubili drogę, albo [...] znajdują się teraz na marginesie; wydobywa ich stamtąd, nawet gdyby sam miał się przy tym pokaleczyć lub zranić.
A nasi parafialni duszpasterze? Są stale z nami, wśród nas. Widzimy ich w skupieniu celebrujących Mszę św. i inne nabożeństwa, w konfesjonałach i jako penitentów, słuchamy ich homilii. Na naszych oczach klęczą przed ołtarzem, rozmawiają z ludźmi na placu kościelnym, na ulicy, odwiedzają chorych, zgłębiają z nami Biblię i Katechizm, opiekują się grupami wspólnotowymi. Poświęcają wiele uwagi dzieciom i młodzieży, narzeczonym i małżeństwom, samotnym i starszym. Posługują od świtu do nocy.
Przed oczyma mam taki oto portret Chrystusowego kapłana w naszej parafii:

Mój ksiądz – dziś przed ołtarzem.
Mój kapłan – dziś w prezbiterium.
Mój duszpasterz – dziś w konfesjonale.
Uśmiecha się, z daleka wita,
prowadzi do Ciebie.
Pochyla głowę, uważnie słucha,
tłumaczy cierpliwie.
Wybacza z mocy sakramentu,
błogosławi.
Podnosi z klęczek, podnosi z upadków,
pomaga wstać.

 

Źródło: Kard. Walter Kasper, Sługa radości. Życie i posługa kapłańska. Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2009, s. 87-88. Polecam, Maria Studencka

 

 

12 JPII

Dar i Tajemnica posługi Jana Pawła II


Kolejny raz sięgam po książkę o kapłaństwie, tym razem w rocznicę śmierci Jana Pawła II. W chwili zadumy nad Jego Testamentem zastanawiam się nad istotą sakramentu kapłaństwa, nad tym, dlaczego ten czy ów mężczyzna wybiera życie konsekrowane. Nie, to nie on wybiera, to on został wybrany, to jemu została wskazana taka misja: prowadzenia ludzi do Boga. Czy tak było również w przypadku Naszego Papieża? Wielu ludzi chciało to wiedzieć, stąd ta prezentowana dziś książka, w której Papież z ogromną pokorą pisze o swoim powołaniu, o posłudze duszpasterskiej i o mocy sakramentu kapłaństwa. Warto tę bardzo osobistą i poruszającą książkę przeczytać, nosi tytuł: DAR I TAJEMNICA.
Ojciec Święty opublikował ją w pięćdziesiątą rocznicę swoich święceń kapłańskich. Są to wspomnienia, które w założeniu Autora nie miały mieć charakteru „ściśle dokumentalnego”. „To wszystko, o czym tu mówię – czytamy – nie dotyczy jedynie zewnątrznych wydarzeń, ale sięga do korzeni moich najgłębszych i najbardziej osobistych przeżyć i doświadczeń. Wspominam je, a nade wszystko dziękuję Bogu: Misericordias Domini in aeternum cantabo!”
Jaka jest historia tego powołania kapłańskiego? „Historia ta znana jest przede wszystkim Bogu samemu. Każde powołanie kapłańskie w swojej najgłębszej warstwie jest wielką tajemnicą, jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka. Każdy z nas kapłanów doświadcza tego bardzo wyraźnie w całym swoim życiu. Wobec wielkości tego daru czujemy, jak bardzo do niego nie dorastamy. Powołanie jest tajemnicą Bożego wybrania: ‘Nie wyście Mnie wybrali, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał’ (J 15,16). [...] Równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzkie słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru tajemnicy, jaką kapłaństwo w sobie niesie.”
Biografowie Jana Pawła II odnotowują skrupulatnie, że mógł On zostać świetnym polonistą, dobrym aktorem, znakomitym poetą, a został księdzem (we wczesnej młodości takie sugestie od czasu do czasu słyszał od kolegów, nauczycieli, księży). Decyzję o wstąpieniu do konspiracyjnego krakowskiego Seminarium Duchownego Karol Wojtyła podjął, mając 22 lata. Święcenia kapłańskie otrzymał w wieku lat 26. Odbyła się ta uroczystość we Wszystkich Świętych 1946 r. w kaplicy Arcybiskupów Krakowskich: „Tak więc w tej kaplicy, w czasie śpiewu Veni, Creator Spiritus oraz Litanii do Wszystkich Świętych, leżąc krzyżem, oczekiwałem na moment włożenia rąk. Jest to chwila szczególnie przejmująca. Później wielokrotnie sprawowałem ten obrzęd jako Biskup, a także jako Papież. Jest coś dogłębnie przejmującego w tej prostracji ordynandów: symbol głębokiego uniżenia wobec majestatu Boga samego, a równocześnie ich całkowitej otwartości, ażeby Duch Święty mógł zstąpić, bo przecież to On sam jest sprawcą konsekracji.” Pod koniec listopada ks. Karol Wojtyła wyjechał na studia do Rzymu.
W lipcu 1948 r., już po obronie pracy doktorskiej, ks. Karol Wojtyła powrócił do Polski i podjął posługę duszpasterską w wiejskiej parafii niedaleko Bochni. „Pamiętam – czytamy we wspomnieniach – że w pewnym momencie, gdy przekraczałem granicę parafii w Niegowici, uklęknąłem i ucałowałem ziemię.” Ten gest z czasem urósł do rangi ważnego symbolu, był wielokrotnie powtarzany, doskonale go znamy. Pamiętamy Jana Pawła II oddającego w ten sposób cześć krajowi, do którego przybywał jako Papież i Pielgrzym.
„Co znaczy być kapłanem? – zastanawia się Ojciec Święty – Według św. Pawła kapłan jest przede wszystkim szafarzem Bożych tajemnic. [...] Szafarz nie jest właścicielem. Jest tym, któremu właściciel powierza swoje dobra, ażeby nimi zarządzał w sposób sprawiedliwy i odpowiedzialny. Tak właśnie kapłan otrzymuje od Chrystusa dobra zbawienia, ażeby je we właściwy sposób rozdzielał ludziom, do których jest posłany. Chodzi o dobra wiary. I dlatego kapłan jest człowiekiem słowa Bożego, człowiekiem sakramentu, człowiekiem tajemnicy wiary.”
I właśnie tak pełnił posługę kapłańską ks. Karol Wojtyła. Tak pełnił posługę apostolską Jan Paweł II od pamiętnego16 października 1978 r., kiedy to usłyszeliśmy: HABEMUS PAPAM! Tak było do 2 kwietnia 2005 r., do godz. 21.37, kiedy Ojciec Święty zakończył ziemskie pielgrzymowanie.


Źródło: Jan Paweł II, Dar i Tajemnica. W pięćdziesiątą rocznicę moich święceń kapłańskich, Wydawnictwo WAM, Kraków 1996.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

Dar i Tajemnica Jana Pawła II będzie raz jeszcze tematem rozmowy w bibliotece parafialnej, zapraszam we wtorek, 9 kwietnia 2019 r., o godz. 8.45.

 

 

11 dla lajdakow

Wielki Post to czas, kiedy pewnie częściej myślimy o sakramencie pokuty i pojednania, bardziej skłonni jesteśmy wsłuchiwać się w głos sumienia, więcej penitentów gromadzi się przy konfesjonałach. O tym, jak przygotowujemy się do tego szczególnego spotkania z Bogiem, dyskutują ks. Stefan Czermiński i Joanna Kucharczak na kartach książki ROZMOWY O GRZECHACH. Wczytawszy się w ten książkowy dialog, możemy rozpocząć własny, z własnym sumieniem, prowadzący do wyznań w konfesjonale. Oto fragment:

- No, a rachunek sumienia, jak się robi, liczenie grzechów, zasługiwanie na łaski, czy nie świadczy o tym, że Boga traktuje się jak kupca, wielkiego buchaltera? ¬

- To bardzo trafne – kupiec. Od tego, jaki mamy obraz Boga, zależy też odpowiedni styl dogadywania się z takim Bogiem. Jeśli stworzyłem sobie obraz na moje własne podobieństwo – czyli na podobieństwo egoisty – wtedy zastanawiam się, jak mogę dogadać się z egoistą? Próbuję więc wykorzystać domniemany egoizm Boga i kupić Go „zdrowaśkami”, pozorną doskonałością... Spotykam się niekiedy ze strasznym pesymizmem. Pojawia się on paradoksalnie wtedy, gdy człowiek żyje przeświadczony o swojej doskonałości. Kiedy coś mu się zawala, kiedy sam robi jakieś wielkie świństwo, to szybko zaczyna myśleć o piekle. Od razu zaczyna siebie potępiać. [...]
To szatan chce, by zdanie „Jestem podły” stało się moją jedyną prawdą. Takim stwierdzeniem – „Jestem podły, nie ma dla mnie ratunku” – zgrzeszył Judasz i to jest grzech pychy. Człowiek jest kuszony przez szatana, ażeby stracił wiarę w samego siebie. Nawet wtedy, kiedy upada, chce zaimponować sobie i Bogu przynajmniej aktem samopotępienia. To straszne.

Źródło: Ks. Stefan Czermiński, Joanna Kucharczak, Rozmowy o grzechach, Księgarnia św. Jacka, Katowice 2004, s. 26-27.

Polecam, Maria Studencka

 

 

02 dolindo

Ks. prof. Robert Skrzypczak: „Dla ks. Ruotolo kapłaństwo było sposobem [...] przeżywania więzi identyfikacji ucznia ze swym Boskim Mistrzem”.

O kapłanie:
Jezus tobą zawładnął i powinieneś wnieść Jego odblask w ten świat pełen ciemności... Jesteś cały Jego, a On żyje w tobie. Nie ma innego ciała, aby stać się widzialnym, jak twoje; nie ma innej pielgrzymującej duszy, poprzez którą mógłby podejmować na nowo swą drogę miłości, jak twoja; nie posiada innych ust, by przemawiać do ludzi, jak twoje; nie ma innych rąk, by błogosławić i rozgrzeszać, jak twoje. Winieneś zatem żyć w Nim i poprzez Niego. Powinieneś pokochać Go i oddać Mu całkowicie samego siebie do tego stopnia, aby niczego obcego względem siebie w tobie nie znalazł.

Źródło: Ks. prof. Robert Skrzypczak, Perła odnaleziona, [w:] Joanna Bątkiewicz-Brożek, Jezu, Ty się tym zajmij! O Dolindo Ruotolo. Życie i cuda, Wydawnictwo Esprit, wyd. I, Kraków 2017, s. 18.

 

 

04 Jezus z Nazaretu

Przeżywając Boże Narodzenie, warto sięgnąć po prezentowane 4-tomowe dzieło Romana Brandstaettera. Na początek tom I: Czas milczenia.


Jezus z Nazarethu to utrzymana w konwencji realistycznej zbeletryzowana biografia Chrystusa, z barwnymi opisami przestrzeni, realiów miejsc akcji, gdzie żyją bohaterowie. Przekonujący jest portret psychologiczny i Jezusa, i wielu innych postaci znanych z Biblii. Autor zadbał o to, by każdy bohater miał jakąś cechę wyróżniającą, ułatwiającą rozpoznanie go. Podporządkowane narracji dialogi tchną prawdą. Zresztą, cała powieść jest głęboko zanurzona w Piśmie Świętym, więc warto sięgać po nie, czytając kolejne stronice. Np. cytowany niżej fragment rozdziału Zwiastowanie (t. I) zestawmy z Mt 1, 18-25.
Miriam, skupiona i napięta, z lękiem rozważała każde słowo z osobna [...] Wysłannik, niewątpliwiwie odgadując jej myśli, znowu do niej przemówił i prosząc ją, by się nie lękała, zwiastował jej, że pocznie i porodzi Syna, i da Mu na Imię Jeszua, co znaczy:Pan jest zbawieniem [...].


Roman Brandstaetter, Jezus z Nazarethu, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1967, t. 1, s. 25.

 

 

08 moj swiat

Kiedy rozmawiamy z naszymi duszpasterzami, najczęściej stosujemy typowe w komunikacji językowej zwroty fatyczne: „Proszę Księdza!” lub „Księże...!” Ostatnio w naszej parafii słyszymy: „Ojciec...” No, cóż, obce mi to nie jest, brzmi pięknie, ale skąd się wywodzi – musiałam (swoim zwyczajem) „doczytać”, tzn. poszukać kompetentnej wypowiedzi w książkach. Oto jedna z nich: MÓJ ŚWIAT o. Jana Góry. Cytowany niżej fragment zawiera stosowne wyjaśnienie.
Tytuł ojca należy się kapłanowi z trzech powodów. Po pierwsze, na mocy sakramentu kapłaństwa, dzięki któremu jest on ojcem zgromadzenia modlitewnego, starszym i przewodniczącym modlącej się wspólnoty, szczególnie wspólnoty zebranej wokół stołu eucharystcznego. Po drugie, jako szafarz sakramentów jest ojcem dla tych, którym tych sakramentów udziela, ponieważ jest w pewnym sensie źródłem nowego dla nich życia w łasce. W tych dwóch przypadkach jest kapłan ojcem niezależnie od swojej osobistej świętości. [...] Kapłan Chrystusa jest jeszcze ojcem dla ludu mocą swego ducha, mocą swojej osobistej świętości. Kapłaństwo jest duchową służbą, kapłan jest sługą ducha, jest zatem ojcem duchownym dla tych, którym potęgą swego ducha i mocą osobistej świętości służy radą i pomocą w drodze do Boga.
Źródło: Jan Góra OP, Mój świat, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 1983, s. 49.

Polecam, a w bibliotece o tej książce chcę porozmawiać we wtorek, 19 lutego 2019 r. o godz. 8.45.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

06 Jezus Chrystus

Z bibliotecznej półki tym razem wybrałam powieść historyczną JEZUS CHRYSTUS I JEGO APOSTOŁOWIE Jana Dobraczyńskiego. Dlaczego? Otóż, 25 stycznia Kościół upamiętnia św. Pawła Apostoła, a właśnie m.in. o nim interesująco opowiada narrator ww. utworu.
Sanhedryn zlecił Szawłowi z Tarsu specjalne zadanie: miał zwalczać chrześcijan na terenie Damaszku. Szaweł już był przed bramą miasta, kiedy „nagle olśniło go nieznane światło [...], upadł, a wtedy usłyszał nad sobą głos jednocześnie potężny, miażdżący [...] i nieskończenie łagodny: Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?” Tu właśnie jest uchwycony moment nawrócenia tego zagorzałego przeciwnika Jezusa. W tej chwili zrozumiał „rzecz przerażającą, że walcząc dla Boga, walczył z Bogiem”. Odtąd życie Pawła potoczyło się diametralnie. Czerpiąc z dzieła J. Dobraczyńskiego, apostolskiej posłudze Pawła z Tarsu poświęcimy „Poranek z książką” w bibliotece (piątek, 25 stycznia 2019 r.).

Źródło: Jan Dobraczyński, Jezus Chrystus i jego apostołowie, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958.

Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

10 kempis

Tę książkę domniemanego autorstwa średniowiecznego teologa i mistyka Tomasza z Kempis (1380-1471) czytali przed nami ludzie wielcy: teolodzy, filozofowie, pisarze (np. Ignacy Loyola, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Bolesław Prus, ks. Jan Twardowski, poetka i tłumaczka Anna Kamieńska), by w ten sposób uczestniczyć w swoistym dialogu z Nauczycielem, by Go posłuchać. Jest, bowiem, to dzieło taką rozmową Chrystusa z duszą ludzką, Oblubieńca z Oblubienicą. Jak wnikano w tę księgę? Jedni włączali się w ten dialog systematycznie, czytając przekaz od deski do deski, strona po stronie; inni włączali się „na wyrywki”, kolejni wertowali księgę, szukając odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Na kartach tego utworu znajdujemy wiele aforyzmów, sentencji, stąd kojarzy się on ze starotestamentowymi księgami mądrościowymi: Prz, Mdr, Syr, i taki też ma układ kompozycyjny. Zresztą, redaktorzy współczesnego wydawnictwa zamieścili na marginesie tekstu odsyłacze do ST i NT.
Wybrałam tę książkę do czytania w bibliotece parafialnej w kolejne wtorki Wielkiego Postu, by „czynić swoje”, by być bliżej Nauczyciela. A do niniejszej prezentacji włączam kilka cytatów ze stron, gdzie się książka otworzyła.
- Jesteśmy tak słabi, że często łatwiej nam myśleć i mówić o ludziach źle niż dobrze. (s. 27.)
- Wybieraj takie lektury, które raczej pobudzają myśl, niż zaspokajają ciekawość. (s. 46.)
- Czemu szukasz spoczynku, skoroś urodzony dla trudu? (s. 82.)
- Kto usiłuje uchylić się od posłuszeństwa, sam uchyla się od łaski. (s. 115.)
- Czasem to nawet dobrze, że sługa Boży musi znieść pokusę zwątpienia. Niewiernych i grzeszników diabeł nie kusi, bo już ma ich w ręku, wiernych zaś i pobożnych kusi i dręczy na różne sposoby. (s. 235.)


Źródło: Tomasz à Kempis, O naśladowaniu Chrystusa, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1989.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

07 blogoslawienstwo

Ta książka ma stron niewiele, zaledwie 64, i w ogóle nie wolno jej streszczać, trzeba w nią wniknąć, trzeba się „wczytać”, trzeba przeżyć. Rozważania o cierpieniu rozpocznijmy od pochylenia głowy nad głębią paradoksu wyrażonego w tytule: NIECHCIANE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO.

Polecam te refleksje każdemu, kto cierpi, kto z empatią odnosi się do cierpiących, kto chce pomóc sobie i innym (nie tylko raz w roku okolicznościowo w Światowy Dzień Chorego). Podsuwam tę książkę także tym, którzy porażeni własną bezradnością, sądzą, że dla cierpiących nic zrobić nie mogą. Mogą.

Popatrzmy na „rupiecie” naszego życia i pomyślmy, jakim skarbem mogą się stać w rękach Pana... wszystkie te rozczarowania, złamane serca, zawody, upadki, choroby, trudności wszelkiego rodzaju, irytacje, które wywołują niecierpliwość i zdenerwowanie. Zbierzmy je wszystkie razem i zacznijmy je używać dla Królestwa Bożego i zbawienia dusz. Kiedy uświadomimy sobie, jak wiele mamy do ofiarowania Panu, będziemy bardzo zajęci, by użyć tych skarbów. [...] A gdyby tak dosolić nasze modlitwy szczyptą cierpienia, które ofiarujemy Panu bez narzekań, chętnie i z miłością.


Źródło: Frances Hogan, Niechciane błogosławieństwo, Wydawmictwo M, Kraków 1993.
Polecam, Maria Studencka

 

 

05 Klopotliwa milosc

Miłość jest zawsze trochę kłopotliwa,
bo nie chce odpowiedzi w słowach
lecz w życiu.


Źródło: Jacek Tonkowicz, Kłopotliwa miłość, Świebodzin 2003, s. 4 okładki.


Słowo odpowiednie do myśli (Mdr 7, 15.) – to temat rozważań na kanwie wierszy ze zbioru „Kłopotliwa miłość” o. Jacka Tonkowicza (franciszkanin, poeta, malarz, rzeźbiarz, muzyk). Tomik ten wybrałam na piątkowy „Poranek z książką”. Proszę się nie obawiać, nie zadam tego wykpiwanego pytania: „Co autor miał na myśli w wierszu?”, bo i sama na takowe nie umiałabym odpowiedzieć. Przecież utwór liryczny jest zapisem chwili, jakiegoś wrażenia, bywa bardzo osobistym wyznaniem, taką kartką z pamiętnika. Potem wszystko się zmienia, a wiersz pozostaje i żyje już własnym i czytelników życiem. To właśnie my, czytelnicy, możemy wiersz uczynić źródłem inspiracji dla naszych skojarzeń i refleksji.
W prezentowanym zbiorze są miniatury liryczne utrzymane w konwencji wiersza współczesnego, więc zwykle nie ma tu kropek, przecinków, rymów. Zatem, co tu jest, jak tu funkcjonuje słowo: zastosowano tu taki zabieg artystyczny, który pozwala adresatom współuczestniczyć w swoistym kontynuowaniu rozważań zapoczątkowanych przez poetę. Co to za środek artystyczny? –

Opowiem w bibliotece 18 stycznia 2019 r. o godz. 8:45.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

 

 

Copyright © Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Jana Bosko