Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Jana Bosko

Rzymskokatolicka Parafia

  

  

 

Biblioteka parafialna

 

 

poniedziałek 8.45 - 10.00

czwartek 18.45 - 20.00 

 

  

 

ksiega

 

 

 

 

 

 

BIBLIOTEKA POLECA

 

56 bp rys

Abp Grzegorz Ryś
Nie musisz się zawsze pierwszy odezwać.


Tym razem sięgnęłam po książkę abpa Grzegorza Rysia, bo właśnie ten duszpasterz wygłosi homilię w Piekarach. Tegoroczna pielgrzymka mężczyzn do Matki Bożej Piekarskiej będzie zupełne inna niż poprzednie: nie pójdą pieszo, nie pojadą na rowerach czy samochodami; nie wypełnią ani sanktuarium, ani wzgórza wokół świątyni Matki Bożej Sprawiedliwości Społecznej, nie zaśpiewają tam „Matko Piekarska, Opiekunko sławna”, a mimo to będą tworzyć wspólnotę, będą realizować jedną z rzeczy ważnych, czyli będą robić to, do czego zachęca abp Grzegorz Ryś: „Przestańmy ciągle mówić o jedności, zacznijmy w końcu ją robić” – to jedno z przesłań najnowszej książki łódzkiego metropolity. Książka nosi tytuł „O rzeczach ważnych”, a jej czytanie jest okazją, aby wsłuchać się nieco w nauczanie abpa Grzegorza Rysia przed pielgrzymkową niedzielą, bo właśnie on będzie przewodniczył Mszy Świętej koncelebrowanej i wygłosi homilię do czcicieli Pani Piekarskiej. Jest jeszcze jedna przyczyna, że chcę o tej książce napisać parę słów – krótka rekomendacja kard. Konrada Krajewskiego, jałmużnika papieskiego: „Dałem się porwać tekstom abpa Rysia. Kiedy czytam tę książkę, mam wrażenie, że Bóg we mnie oddycha”. Cóż to są te „rzeczy ważne” oraz kiedy i jak duszpasterz o nich mówi? Te najistotniejsze sprawy wymienione są na skrzydełku książki: dialog, droga, godność, jedność, kultura, miłosierdzie, miłość, misja, patriotyzm, pojednanie, pokora, pokój, powołanie, prawda, proroctwo, służba, spotkanie, sprawiedliwość, sumienie, wiara, władza, wolność, wspólnota. A podejmował abp Grzegorz Ryś te zagadnienia przede wszystkim w homiliach, np. z okazji święta łódzkiej Caritas, w rocznicę katastrofy smoleńskiej, w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, w czasie Mszy żałobnej, w uroczystości i święta kościelne, na cmentarnej kwaterze dla ubogich i bezdomnych, w Światowy Dzień Ubogich, w czasie Dni Modlitw o Jedność Chrześcijan, podczas ingresu metropolity łódzkiego, w trakcie IV Synodu Archidiecezji Łódzkiej, w czasie Mszy Świętej z udziałem kleryków przygotowujących się do kapłaństwa, podczas Eucharystii dla członków Akcji Katolickiej, podczas nabożeństwa pokutnego za grzechy pedofilne popełnione przez ludzi Kościoła, podczas pogrzebu abpa Tadeusza Pieronka, we wspomnienie swojego patrona. Oprócz homilii są też inne wypowiedzi, np. w czasie ekumenicznej modlitwy o pokój, w debacie pod hasłem „Inny?”, jest wykład o ewangelizacji i kulturze, głos na spotkaniu z ludźmi kultury. Prezentowana książka zawiera tylko część wystąpień abpa G. Rysia z lat 2017 – 2019.
W jednym z rozdziałów są zamieszczone wypowiedzi abpa Grzegorza Rysia z debaty pod tytułem „Inny?”. Tu opowiada trochę więcej o sobie: o pracy nad sobą i o własnej drodze, o lekcjach pokory, o wdzięczności dla swoich mentorów i nauczycieli, o trudnej sztuce mówienia w porę, o mądrym milczeniu i – najważniejsze – o umiejętności słuchania, słuchania tego właśnie „Innego”. To stąd pochodzi nagłówek niniejszej refleksji o dobrej książce: „Nie musisz się zawsze pierwszy odezwać”. I warto tę radę (upomnienie) wziąć sobie do serca. I może choć czasem mnie uda się ją wcielić w czyn? Już temat tego spotkania w łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych wywołuje zainteresowanie: „Inny?”. Kim jest (lub kim nie jest) „Inny”? „Inny nie musi być wcale innej religii, innej kultury, innego koloru skóry. Inny to jest po prostu ten, który jest obok”. Wsłuchując się w wypowiedzi przedmówców, abp G. Ryś szukał w pamięci takiego spotkania, które zaważyło na jego myśleniu o spotkaniu z drugim. I przypomniał sobie odległą w czasie rozmowę w kręgu takich samych osób: wszyscy byli bardzo młodymi ludźmi, zaangażowanymi katolikami, uczestniczyli w spotkaniu oazowym. Dziś biskup, wtedy młodzieniec Grzegorz sądził, że w dyskusji zaimponował swoim intelektem i wiedzą, że „błysnął” – jak mówią młodzi – i spodziewał się pochwały od księdza uczestniczącego w tej rozmowie, a ten powiedział: „Grzesiek, nie musisz się zawsze pierwszy odezwać”. Od tamtego spotkania upłynęło pewnie ze czterdzieści lat, a abp Grzegorz niezmiennie uważa, że to było najważniejsze zdanie, jakie w życiu usłyszał, że ten ksiądz był pierwszym człowiekiem, który zaważył na jego myśleniu. „Dopiero od tego zdania – mówi duszpasterz – zacząłem słuchać innych ludzi. Muszę powiedzieć, że robię to z coraz większą pasją. Najfajniejsza rzecz, jaką można w życiu przeżyć, to słuchanie, co ma drugi do powiedzenia. W tym sensie im bardziej ten drugi jest inny, tym jest ciekawiej, lepiej. Oczywiście, żeby wejść w taką rozmowę, trzeba samemu wiedzieć, kim się jest, trzeba znać swoją tożsamość, rosnąć w niej, pogłębiać ją. Ale rozmowa z drugim jest fascynująca wlaśnie dlatego, że on jest inny”. Od swojego mistrza, ks. prof. Jana Kracika, Grzegorz Ryś uczył się i warsztatu historyka, i życia. Ks. profesor skutecznie studentom „wybijał z głowy” myślenie, że już się wszystko wie na dany temat, że jest się niemal ekspertem, bo może jednak jest inaczej, rozbijał schematy myślowe. Niektórzy źle to znosili i rezygnowali z zajęć u niego. „Pamiętam – wspomina abp Grzegorz – ja też nieraz myślałem, że już wiem, jak coś napiszę, po czym przychodziłem do profesora, on zadawał mi trzy pytania i wszystko wyrzucałem do kosza”. To uczenie się słuchania „Innego” u boku profesora trwało dłużej, bo ks. Grzegorz został jego asystentem i z czasem sam zaczął stosować niekonwencjonalne metody poznawania odmiennych opinii w danej sprawie. I chciaż teraz to on, arcybiskup, często przemawia jako autorytet, znawca zagadnienia, to nadal uważnie słucha, co mają do powiedzenia inni. A w najbliższą niedzielę to my będziemy mieli okazję posłuchać, co ma nam do powiedzenia abp Grzegorz Ryś.

Źródło: Abp Grzegorz Ryś, O rzeczach ważnych, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020.
Piotrowice, 27 maja 2020 r.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

55 JPII

Papież praw człowieka


Trwa rok św. Jana Pawła II, kilka dni temu obchodziliśmy 100 rocznicę Jego urodzin, a z tym wspomnieniem powracamy do przeszłości, do którejś pielgrzymki, sięgamy na półki z książkami autorstwa Karola Wojtyły. Powracamy do tych opublikowanych dawniej, bo dzięki nim raz jeszcze możemy spojrzeć na rzeczywistość oczyma poety, filozofa, biskupa, papieża. Są też książki, w których głos zabiera Jan Paweł II – głowa Kościoła katolickiego.
André Frossard, autor prezentowanej książki „Świat Jana Pawła II”, z pokorą i wiernie podjął się przedstawienia refleksji Ojca Świętego na temat współczesnej rzeczywistości, problemów naszego świata, różnych zagrożeń, gwałtownych przemian. „Niniejsza książka – pisze w 1991 r. A. Frossard – utrzymana w czarno-białej tonacji, ukazująca tyleż powodów do lęku, co i do nadziei, jest rezultatem wielu rozmów z Janem Pawłem II [...]. Autor nie miał odwagi, aby umieszczać w cudzysłowie wypowiedzi Papieża, gdyż każda jego opinia angażuje Kościół, a nikt nie może wpływać na zaangażowanie Ojca Świętego”. Frossard unika cytowania, ale „myśl Papieża jest łatwo rozpoznawalna. Jej zabarwienie – dodaje – jest mniej ponure niż wywodów autora, w którego ludzkiej ocenie świat zmierza w kierunku zagłady”. André Frossard, francuski dziennikarz z wieloletnim stażem w chwili zbierania materiałów do prezentowanej książki, z doświadczeniem niespodziewnego nawrócenia w wieku lat dwudziestu, wiedział, co nurtuje ludzi, o co pytają Ojca Świętego w czasie audiencji czy pielgrzymek. Ma również świadomość, że każde słowo Papieża będzie natychmiast komentowane zarówno przez Jego zwolenników, jak i przeciwników. A ludzie – i ci zwyczajni, i politycy, i publicyści – pytali o przyczynę wielkich przemian na Wschodzie, o postawy ludzi wobec reżimów, o wpływ polityków na losy świata, o kondycję moralną człowieka, wreszcie o Kościół i jego rolę w świecie, o objawienia i cuda. Wiele z tych zagadnień należy do historii, czasem już odległej, ale sprawy te ciągle powracają w ocenach historyków. W rozmowach z Ojcem Świętym pojawił się wątek „niespodzianek historii”. W tym aspekcie Papież przywołał „klęskę armii szwedzkiej w XVII wieku przed Jasną Górą, niewielką twierdzą Częstochowy, która stała się ostatnim punktem oporu [...] i punktem wyjścia do odzyskania Polski dla Polaków”. Dzięki temu zwycięstwu ducha Polska pozostała katolicka. Są też w tej książce refleksje o Bogu, Kościele i człowieku w okresie renesansu, o dramatycznych sporach teologów i filozofów na temat wartości w dobie oświecenia. Jest też w wypowiedziach Papieża przywołane niezwykle istotne dla historii XX-wiecznej Europy fatimskie orędzie Matki Najświętszej i dzieje wypełniania tegoż orędzia. Jan Paweł II w rozmowach i książkach (także późniejszych), które powstały przy współpracy m.in. z A. Frossardem, Vittorio Messorim czy ks. Józefem Tischnerem, podejmował zagadnienie dwu totalitaryzmów: nazizmu i komunizmu, eksterminacji Żydów, mordu na polskich oficerach w Katyniu, żelaznej kurtyny, sprawę inwazji ideologicznej i politycznej propagandy. Jest tu ocena historii współczesnej i roli takich jednostek, jak: Stalin, Hitler, Chruszczow, De Gaulle, Gorbaczow. Jest też rozdział o przebudzeniu się narodów, dlatego że Papież wierzył w narody, w patriotyzm, i zawsze zdecydowanie odrzucał nacjonalizm oraz szowinizm. U źródeł tej walki o wolność narodów jest znowu nauka moralna: nie wolno sprowadzać moralności do nakazów instynktu samozachowawczego. Trzeba też pamiętać, że pierwszą „ze wszystkich odmian wolności jest wolność sumienia”, a łamanie tejże wolności przez kogokolwiek (np. przez ludzi Kościoła) nie może być akceptowane. Zresztą, „wielcy teologowie zawsze przyznawali sumieniu to, czego mu często odmawiano w nędznych trybunałach”. Jan Paweł II musiał także znosić uwagi nieprzychylne. „Przez całe lata zawodowa inteligencja będzie krytykować polskiego papieża, wyśmiewać jego duchowe dążenia, kpić z jego moralnej nauki. Mówiono, że nie rozumie on wspóczesności, że na próżno usiłuje sprzeciwić się ewolucji obyczajów, że posługuje się językiem, który nie trafia do sumień dzisiejszych ludzi. Setki teologów z Niemiec, Francji, a nawet z Włoch kierowały do niego obraźliwe napomnienia, zarzucając mu, że nie nadąża za wydarzeniami, wyśmiewając go, że podstawy nowego chrześcijaństwa buduje w próżni. Mówili, że jest marzycielem”. Przez te zwłaszcza pierwsze lata, kiedy biskupem Rzymu był Jan Paweł II, toczyły się także spory o Sobór Watykański II, w którym przecież bp Karol Wojtyła uczestniczył (należał m.in. do zespołu opracowującego konstytucję „Gaudium et spes”. Te nieprzychylne wypowiedzi o Janie Pawle II złagodniały nieco, kiedy opinia publiczna musiała uznać, że ten Ojciec Święty doskonale nawiązuje kontakt z młodymi ludźmi (spotkanie z młodzieżą w r.1983), że właśnie młodzież widzi w Nim autorytet, że chce iść drogą przez Niego wskazywaną. I coś z tej radości i nadziei w późniejszych pismach odnajdujemy. Publicyści odnotowali, że Jan Paweł II papieskim autorytetem wspiera całe narody przeciwstawiające się złu. To „poparcie, posunięte niekiedy do granic prowokacji, dodawało moralnej mocy odwadze” walczącym o prawdę, prawa i wolność. I tu Frossard odnotowuje niestarzejący się uniwersalny aspekt roli papieża: „Zauważamy, że to zaufanie ludów nadaje Ci jedyną w swoim rodzaju władzę. Władzę, która nie chce rządzić, lecz przekonywać, która zawsze broni, ale nigdy nie potępia; która w każdej dziedzinie odwołuje się do ewangelicznego prawa i do głosu sumień”.
Jeden z rozdziałów nosi tytuł „Chodzenie po wodzie” (skojarzenie z przekazem ewangelicznym jest oczywiste). Frossard pisze, że „historia świata to dzieje nie kończącego się sporu człowieka z jego Bogiem lub z wyobrażeniem, jakie sobie o nim tworzy”. We współczesnym świecie ten spór jakby się wyciszył, bo człowiekowi Bóg stał się mniej potrzebny. „Bóg – pisze Frossard – nie przenika już myśli ani życia świata. Skutkiem tego człowiek, zdany tylko na siebie, przeżywa niepewność co do swojej tożsamości, błąka się nieświadomy celu i pogrąża w stan moralnej nieważkości, przypominającej bezładne ruchy kosmonauty w jego kabinie. Tymczasem dla Jana Pawła II postawa człowieka wobec tajemnicy Boga określa całe jego życie społeczne i kulturalne”. Papież o tym duchowym odrodzeniu człowieka pisze w niejednej książce („Pamięć i tożsamość”, „Wstańcie, chodźmy!”), przekonuje, że odrodzenie moralne jest możliwe. Bardziej sceptyczny Frossard dodaje: „Nie pozostaje nam nic innego, jak iść po wodzie – czynność, która wymaga nieustraszonej wiary”.

Źródło: André Frossard, Świat Jana Pawła II, Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2005.
Piotrowice, 22 maja 2020.
Polecam, Maria tudencka

 

 

 

 

54 JPII

100 rocznica urodzin Karola Wojtyły – św. Jana Pawła II

 

Spotkania piotrowiczan z Ojcem Świętym
Pomysły, żeby w parafii NSPJ specjalnie upamiętnić 100 rocznicę urodzin Naszego Papieża, mnożyły się jeszcze w zeszłym roku, kiedy wspominaliśmy pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II do Ojczyzny. Niestety, z powodu pandemii żadnego z tych interesujących projektów nie można realizować w przestrzeni realnej, ale przecież mamy Internet – i tak zrodził się projekt zorganizowania wirtualnej wystawy pamiątek z prywatnych archiwów piotrowiczan. W prezentowanym w zakładce „galeria” na stronie https://www.nspj.katowice.pl/ dwuczęściowym zbiorze są przede wszystkim zdjęcia Ojca Świętego w otoczeniu pątników na spotkaniach w kraju i za granicą, są zachowane zaproszenia i bilety wstępu na audiencje, pamiątkowe różańce, apostolskie błogosławieństwa, piękne albumy wykonane z wycinków prasowych w domach, portrety rysowane, kopiowane i haftowane. oprócz prezentowanych pamiątek jest w domach wiele książek, albumów i płyt z pieśniami i filmami. Tekst niniejszy zawiera wspomnienia, refleksje, świadectwa związane z Karolem Wojtyłą – św. Janem Pawłem II. To swoisty zapis spotkań piotrowiczan z Ojcem Świętym, spotkań, które w zasadzie ciągle trwają.
Na spotkania z Ojcem Świętym parafianie wyruszali całymi rodzinami, młodzi rodzice z małymi dziećmi na rękach lub w wózeczkach, w gronie przyjaciół, indywidualnie i w grupach zorganizowanych z zakładów pracy, z parafii, ze stowarzyszeń, a nawet z chórem. Niezapomnianym przeżyciem były audiencje u Ojca Świętego: czy to generalna na placu św. Piotra w Watykanie, czy to bardziej kameralna w Castel Gandolfo. Zawsze towarzyszyła temu nadzieja, że Papież podejdzie blisko, poda rękę, uśmiechnie się, porozmawia... Ten bezpośredni kontakt był taki niezwykły, do dziś to pamiętam – mówi niemal każdy uczestnik spotkania. „Do dziś czuję w dłoni delikatną miękkość wełny papieskiej sutanny, kiedy z mamą stałyśmy przez chwilę za Ojcem Świętym i delikatnie Go podtrzymywałyśmy” – mówi Marysia Gwoździwa. To spotkanie zapadło w serce i w duszę, pozostało w zmysłach i w głowie – wspomina ze wzruszeniem niejeden uczestnik spotkań.
To w Wadowicach wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął. I kapłaństwo się zaczęło – wspominał Ojciec Święty 16 czerwca 1999 r., przemawiając do mieszkańców miasta i okolicy. Pokazywał kamienicę, w której się urodził 18 maja 1920 r.: A dom był tutaj, za moimi plecami, przy ulicy Kościelnej. A kiedy patrzyłem przez okno, widziałem na murze kościelnym zegar słoneczny i napis: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Dziś jest tu: Muzeum. Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II (w prezentowanym zbiorze jest zdjęcie ze stycznia 2020 r.). Tego samego dnia zostały wykonane także inne zdjęcia w czasie tej rodzinnej pielgrzymki do Wadowic, to są te najważniejsze dla Karola Wojtyły miejsca, stale obecne we wspomnieniach bardzo już schorowanego w 1999 r. Papieża: Naprzód byłem uczniem szkoły podstawowej powszechnej, tu w tym budynku, w którym jest zarząd miasta, magistrat. Potem było gimnazjum im. Marcina Wadowity, gimnastyka i przedstawienia w „Sokole”. Z okna mieszkania widać było ścianę farnego kościoła, od 1992 r. jest to Bazylika Mniejsza Ofiarowania Najświętszej Marii Panny.
W rodzinach (np. u Urszuli i Stanisława Grzyśków) zachowały się zdjęcia, które wywołują głębokie refleksje. Bo któż się nie wzruszy, patrząc na takie wykonane w Pieniężnie u werbistów chyba w roku 1971: Prymas Stefan Wyszyński, bp Karol Wojtyła, bp Herbert Bednorz z biskupami z całej Polski, albo zrobione w Nowej Hucie zdjęcie kardynała Karola Wojtyły konsekrującego tam kościół w 1977 r. (a przecież miało to być miasto bez świątyń, bez Boga; tę fotografię – wspomina Pani Zosia – pokazałam znajomym w pracy i zaraz ktoś chciał ją ode mnie kupić), albo zdjęcie upamiętniające spotkanie Prymasa Stefana Wyszyńskiego z Janem Pawłem II tuż po konklawe, albo takie dwa: Jan Paweł II i o. Józef Glinka SVD najpierw na Flores w Indonezji, następnie w Watykanie. Te zdjęcia ilustrują realizowanie Jezusowej nauki: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28, 19). Szczególny rodzaj pamięci o Janie Pawle II tchnie z portretów wykonanych ręcznie w darze dla najbliższych krewnych (takich artystów haftujących obrazy krzyżykami na kanwie jest co najmniej kilkoro w naszej parafii), z albumów zrobionych z wycinków prasowych w domach, z nabytych w szczególnych okolicznościach i pieczołowicie przechowywanych wizerunków Papieża.
„Co przeżyliśmy z Ojcem Świętym, to już jest nasze, na zawsze w nas pozostanie” – tak o spotkaniach z Janem Pawłem II mówią jednym głosem Marysia i Jurek. Każde z tych spotkań było inne, każde niezwykłe tak, że „to trudno słowami wyrazić” – mówi niejeden uczestnik pielgrzymki krajowej czy zagranicznej. A Papież przybywał, przemawiał, odprawiał Msze Święte, nabożeństwa, nauczał, rozmawiał z pątnikami. Dziś przypominają o tym zachowane w domach zaproszenia, wizytówki, bilety wstępu, programy spotkań, dewocjonalia, no i oczywiście zdjęcia. W niejednym domu jest także apostolskie błogosławieństwo uzyskane dla całej rodziny, dla małżonków, dla dziecka. Niektóre spotkania, zwłaszcza te wcześniejsze, nie zostały zarejestrowane na zdjęciach, ale i tak są w pamięci pątników.
Parafianie wspominają...
W 1997 r. Krystyna Bubiak z synem Robertem, ciotką i kuzynostwem wzięła udział w pielgrzymce do Taizé, wyjazd trwał dwa tygodnie i każdy dzień dostarczał niezwykłych przeżyć. Jednego z takich sierpniowych dni, święta Wniebowzięcia NMP, nie sposób zapomnieć. Wszyscy uczestnicy pielgrzymki byli na audiencji u Ojca Świętego Jana Pawła II w Watykanie, oprócz nas mnóstwo ludzi z całego świata. Olbrzymia aula wypełniona była po brzegi, ale nikt nie skarżył się na ciasnotę, bo wszyscy mieliśmy jedno pragnienie: zobaczyć z bliska Ojca Świętego i posłuchać Go. My staliśmy dosyć daleko, ale to nieważne, chciałabym to przeżyć jeszcze raz. To było niesamowite doznanie. Przeżycie spotkania z Ojcem Świętym było cudowne. Zamglone zdjęcia, które tam zrobiliśmy, są dla nas ważną pamiątką, ale zupełnie nie oddają przeżywanego stanu uduchowienia. Cieszę się, że tam byliśmy, do dziś wspominamy tamte chwile.
W rodzinie Państwa Cegiełków Nasz Papież zaistniał wraz z Jego pierwszą duszpasterską wizytą w Polsce. W domowym archiwum zachowały się dokumenty z kilku pielgrzymek, w których uczestniczyli członkowie rodziny, z Jasnej Góry, z Krakowa, z Tarnowa. Kasia bardzo dobrze pamięta spotkanie z Ojcem Świętym na Muchowcu. „Byłam tam z tatą” – mówi. Niewielu pątników fotografowało wtedy własnymi aparatami, ale po pielgrzymce kupowano zdjęcia oficjalnie wykonane przez dokumentalistów. Dziś ze wzruszeniem oglądamy zdjęcia, na których uwieczniono radość emanującą z twarzy Papieża witającego Polskę, idącego z dziećmi, sprawującego Eucharystię na Muchowcu. Kasia pamięta, że w rozmowach przy okazji kolejnych pobytów Jana Pawła II w kraju wspominano zawsze cel tej pierwszej pielgrzymki i z mocą wypowiedziane słowa: Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! Na jednym z ostatnich zdjęć widzimy bardzo już schorowanego Papieża, na odwrocie jest fragment Jego listu do ludzi w podeszłym wieku. Pod spodem odręczny dopisek, lakoniczny, dlatego taki przejmujący: „02.04.2005, g. 21.37” – to pożegnanie z Ojcem Świętym w doczesnym świecie. „Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy...”
Od początku pontyfikatu do dzisiaj Jan Paweł II jest „Naszym Papieżem” w rodzinie Jolanty i Henryka Chmielarzów oraz ich krewnych. W rodzinie zbiera się i wykonuje pamiątki. Kiedy Papież był w Katowicach na Muchowcu w 1983 r., rodzina z małym Pawełkiem w wózku szła pieszo z Piotrowic na ul. Powstańców, by tam na trasie przejazdu spotkać Ojca Świętego. U siostry – mówi Pani Jola – są dwa albumy poświęcone Naszemu Papieżowi wypełnione zdjęciami i wycinkami z prasy, w jednym z nich srona tytułowa wykonana jest ręką dziecka. Kiedy dziś to oglądamy, wzruszamy się bardzo, wracamy do tamtych dni, modlimy się do św. Jana Pawła II. Wśród pamiątek są też portrety Papieża wykonane haftem krzyżykowym przeze mnie i przez Henryka. Tylko jeden mamy w domu, bo inne podarowaliśmy naszym mamom i mojej koleżance, zostały zdjęcia. Te portrety to taka modlitwa, a Święty Papież jest stale obecny w naszej rodzinie.
Hanna i Wiesław Dziedzicowie wspominają okoliczności wykonania czterech zdjęć z audiencji. Mieszkaliśmy wtedy w Mysłowicach. Nasz młodszy syn, Przemek, uczył się w Liceum Handlowym i miał tę niezwykłą okazję uczestniczyć w sponsorowanym wyjeździe do Włoch. Uczestnicy wiedzieli przed wyjazdem, że spotkają się z Ojcem Świętym. Jednak pewnie nikt z nich nie przypuszczał, że bezpośredni kontakt z Janem Pawłem II w Watykanie zrobi na nich takie wrażenie, że wrócą tacy uduchowieni. Przemek robił zdjęcia, więc na żadnym z prezentowanych go nie ma. Niesamowite wrażenie zrobiło na nas wszystkich zdjęcie z białą smugą, ta jakaś niezwykła świetlistość sylwetki Papieża i odblask kładący się dalej. Przemek do dziś pamięta uścisk dłoni Ojca Świętego – tylko on jeden z całej rodziny miał to szczęście, chociaż mąż i ja też uczestniczyliśmy w pielgrzymkach, by spotkać Naszego Papieża. W domu zachowały się różne pamiątki z tamtych czasów, np. chusty z Sosnowca. Prezentowany portret Papieża Jana Pawła II kupiliśmy w 2004 r., upamiętnia naszą przeprowadzkę z Mysłowic do Piotrowic. Nazywam go „Mój Ojciec Święty Uśmiechnięty” – mówi Hania. Dla mnie było to niezwykłe, że wśród wielu portretów zauważyłam właśnie ten. Jest dla nas bardzo ważny. Papież Jan Paweł II to ktoś nam bardzo bliski, a Jego twarz emanuje taką dobrocią, jakąś pozytywną energią, no i ten uśmiech taki serdeczny i czuły. On naprawdę jest w naszym domu. W dodatku Jego rok urodzenia 1920 to także rok urodzenia mojej Mamy, a z kolei w r. 1978 – wybór na Papieża – urodził się nasz syn Michał. Dwa słowa cisną mi się na usta, kiedy myślę o Papieżu: Modlitwa i Serce.
Z mężem, Andrzejem, oraz szwagrem Ludwikiem byliśmy w Watykanie na uroczystościach millenijnych w 2000 r. – wspomina Krystyna Gierlotkowa. To był wyjazd pracowników KWK „Wujek”, towarzyszył nam ksiądz. Kiedy przez plac św. Piotra przejeżdżał Ojciec Święty Jan Paweł II, chyba każdy pielgrzym chciał się znaleźć jak najbliżej. Mąż, ja i szwagier mieliśmy to szczęście, że staliśmy przy samych barierkach, wszyscy wyciągaliśmy ręce w nadziei, że uda nam się dotknąć chciaż palców Papieża. Mnie dzieliło od Niego chyba tylko ze trzy centymetry. Nie dotknęłam ręki Papieża i bardzo to przeżywałam, że mi się nie udało, ale i tak byłam szczęśliwa, że mogłam tam być, że Go widziałam. To było niesamowite doznanie, do dziś to pamiętam, no i jestem szczęśliwą posiadaczką kilku pamiątek z tego spotkania, oglądając je, przeżywam wszystko na nowo: są dwa zdjęcia, ale ważniejszy jest różaniec poświęcony przez Papieża i apostolskie błogosławieństwo – ten certfikat otrzymaliśmy jesienią tego niezapomnianego roku – od tamtego czasu wisi u nas na ścianie. Pamiętam jeszcze, że mieliśmy uczestniczyć we Mszy św. z Papieżem, ale w ostatniej chwili coś się zmieniło, więc była Msza z naszym księdzem i modliliśmy się w intencji Ojca Świętego. Do dziś się cieszę, że Pan Bóg pozwolił mi tam być i że mogę się z kimś podzielić tymi doznaniami. Chyba wszyscy czuliśmy, że spotykamy się z kimś zupełnie niezwykłym, a jednak tak serdecznym i bliskim.
Marysia i Jurek Gwoździowie o swoich spotkaniach z Papieżem mówią tak: Byliśmy blisko świętości Jana Pawła II. Rodzinie naszej było dane uczestniczyć w dwu spotkaniach z Ojcem Świętym: żeńska część rodziny (Marysia z mamą i córką Anią) wyjechała do Włoch w sierpniu 1997 r., natomiast Jerzy z synem, Jackiem, pojechali w 1998 r. Program był taki sam, podobne także doznania do dziś wspominane. Uczestniczyliśmy w środowej audiencji generalnej w auli Pawła VI na Watykanie (tam było około 4 tys. uczestników, dodaje Jurek). Niezwykła dla nas była także rozpoczęta o godz. 8.00 Msza św. koncelebrowana, której przewodniczył Ojciec Święty w Castel Gandolfo – to było w sobotę. Potem, już w niewielkiej grupie, uczestniczyliśmy w spotkaniu z Janem Pawłem II. Był już wtedy bardzo chory, a jednak rozmawiał z nami, zadawał pytania, słuchał uważnie, pochylał się nad dziećmi, w zasadzie każdemu poświęcił chwilę uwagi. Z tego spotkania mamy kilka zdjęć, a zrobił je Arturo Mari, papieski fotograf. (Potem, czekając na zdjęcia, odpoczywaliśmy nad wulkanicznym jeziorem Albano.) Dotyk drżącej ręki Jana Pawła II (r. 1997) i Jej ucałowanie (r. 1998) pozostaną na zawsze w naszej pamięci. Wiedzieliśmy już wtedy, że na naszej drodze pielgrzymowania było nam dane spotkać Osobę Świętą. I bardzo nas cieszy otrzymane w 1997 r. apostolskie błogosławieństwo dla całej rodziny.
Barbara i Henryk Kasprzykowie na spotkania z Ojcem Świętym wybierali się całą rodziną. Najczęściej byli na krakowskich błoniach, a tam spotykali się z przyjaciółmi z diecezji krakowskiej i w takiej wspólnocie czekali na Ojca Świętego, potem razem przeżywali Eucharystię i modlitwy prowadzone przez Papieża, słuchali jego przemówień i – jak pewnie wszyscy inni – chcieli się znaleźć jak najbliżej, kiedy rozpoczynały się spontaniczne rozmowy i kontakty Papieża z pątnikami. Na Błoniach, w Skoczowie, w Gliwicach wyczuwało się atmosferę uniesienia, głębokich przeżyć, niejeden miał poczucie, że dzieje się coś naprawdę niezwykłego. Niektórzy z nas cały czas się modlili w skupieniu i jakiejś wewnętrznej ciszy, inni uzewnętrzniali radość, były również łzy. Wśród pamiątek są bilety wstępu, programy spotkań, vademecum pielgrzyma, kilka zdjęć z przyjaciółkami, zdjęcia 11-letniego syna, Michała, wykonane w Gliwicach. Nie ma tu zdjęć z pierwszych pielgrzymek, bo ich wtedy nie robiliśmy – dodaje Basia. Z tych wszystkich pielgrzymek największe wrażenie zrobiła na nas ta gliwicka z 15 czerwca 1999 r., kiedy to Ojciec Święty z powodu choroby nie przybył do pielgrzymów. Bardzo się wtedy baliśmy o jego zdrowie. Pątnicy w różnych grupach spontanicznie rozpoczynali modlitwy, nie mieliśmy ochoty opuszczać lotniska, chyba czuliśmy jakąś duchową łączność z ukochanym Papieżem. Odetchnęliśmy dopiero w dwa dni później, kiedy to niespodziewanie Ojciec Święty jednak przyjechał do Gliwic, a świat usłyszał wtedy krótki żartobliwy dialog Papieża z mieszkańcami tej ziemi: „Widać, że Ślązak cierpliwy i twardy. Bo ja bym z takim papieżem nie wytrzymał”. „Wytrzymamy!” – odkrzyknęli pątnicy.
Państwo Zofia i Teofil pamiętają czasy, kiedy ks. Karol Wojtyła w 1958 r. przyjął sakrę biskupią. Pamiętają również Jego starania o wybudowanie świątyni w Nowej Hucie, byli tam w kilka dni po konsekracji kościoła w 1977 r. i wtedy zdobyli bardzo cenne zdjęcie z tej uroczystości. Kiedy wspominamy, że poszukiwane są dziś przez biografów i historyków dokumenty z pierwszych lat pontyfikatu Jana Pawła II, Pani Zosia prezentuje niewielki portret Papieża przywieziony z zagranicy pod koniec 1978 r., zdjęcia z pobytu Papieża w Nowej Hucie w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski i reprodukcję słynnego gobelinu „Dziewczynka z gołębiem” Danuty Muszyńskiej-Zamorskiej. Jednak, najcenniejsze jest to, co pozostało w sercach.
Uczestniczyliśmy w kilku spotkaniach z Ojcem Świętym. Najmocniej utkwiły mi w pamięci dwa. W 1994 r. do Włoch pojechaliśmy z grupą znajomych, całymi rodzinami, z dziećmi. Wiedzieliśmy, że Ojciec Święty jest po operacji stawu biodrowego, że przebywa poza Watykanem. Mieliśmy nadzieję, że może jednak się z Nim spotkamy, dlatego pojechaliśmy do Castel Gandolfo. Na audiencję czekaliśmy kilka godzin, do końca nie było wiadomo, czy Papież się z nami spotka, czy będzie mógł wyjść do pielgrzymów. A jednak udało się! Tacy byliśmy wszyscy szczęśliwi i wdzięczni Bogu za ten dar, wstąpiła w nas otucha, że Papież powróci do zdrowia. Była to pierwsza audiencja Ojca Świętego po operacji stawu biodrowego. Warto było pojechać, modlić się i czekać – wspomina Barbara Murkowa. Mamy zdjęcia z tego dnia: na jednym widać, jak Papież błogosławi zebranych, na drugim – jak przemawia, jest też zdjęcie naszej córki, Karoliny, stojącej obok gwardzistów. W tym roku również byliśmy we Włoszech. Modliliśmy się przy grobie Ojca Świętego, nawet udało nam się tam zdobyć obrazek z modlitwą do św. Jana Pawła II, to było 4 marca, na krótko przed zamknięciem bazyliki z powodu pandemii koronawirusa.
Barbara Podleśna od wielu lat jest duchowo związana z Janem Pawłem II, dlatego gromadzi pamiątki związane z osobą Naszego Papieża. Na przykład zachowało się w domowych zbiorach zaproszenie na spotkanie z Ojcem Świętym podczas uroczystych nieszporów, które odbyły się 15 czerwca 1999 r. w Gliwicach. Jest też apostolskie błogosławieństwo z 2003 r. dla dobrodziejów i przyjaciół werbistów. Są niewielkie obrazki z wizerunkami Papieża przywiezione z różnych miejsc, np. z Wadowic, nowenna do bł. Jana Pawła II, świeca – pamiątka wprowadzenia relikwii bł. Jana Pawła II 7 lipca 2011 r.
W Watykanie byłam z 1 pielgrzymką chórów Górnego Śląska. Niezapomniana audiencja odbyła się 4 września 1991 roku – wspomina Pani Irena Urbańczyk. Zdjęcia, które prezentuje, to pamiatka z piegrzymki do Ojca Świętego Jana Pawła II. Była to I pielgrzymka śpiewaków i muzyków – amatorów ze Śląska do Jana Pawła II zorganizowana przez Oddział Śląski PZCHiO (Polski Zwiazek Chórów i Orkiestr). Odbyła się w trzech turach (maj,czerwiec i wrzesień), bo lista chętnych była bardzo długa. Inicjatywa tej pielgrzymki podjęta została w pierwszym roku Wielkiej Nowenny, która stawiała sobie za cel przygotowanie ludzi do jak najgodniejszego uczczenia 2000 rocznicy urodzin Jezusa Chrystusa. W ten sposob pragnęliśmy wyrazić uznanie dla Jana Pawła II i Kościoła katolickiego w dążeniach do świata pokoju: śpiewaniem i muzykowaniem wspierać te dążenia. Mieliśmy okazję zaśpiewać z najwiekszą radością i nieukrywaną dumą naszemu Wielkiemu Rodakowi, Janowi Pawłowi II, dziś już świętemu. Ja uczestniczyłam w III turze, wrześniowej, trwającej 11 dni, było nas około 100. Punktem centralnym pielgrzymki była audiencja w Bazylice św. Piotra. Nie było mi dane pojechać w maju razem z moim Chórem „Słowiczek”, który wystapił w czasie Mszy św. celebrowanej przez Ojca Świętego w ogrodach watykańskich. Wielkim przeżyciem dla członków chóru był osobisty kontakt z Ojcem Świętym na prywatnej audiencji i, oczywiście, wspólne zdjęcie w ogrodach. To były ważne i niezapomniane chwile w moim życiu.
Wspominając to, przeżywam wszystko kolejny raz.
To tylko kilka pamiątek z naszego rodzinnego albumu – mówi Dorota Zych-Gruszka – ale każde z tych zdjęć przypomina jedno z ważnych wydarzeń. Wadowice odwiedzaliśmy wiele razy. W 1990 r. z mężem Zygmuntem i synem Jackiem byliśmy świadkami instalacji pomnika Jana Pawła II przy kościele pw. św. Piotra Apostoła. To wotywne dzieło robi szczególne wrażenie, gdy sobie uświadamiamy, że to dar wdzięczności za cudowne ocalenie życia Ojca Świętego z zamachu 13 maja 1981 r. na placu św. Piotra w Watykanie. W 1998 r. pojechaliśmy z Zygmuntem do Włoch, by upamiętnić 25 rocznicę naszego ślubu. 21 października (w dzień po rocznicy) uczestniczyliśmy w audiencji generalnej na placu św. Piotra. Więc byliśmy w Watykanie, spotkaliśmy Ojca Świętego, a był to czas szczególny, bo wszyscy jeszcze trwaliśmy w uniesieniu z okazji 20 rocznicy pamiętnego dla nas, Polaków, konklawe. I jeszcze modlitwa – litania do Jana Pawła II wg kard. J. Ratzingera z 16.10.2005 r. stale mnie wzmacnia.
W Piotrowicach jest miejsce kultu św. Jana Pawła II – to od 2 kwietnia 2018 r. kaplica Jemu poświęcona w parafialnym kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Źródła:
1) Wspomnienia, świadectwa parafian.
2) Jan Paweł II, Pielgrzymki do Ojczyzny. Przemówienia. Homilie. Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
Piotrowice, 18 maja 2020 r.
Maria Studencka

 

 

 

 

52 jpII

Czas ucieka, wieczność czeka...

Na okładce książki „Ulubiony bilbord Papieża” o. Leona Knabita OSB są dwa portrety: na pierwszym planie Papież Jan Paweł II wnikliwie i badawczo spogląda w dal, uśmiechając się lekko; niżej o. Leon z szerokim uśmiechem na twarzy, z radością w spojrzeniu, wpatruje się w niebo. Obaj sportretowani być może patrzą w przyszłość, w ten cel, który wszyscy chcemy osiągnąć, a kapłani nam go ukazują i do niego prowadzą. Czytając tę książkę, patrzymy na Jana Pawła II z perspektywy o. Leona Knabita. I siłą rzeczy nasuwa się pytanie o relacje tych dwu duchownych, co zresztą już na pierwszej stronie jest wspomniane. Jednak to, że wiemy o czyimś istnieniu, że się z nim spotykamy, nie musi oznaczać, że się znamy. 

Księża Stefan (Leon to imię zakonne) Knabit i Karol Wojtyła poznali się w 1957 r. podczas górskiej wycieczki. Takie to były czasy, że „chodziło się w góry nie tylko po to, by uprawiać turystykę, ale także aby odetchnąć wolnością”. Tam zrodziła się serdeczna zażyłość między nimi podtrzymywana przez następne lata, kiedy to w życiu obu kapłanów zachodziły znaczące zmiany. Dziś znane jest wszystkim zamiłowanie Karola Wojtyły do sportu i turystyki. Jako młodzieniec chodził do wadowickiego „Sokoła”, później jako kapłan wyjeżdżał z młodzieżą a to w góry, a to na kajaki, a to na narty. I był to czas rekreacji i rekolekcji z Wujkiem Karolem.
„Tych dwóch duszpasterzy – czytamy we wstępie – połączyła nie tylko pasja wędrowania po górach i świecie, ale również niezwykłe poczucie humoru i dobry kontakt z młodzieżą”. Obu duchownych bawił np. autentyczny adres pocztowy domu rekolekcyjnego, w którym czasem się spotykali: poczta Świnna, powiat Żywiec, nadleśnictwo Kiełbasów, do tego jeszcze ksiądz odprawiający tam Msze nazywał się Wieprzkowski. I to właśnie doceniane przez Papieża swoiste poczucie humoru o. Leona ujawnia się w tytule książki o sprawach wielkiej wagi: „Ulubiony bilbord Papieża”. A teraz przykład poczucia humoru Papieża. 8 czerwca 1979 r. Papież w Krakowie na Skałce mówił: Moi drodzy, z tego, co powiedziałem, ktoś mógłby pomyśleć, że duszpasterstwo akademickie to tylko chodzenie na wycieczki, wyprawy na kajakach. To jest bardzo błędny pogląd, bo wielu ludzi uprawia turystykę, a z tego jeszcze całkiem nie wynika duszpasterstwo.
„Czas ucieka, wieczność czeka” – to pierwszy i chyba najważniejszy „bilbord” w życiu Karola Wojtyły (następne wskazane przez o. Leona to cytowane słowa Papieża). Po latach, będąc w Wadowicach 16 czerwca 1999 r. po raz ostatni (jak się później okazało), Jan Paweł II wspominał: A dom był tutaj, za moimi plecami,przy ulicy Kościelnej. A kiedy patrzyłem przez okno, widziałem na murze kościelny zegar słoneczny i napis: „Czas ucieka, wieczność czeka”... Ta sentencja wbiła mu się w pamięć, ukształtowała jego życie. Karol Wojtyła to człowiek, który nie marnował czasu nigdy, bo „wciąż był obecny przed Panem Bogiem”, umiejętnie godził modlitwę z wypoczynkiem i licznymi obowiązkami, realizując w ten sposób „jedną z zasad św. Ignacego Loyoli – In tantum in quantum (o tyle, o ile). To znaczy – zajmuj się tym, co pomaga twojemu zbawieniu [...]. Człowiek mający żywy kontakt z Tym, który go stworzył i odkupił, potrafi znaleźć właściwe proporcje pomiędzy modlitwą a pracą”.
Nigdy nie żal było Papieżowi czasu spędzonego z człowiekiem gdzieś w drodze na oficjalne spotkanie, bo taką wyznawał dewizę: „Każdego przyjmuję jako osobę, którą przysyła Chrystus”. Z tej spontaniczności, omijania dyplomatycznych protokołów zrodziły się niezwykłe rozmowy. W Krakowie na Franciszkańskiej 3 „jest takie okno”, z którego Papież wychylił się, żeby powiedzieć „Dobranoc!” zgromadzonemu tam tłumowi pielgrzymów. A potem toczyła się rozmowa przeplatana żartami: Kiedy tu dawniej byłem w Krakowie, to byłem całkiem porządnym człowiekiem. Nigdy nie wyłaziłem na okna, a teraz co się ze mną stało? Pierwsza taka „poza protokołem” rozmowa „przez okno” odbyła się w Gnieźnie, a uczestniczył w niej także Ks. Prymas Stefan Wyszyński. Najdłuższa gawęda z okna odbyła się w 1987 r. i trwała dłużej niż homilia na Błoniach. Dzięki takim spontanicznym spotkaniom dodatkowego znaczenia nabrało wyrażenie: nasz Papież, bo był człowiekiem bliskim i dawniej jako Wujek Karol, i teraz z „całym światem na głowie”. I w żadnych okolicznościach ten kapłan nie rezygnował z mówienia o Bogu, nie przesłaniał sobą Jego obecności. „W oknie – pisze o. Leon o Papieżu – pokazywał się jako zwykły człowiek, jako dobry ojciec, który wychodzi do dzieci i jeszcze parę słów z nimi na dobranoc zamienia. [...] Dzięki osobowości i świadectwu Wojtyły niejeden człowiek odkrył Boga lub doświadczył umocnienia swojej wiary” – tak działa święty.
„Gdy spotykam człowieka, to już się za niego modlę” – to jeszcze inny bilbord. A spotykano i widywano Karola Wojtyłę w różnych sytuacjach – oficjalnych, wyjątkowych, ale także kiedy „nosił kajaki i mył gary”. Nikt wtedy nie patrzył na niego jak na posąg, jego niezwyczajność objawiała się właśnie w zwyczajności. „Ten tak bliski wielu ludziom człowiek dzisiaj jest postacią świętą. Święty, który nie odstraszał. Wszyscy widzieliśmy Papieża w sytuacjach nadzwyczajnych, kiedy pogłaskał dziecko, uśmiechnął się, wszedł w tłum, porozmawiał z kimś serdecznie. [...] Jego obecność nie powodowała, że tworzył się jakiś ‘świątobliwy’ nastrój”, bo on, „patrząc na człowieka, widział Boga”, nigdy nie tracił z oczu ani Boga, ani człowieka, niczego nie udawał, dlatego zachowywał się tak naturalnie, a to przecież zawsze w relacjach nas ośmiela.
Każda przywołana w tej książce myśl Papieża zawiera jakąś ważną naukę, prawdę, podsuwa coś pod rozwagę, coś wyjaśnia – dla przykładu kolejny bilbord: „Być człowiekiem sumienia to znaczy wymagać od siebie, podnosić się z własnych upadków, ciągle na nowo się nawracać”. To powiedział Papież w Skoczowie (22 maja 1995 r.), ale przecież słowa te powinny być stale myślą przewodnią naszego życia. Co to znaczy „być człowiekiem sumienia” rozwija o. Leon: „Angażować się w dobro i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło”.
To nie wszystkie opatrzone rozważaniami o. Leona cytowane w tej książce myśli najważniejsze Jana Pawła II, bo też nie jest moim celem streszczanie dzieła. Jeśli jednak nie mamy pod ręką ani grubej księgi z homiliami Ojca Świętego, ani poręcznej książki o. Leona, to zawsze możemy wstąpić do kaplicy św. Jana Pawła II w naszym kościele i tam przeczytać i przemyśleć niejeden adresowany do nas imperatyw, np.: Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali.

Źródło: O. Leon Knabit OSB, Ulubiony bilbord Papieża, Tyniec, Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków, 2012.
Piotrowice, 8 maja 2020.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

 

51 caly

 

W tygodniu biblijnym w przeddzień święta Józefa rzemieślnika sięgam po dzieło napisane piękną polszczyzną „Cały sprawiedliwy. Lectio divina z Józefem z Nazaretu”. To dopiero druga (z czterech dotąd opublikowanych) polecana Czytelnikom biblioteki parafialnej znowu wprost niezwykła książka o. Krzysztofa Wonsa SDS głęboko zakorzeniona w Piśmie Świętym. Czy Józef z Nazaretu czytał zwoje Tory, czy czytał psalmy? Nie był uczonym w Piśmie, nie był faryzeuszem, nie był synem rabina. Jednak był obdarzony tą bezcenną mądrością, która kazała mu milczeć we właściwym momencie, która zyskiwała mu ludzki szacunek. Cieśla z Nazaretu patronuje nie tylko rzemieślnikom, robotnikom, ma pod opieką także rodziny, małżeństwa, kobiety w ciąży, czyli daje poczucie bezpieczeństwa takim ludziom, jakim służył w swoim życiu ziemskim. Z prezentowanej książki wydobywam dziś przede wszystkim to, czemu patronuje św. Józef rzemieślnik.
Wydaje się, że opowiedzieć o Józefie tekstem biblijnym jest o wiele trudniej niż pisać o Maryi (Jej poświęcona jest pierwsza książka z prezentowanej serii), bo cieśla z Nazaretu mówi jeszcze mniej niż jego małżonka, jest milczącym świętym, ale głębokie i pokorne wnikanie w Słowo zaowocowało napisaniem pięknych słów o ziemskim opiekunie Jezusa, o patronie rzemieślników.
Co mamy na myśli, kiedy mówimy o kimś „święty człowiek”? Uwznioślamy go, heroizujemy, oczekujemy od niego jakiegoś niebywałego wysiłku, nadludzkich czynów i wytrzymałości. Jesteśmy przekonani, że skoro tak wiele zniósł dotąd, to jeszcze więcej zniesie. W zwyczajnym człowieku jakoś tej świętości nie widzimy. Być może nasze wyobrażenia o świętych wynikają z wybiórczo poznawanych hagiograficznych opowieści sięgających średniowiecza. O. Krzysztof zauważa, że mówiąc w taki podniosły sposób o świętym mimo woli „odzieramy go z tego, co zwyczajne, a przecież zwyczajność jest nam bardzo bliska. W codziennym życiu nie ma dla nas nic bardziej bliskiego, nic bardziej swojskiego niż zwyczajność. W głębi duszy kochamy ludzi zwyczajnych. Lubimy z nimi przebywać. Czujemy się przy nich dobrze, swobodnie i zachowujemy się naturalnie. Szybko też okazuje się, że w tym, co zwyczajne, ujawnia się to, co wyjątkowe, święte”. A przecież niejeden wyniesiony na ołtarze człowiek mówił za życia o swoich problemach, słabościach, namiętnościach i ograniczeniach; niejeden mówił Bogu: Tak późno Cię umiłowałem (np. św. Augustyn, św. Rafał Kalinowski). „Religijne wyobrażenia o świętych, które byłyby pozbawione tego, co w nich najbardziej ziemskie, okazałyby się papierowe, bezkrwiste, iluzoryczne, ale zawierałyby w sobie także coś pokrętnego. Religijne wyobrażenia o świętych, których ewangeliczna miłość nie ma koloru szarej codzienności, nie pochodzą z kart Ewangelii, lecz są jedynie projekcją ‘odcieleśnionego’ człowieka. Takie wyobrażenia bywają groźne – uważa o. Krzysztof – ponieważ mogą wprowadzić w błąd wiele pobożnych dusz, a nawet wpędzić niektórych w objęcia ateizmu, który uważa religię za coś nieziemskiego (przestrzega o. Krzysztof). Tymczasem święci to ludzie za wszelką cenę pragnący się upodobnić do Boga wcielonego, który zapragnął być rozpoznawany w swoim człowieczeństwie”.
Niewiele wiemy o pochodzeniu Józefa. Ewangeliści podają dwa różne imiona ojca Józefa: u Mateusza czytamy, że to Jakub (Mt 1, 16), u Łukasza, że to Heli (Łk 3, 23). Cieślę Józefa znała zaledwie garstka krewnych i sąsiadów oraz pracodawców w pobliskim mieście. A jednak, „był sakramentem obecności Boga w maleńkim punkcie ziemskiego globu. Świat nie miał najmniejszego pojęcia, że takie miejsce jak Nazaret w ogóle istnieje. Ci zaś, którzy wiedzieli, szczerze wątpili, że coś dobrego może pochodzić z Nazaretu” (por. J1, 46).
Judejczyk Józef, „który był człowiekiem” (Mt 1, 19), z domu i rodu Dawida, znany jest przede wszystkim jako milczący święty, cieśla i mędrzec. W Ewangeliach nie jest w ogóle cytowany, a jednak uważne ich czytanie pozwala poznać Józefa, bo jego milczenie jest wymowne, a kontekst tego milczenia, za każdym razem inny, mówi coś istotnego o Józefie. Natchnione teksty oddają głębię doznań zwykłego rzemieślnika: niepokój, niepewność, wreszcie bojaźń Bożą i bezgraniczną ufność pokładaną w Bogu. Właśnie to milczenie mówi o nim najwięcej. Józef nie uciekał przed konsekwencją wydarzeń, o których nic nie wiedział i których nie rozumiał. On przemyśliwał, próbował rozeznać sytuację Maryi, następnie podjął postanowienie, które było „rozwiązaniem na tyle sprawiedliwym, na ile po ludzku było go stać”. Postanowił potajemnie oddalić Maryję. To był plan szlachetnego, sprawiedliwego człowieka. Boży plan był zupełnie inny i Józef wszedł w milczeniu „w bezkresną tajemnicę”. W oczach ludzi pozostał mężem Miriam i ojcem Jezusa. Syn Boży jako Syn Człowieczy wychowywany był przez milczącego rzemieślnika.
O. Krzysztof Wons na kartach książki rozważa, czy Józef rzeczywiście był cieślą, jak tego chce tradycja. „Józef wśród swoich ziomków z Nazaretu był nazywany po aramejsku naggar. Ewangeliści przetłumaczyli ten zwrot jako greckie tekton (Mt 13, 55; Mk 6, 3). Tak określano człowieka trudzącego się rzemiosłem, nie tylko cieślę obrabiającego drzewo (stolarza, kołodzieja), ale także każdego robotnika, który obrabiał materiały twarde, takie jak kamień [...] czy żelazo”. Jest wielce prawdopodobne, utrzymuje o. Krzysztof, że i Józef, i Jezus w poszukiwaniu pracy chodzili do leżącego w pobliżu Nazaretu Seforis – wówczas znaczącego kilkunastotysięcznego miasta. Natomiast pewne jest, że ciesielstwo w tamtych czasach należało „nie tylko do profesji bardzo cenionych i poważnych – ale [...] zawodem tym zajmowali się przede wszystkim ludzie mądrzy i uczeni. W czasie dysputy na trudne tematy, gdy pojawiały się sporne kwestie do rozstrzygnięcia, dyskutujący zwykli byli pytać: Czy nie ma wśród was cieśli, syna cieśli, aby rozstrzygnąć tę sprawę?” [...] Niektórzy badacze twierdzą, że środowisko cieśli dostarczyło Izraelowi najznakomitszych rabinów. Rzeczywiście, w tradycji talmudycznej na określenie ‘cieśla’ używa się aramejskiego słowa naggar, co oznacza także ‘uczony’, ‘wykształcony’. I jeszcze jedno jest udokumentowane w Ewangelii: Jezus w nauczaniu odwołuje się do świata, który Jego słuchacze dobrze znają, kiedy poprzez te konkretyzacje chce ułatwić rozumienie rzeczywistości pozazmysłowej, to często podaje przykłady z pracy rzemieślników, robotników, także cieśli. Więc nie dziwi, że Józef został wybrany na patrona ludzi żyjących z pracy własnych rąk.

Źródło: Krzysztof Wons SDS, Cały sprawiedliwy. Lectio divina z Józefem z Nazaretu, Wydawnictwo SALWATOR, Kraków 2017. Imprimi potest ks. Piotr Filas SDS, prowincjał.
Piotrowice, 29 kwietnia 2020 r.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

 

50 miod

O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi... (modlitwa św. Bernarda)


Jest styczeń 1842 r. Rzym. Karnawał trwa w najlepsze. Wytworne towarzystwo aż do znudzenia uczestniczy w balach, spektaklach teatralnych, salonowych rozrywkach, goni za sensacją, jakimś obyczajowym skandalem urozmaicającym życie. Uczestniczą w tym ludzie różnych narodowości należący do społecznej elity. I pewnego dnia w wiecznym mieście wszyscy mówią o jednym. Młody zamożny Żyd ze znanej bankierskiej rodziny nawrócił się na katolicyzm – to Alphonse Ratisbonne.
Alphonse Ratisbonne urodził się w 1814 r. w arystokratycznej rodzinie żydowskiej w Alzacji, był nadzieją całego klanu bankierów, zwłaszcza stryja, który go wychowywał (oboje rodzice wcześnie zmarli). Te nadzieje pokładane w Alfphonse były tym większe, odkąd jego starszy brat, Théodore, w 1825 r. ogłosił się chrześcijaninem (później został księdzem). Im bardziej brat angażował się w katolicyzm, tym bardziej młody Alphonse szydził z tego Kościoła, a z bratem, zakałą rodziny, zupełnie zerwał kontakty. „Mimo iż byłem młody, zachowanie mojego brata oburzało mnie, aż znienawidziłem jego sutannę i jego charakter. Wychowawszy się wśród młodych chrześcijan, tak samo religijnie obojętnych jak ja, nie żywiłem wcześniej ani sympatii, ani antypatii wobec chrześcijaństwa, ale nawrócenie mojego brata, które postrzegałem jako niewytłumaczalne szaleństwo, kazało mi uwierzyć w fanatyzm katolików i przerażać się nim”.
W dzieciństwie i wczesnej młodości wiódł żywot typowy dla młodych arystokratów. Korzystał z hojności stryja, który pokładał w nim wielkie nadzieje, i używał życia. Nadwątlone zdrowie od czasu do czasu ratował w kurortach leczniczych. „Obdarzony wyjątkową inteligencją i urokiem osobistym zdawał się być stworzonym dla błyskotliwej kariery w banku, należącym do jego rodziny”. „Rozpocząłem edukację – wspomina – w ławkach gimnazjum w Strasburgu, gdzie poczyniłem większy postęp w zepsuciu serca niż w rozwijaniu umysłu”. Naukę kontynuował „w instytucji protestanckiej, gdzie synowie najlepszych protestanckich rodzin w o wiele większym stopniu oddawali się przyjemności niż nauce”. Mimo pewnych kłopotów Alphonse uzyskał jednak dyplom ukończenia szkoły, następnie ukończył studia prawnicze w Paryżu, potem – wezwany przez stryja – powrócił do Strasburga, by rozpocząć karierę w banku. To jednak nie bardzo go interesowało, wolał wyjazdy do Paryża. „Lubiłem tylko przyjemności (wspominał); interesy mnie irytowały, dusiłem się w atmosferze biura. Uważałem, iż żyjemy na tym świecie po to, by korzystać z jego dobrodziejstw, i mimo że pewna pruderia powstrzymywała mnie od najpodlejszych przyjemności i towrzystwa, jednak marzyłem wyłączne o zabawach i uciechach, z których korzystałem z pasją. Na szczęście w owym czasie pojawiła się w moim życiu okazja spełnienia dobrego uczynku, którą ciepło przyjąłem do serca. Była to akcja ‘odrodzenia’ ubogiej ludności żydowskiej, jak ją nieudolnie nazwano – rozumiem bowiem teraz, że potrzeba czegoś więcej niż pieniędzy, by odrodzić naród, który stracił wiarę. [...] Pracowałem więc ciężko, by pomóc moim współwyznawcom, mimo że sam niczego nie wyznawałem. Byłem Żydem tylko z nazwy, nie wierzyłem nawet w Boga. Nigdy nie otworzyłem książki religijnej. Poza tym ani w domu mojego stryja, ani w domach moich braci i sióstr nie przestrzegano elementarnych zaleceń judaizmu. W moim sercu była wielka pustka i nie byłem w najmniejszym stopniu szczęśliwy wśród obfitości bogactw”.
Ten niepokojący brak czegoś, jakiejś wartości, sensu życia, poszukiwań jest charakterystyczny dla wielu ludzi, którzy jeszcze wierząc w potęgę rozumu, nie rozumieją, że rozpaczliwie poszukują prawdy, prawdy wiary. A kiedy wreszcie odnajdą drogę do Boga – niepomiernie ich to zaskoczy, stanie się to w najmniej spodziewanym momencie. Alfonso osiągnął już taki wiek, że należało się ustatkować i założyć rodzinę. Miał narzeczoną, ślub został już postanowiony, ale termin odroczono, bo narzeczona miała zaledwie 16 lat.
Alfonso pod koniec listopada 1841 r., za przyzwoleniem narzeczonej, wyjechał w dłuższą podróż, planował m.in. tak modne wtedy poznawanie Orienu. Jednak, na początku podróży był to Półwysep Apeniński. Tu częściej spotykał się z przejawami kultu religijnego chrześcijan, zwłaszcza katolików, i nadal nie rezygnował z żadnej okazji, by z nich szydzić, np. ze święta Niepokalanego Poczęcia. W pamiętniku z tego okresu zapisał wiele bluźnierstw. W Neapolu jednak zszedł ze statku, spacerował po mieście i – ku własnemu zdziwieniu – znalazł się w drzwiach kościoła. Wszedł. „Z tego, co pamiętam – wspomina – właśnie trwała msza. Cokolwiek to było, stałem, opierając się o kolumnę, a moje serce zdawało się rosnąć i oddychać w nieznanej mi dotąd atmosferze. Modliłem się na swój własny sposób, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół mnie”. On, który do nie dawna nie wierzył w Boga, teraz temu nieznanemu Bogu z ufnością powierzał swoich bliskich, żyjących i zmarłych. Opuścił go smutek, odczuwał pocieszenie, słyszał niemal: „Twoja prośba została wysłuchana”. Jeszcze nie rozumiał, że i dla niego jest ta Boża obietnica wyrażona przez psalmistę: „Jego zaś bym karmił tłuszczem pszenicy i sycił miodem z opoki” (Ps 81, 17) – zresztą, dotąd psalmów w ogóle nie znał.
Alphonse w stanie dziwnego uniesienia i jakiegoś zdumiewającego pokoju serca wyjechał na początku stycznia 1842 r. z Neapolu. Znalazł się w Rzymie. Nigdy nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że kupił bilet na dyliżans udający się właśnie tam. W Rzymie raz po raz zaskakiwało go jego własne postępowanie, chociaż nadal podkpiwał sobie z katolików. Poznał m.in. pana Théodore’a de Bussièresa, imiennika i przyjaciela swojego brata, teraz żarliwego katolika nawróconego z protestantyzmu. Alphonse zgodził się na pewien test: bez żadnego religijnego zaangażowania zawiesił na szyi medalik z wizerunkiem Najświętszej Maryi Panny ofiarowany przez pana Théodore’a, zgodził się odmawiać modlitwę św. Bernarda (Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano...). Z Rzymu miał wyjechać w kilka dni później, tj. 20 stycznia. Jednak tego dnia znowu wszystko działo się inaczej niż zaplanował. Ratisbonne później wiele razy zadawał sobie pytanie: „Cóż więc, o Panie, było tym nieodpartym impulsem, który sprawił, że zrobiłem to, czego nie zamierzałem zrobić?” Tego dnia, tj. 20 stycznia, towarzyszył panu Bussièresowi, z nim wstąpił bez większego zainteresowania do niewielkiego kościoła, przez chwilę był w nawie sam. I wtedy to się stało: upadł na posadzkę przed Maryją Panną, doznał objawienia, widział Ją: „To była naprawdę Ona!” – próbował wyjaśnić przyjacielowi, całując medalik (to objawienie przypomina scenę nawrócenia św. Pawła Apostoła, gdy jeszcze jako Szawł został powalony na ziemię przed Damaszkiem). „Mogę tylko powiedzieć, że w jednej chwili z moich oczu spadła przepaska. [...] Wydostałem się z grobu, z przepastnego cienia, Żywy!” W kilka dni później otrzymał trzy sakramenty: chrzest, bierzmowanie i Komunię św. Odwołał ślub. Wstąpił do jezuitów, rozpoczął studia, by zostać księdzem. Potem wyjechał do Ziemi Świętej i gorliwie pracował nad nawróceniem Żydów. Jego dawna modlitwa, by poprawić los Żydów, została wysłuchana „ponad wszelkie oczekiwania”. Razem z bratem Théodore’em założył kongregację Siostry Naszej Pani Syjonu, której misją stały się modlitwy o nawrócenie Żydów. Ich klasztor został zbudowany w miejscu pałacu Piłata. O. Alphonse Ratisbonne zmarł w Ein Karem w 1884 r., a historia jego nawrócenia jest przedstawiona w książce „Miód ze skały” Roya Schoemana.

Źródło: Roy Schoeman, Miód ze skały. Historie nawróconych Żydów, Wydawnictwo Agape, Poznań 2016.
Piotrowice, 23 kwietnia 2020 r.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

49 miod

Natychmiast jakby łuski spadły z jego oczu i odzyskał wzrok, i został ochrzczony. (Dz 9, 18)


Kiedy usłyszałam po raz pierwszy tytuł polecanej dziś książki – „Miód ze skały. Historie nawróconych Żydów” Roy’a Schoemana – pomyślałam o św. Pawle Apostole. Wydaje mi się, że właśnie ten żarliwy założyciel wielu wspólnot chrześcijańskich w I wieku jest takim archetypem nawróconych Żydów. Wcześniej zwalczał chrześcijan, w tym właśnie celu udał się do Damaszku z upoważnienia Sanhedrynu, „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich [...]. Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?” (Dz 9, 1-4). I właśnie w tym momencie – ku jego zaskoczeniu zagorzałego faryzeusza – doznał łaski nawrócenia. Potem jego życie potoczyło się diametralnie.
Akt nawrócenia zdarza się w najmniej spodziewanym momencie – mówią bohaterowie prezentowanej książki, Żydzi (wśród nich jest także autor). W „Przedmowie” czytamy: „Miód ze skały” to szesnaście wstrząsających historii współczesnych Żydów, kobiet i mężczyzn, którzy odnaleźli pełnię judaizmu i wypełnienie się przymierza w Jezusie Chrystusie. Niektórzy pochodzą z zeświecczonych, liberalnych, a nawet ateistycznych rodzin żydowskich, podczas gdy inni wywodzą się z domów ortodoksyjnych lub nawet chasydzkich. Niektórzy nie posiadali głębokiej znajomości judaizmu, podczas gdy inni obracali się wśród najbardziej wykształconych w dziedzinie teologii Żydów swoich czasów. Niektórzy byli bogaci i odnieśli ogromny sukces w życiu, inni żyli na marginesie społeczeństwa. Ale cechą wspólną ich wszystkich była głęboka tęsknota za Bogiem, która nie dawała im spokoju, póki nie odnaleźli Boga we własnej osobie w Kościele katolickim.
Od siebie dodam, że nie ma w tej książce żadnej fikcji literackiej, wymyślonych postaci, chociaż przedstawione tutaj zdarzenia często wymykają się racjonalnemu czy zmysłowemu poznaniu, po prostu – nie mieszczą się w naszych ludzkich, ziemskich możliwościach wiedzy, zdumiewają, zaskakują, nie podlegają konwencji prawdopodobieństwa, a mimo to są faktograficzne.
Jednym z tych nawróconych jest autor prezentowanej książki, Roy Schoeman – historię własnego nawrócenia przedstawił w ostatnim rozdziale prezentowanych świadectw, a nadał mu znamienny tytuł: „Zaskoczony łaską”. Z czasem sam zaczął szukać i rozpoznawać nawróconych Żydów w Kościele katolickim (co stale podkreśla, odkąd rozumie różnicę między katolicyzmem a protestantyzmem), i o nich jest to dzieło.
„Zaskoczony łaską” Roy Schoeman (ur. w 1951 r.) – czytamy – jest synem niemieckich Żydów, uchodźców z Holokaustu. Jego rodzice poznali się po wojnie w Nowym Jorku, oboje pochodzili z pobożnych rodzin, więc w nowym środowisku szybko włączyli się w życie konserwatywnej synagogi, w takim też duchu wychowywali dzieci. Roy w zasadzie dobrze się czuł z tą wyraziście określoną tożsamością, dłużej niż rówieśnicy pozostał we wspólnocie żydowskiej, nawet kształcił się w „szkole hebrajskiej”, a w synagodze czuł się najbardziej „we własnej skórze”. Był z natury pobożny, pragnął podobać się Bogu. Jako dziecko miał kontakt z chrześcijanami, „chcę choinkę!” powtarzał bez przerwy ku irytacji rodziców i starszej siostry, w jakimś dziecięcym doznaniu duchowym tęsknił za nieznanym. „Pamiętam dobrze – wspomina – to, co kierowało moim monotonnym naleganiem: poczucie ciepła, miłości, radości Bożego Narodzenia i bardzo rzeczywista obecność Dzieciątka Jezus w centrum tego wszystkiego”. To „uwrażliwienie na chrześcijańską obecność przekształciło się później w niechęć i wrogość wobec wszystkiego, co chrześcijańskie” – wyznaje Roy. Po latach zrozumiał, że odrzucał i zwalczał to, czego nie znał. Kształcił się pod okiem wybitnych rabinów, był bardzo zdolny, więc sukcesy przychodziły mu łatwo. Wtedy myślał, że tylko Żydzi znają Boga i że tylko oni umieją Mu oddawać cześć. O Jezusie myślał, że to jakiś szczególnie błądzący Żyd, który założył eklektyczną wersję judaizmu, znaną jako chrześcijaństwo. „Jednocześnie zaś – wspomina Roy – głęboko, wewnętrznie odczuwałem wciąż obecność Jezusa i czułem Jego przyciąganie. Widziałem spokój i radość na twarzach ‘błądzących’ chrześcijan, często byłem odbiorcą ich bezkrytycznej akceptacji i miłości. Nie mogłem przestać chcieć tego, co oni zdawali się mieć”. Pod wpływem rabina mentora wyjechał do Izraela, myślał nawet o studiowaniu w jerozolimskiej jesziwie, ale zniechęcała go jakaś sterylność i chłód, które tam zaobserwował. Powrócił do Stanów, ukończył studia, robił karierę, w wieku 29 lat został nawet profesorem w szkole wyższej, należał do intelektualnej i społecznej elity, ciągle stawiał sobie nowe cele i stale odczuwał jakiś niepokój, jakiś niedosyt. Euforia z powodu prestiżu, społecznej nobilitacji, pochlebstwa studentów zaspokajały jego ego przez pewien czas, ale szybko przeminęły. Roy popadał w coraz głębszą rozpacz, używanie życia w najgorszym znaczeniu tego słowa też nie było tym, czego szukał. Mówi: „popadłem – albo raczej popędziłem na złamanie karku – w grzech”. Z biegiem lat rozluźniły się także jego więzi z gminą żydowską, uległ nowoczesnej kulturze, oddawał się coraz to nowym rozrywkom, np. przez kilka lat uprawiał narciarstwo, by zagłuszyć ukryte pragnienie. I to właśnie w Alpach austriackich, wśród naturalnego piękna odkrył na nowo świadomość istnienia Boga. Później przebywał także w Alpach francuskich. Pewnego razu, na wydmach w rezerwacie przyrody na Cape Cod, doznał tak wyraźnie obecności Boga, że zapragnął poznać Jego imię, i o to prosił w modlitwie, by wiedzieć, jaką religię ma wyznawać, zaznaczając: „o ile tylko nie jesteś Chrystusem, a ja miałbym zostać chrześcijaninem!” Od tego dnia czuł się szczęśliwy. To była pierwsza część łaski. Potem coraz częściej zdarzały się sytuacje, które go zaskakiwały. Na przykład u mistyka i kabalisty, do którego się udał, by rozpoznać przy jego pomocy to, co czuł, wpadła mu w ręce książka o objawieniach NMP w Fatimie – nigdy wcześniej o tym nie słyszał. Dokładnie w rok później uzyskał drugą „połówkę” swojego nawrócenia: we śnie zobaczył najpiękniejszą młodą kobietę, wiedział, że jest to Najświętsza Maryja Panna, a Ona odpowiedziała na wszystkie jego pytania. Zrozumiał także, że Bóg, którego obecność odczuł rok wcześniej na plaży w rezerwacie, to był Chrystus. Uświadomił sobie: „nie pragnę niczego bardziej, niż stać się na tyle prawdziwym i dobrym chrześcijaninem, na ile to jest możliwe”. Zaczął szukać kontaktów z chrześcijanami, najpierw byli to protestanci. Szybko zrozumiał, że to błąd, kiedy pastor wyraził się bez szacunku o Maryi. Cały wolny czas zaczął spędzać w sanktuariach maryjnych, wreszcie zapragnął pełnego uczestnictwa w Eucharystii. Po owym śnie znowu odpoczywał w Alpach francuskich, był w La Salette. Przez pewien czas przebywał w klasztorze kartuzów. Tu ze zdumieniem stwierdził, że ci chrześcijańscy mnisi modlą się psalmami, że do niego – Żyda – odnoszą się z sympatią. Po powrocie do Nowego Jorku udał się do pewnego mnicha trapisty (nawróconego Żyda) i – jak pisze – „po prostu palnąłem: Chcę przyjąć Komunię, a nie dacie mi jej, dopóki się nie ochrzczę!” Zaraz pomyślał, że mnich go za tę bezczelność wyrzuci, ale jego reakcja była zupełnie inna, niż się spodziewał. Mnich „ze zrozumieniem pokiwał głową i powiedział: – A, tutaj działa Duch Święty...”
Roy Schoeman w wieku lat 41 został ochrzczony i bierzmowany. Potem rozeznawał swoje powołanie, dlatego raz jeszcze pojechał do Wielkiej Kartuzji. Mnichem nie został, jego powołaniem jest pisanie książek, wygłaszanie konferencji. Dobiegając sześćdziesiątki, wyznał: „Po tej stronie nieba nigdy się nie dowiem, czyje modlitwy i ofiary nabyły dla mnie łaskę całkowicie niezamierzonego i niezasłużonego nawrócenia...”

Źródło: Roy Schoeman, Miód ze skały. Historie nawróconych Żydów, Wydawnictwo Agape, Poznań 2016.
Piotrowice, 14 kwietnia 2020 r.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

 

48 SPIEWNIK

Pieśń pasyjna na Wielki Piątek: Ludu, mój ludu

 

Tylko raz w całym roku liturgicznym w kościołach milczą dzwony, gongi i organy, natomiast słychać głuchy odgłos drewnianych kołatek, to Wielki Piątek. Tego dnia krzyż nadal jest przysłonięty (już od piątej niedzieli Wielkiego Postu), tabernakulum puste, ołtarz bez obrusa, monstrancja okryta białym welonem nawiązującym do pośmiertnego całunu, nigdzie żadnych ozdób czy kwiatów, dzień bez Mszy Świętej, kapłani w ornatach koloru czerwonego. Trwa czas zadumy, rozpatrywania cierpienia i śmierci Syna Człowieczego. I nie o to chodzi, by jedynie wspominać i upamiętniać wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat, chodzi o to, by w tym uczestniczyć teraz, bo męka Chrystusa (a bez niej nie byłoby radości Zmartwchwstania) zawsze dzieje się teraz.
W liturgii Wielkiego Piątku jest m.in. pieśń pasyjna „Ludu, mój ludu” (napisana została prawdopodobnie w VIII w. we Francji). Ta pieśń jest głęboko zakorzeniona w Piśmie Świętym. Są w niej nawiązania do wydarzeń historycznych przedstawionych w Rdz oraz Wj, są przywołane perykopy z Ps, z ksiąg prorockich ST, wreszcie są zdarzenia zapisane w Ewangelii. W incipicie pieśni rozpoznajemy nawiązanie do proroka Micheasza, który usłyszał „Skargę Pańskę na lud: Ludu mój, cóżem ci uczynił? Czym ci się uprzykrzyłem? Odpowiedz Mi! Tym, że cię wywiodłem z ziemi egipskiej?” (Mi 6, 3-4). Nie pierwszy raz Naród Wybrany przeciwstawia się Bogu. A Bóg stale przebacza.
Podmiotem lirycznym pieśni, tej bolesnej skargi, jest Jezus, który wielokrotnie zadaje sobie to pełne bólu pytanie, a jego powtarzanie wzmacnia poczucie osamotnienia i bezradności cierpiącego. Ostatnie słowa Jezusa ewangeliści skrzętnie zapisali, ale tu, w tej lamentacji, słyszymy Jego myśli. Kiedy Jezus przywoływał te najważniejsze wydarzenia z dziejów Narodu Wybranego? Czy kolejne cuda dokonane na rzecz ludu wspominał, gdy doznawał kolejnych upokorzeń? Może o tym wszystkim myślał na krzyżu, kiedy kończyło się Jego życie ziemskie Syna Człowieczego, zanim powiedział: „Dokonało się.” (J 19, 30). Zwyciężyłem. Jezus teraz myśli o nas, teraz cierpi, teraz wspomina.
Pieśń rozpoczyna się rozbudowanym pytaniem retorycznym, które staje się anaforą 12 razy powtórzoną w wypowiedzi Jezusa:
Ludu, mój ludu, cóżem ci uczynił?
W czymem zasmucił, albo w czym zawinił?
„Mój ludu” – myśli Jezus. A przecież tak myślimy o kimś, kogo kochamy, kto jest dla nas najważniejszy, komu chcemy podarować wszystko, co najcenniejsze, za kogo czujemy się odpowiedzialni. Pytanie rozpoczynające się tym zwrotem bezpośrednim jest retoryczne – nie wymaga odpowiedzi, bo ją zawiera. To za nas i dla naszego dobra Jezus stał się ofiarnym Bożym Barankiem, to dla nas otworzył drogę do zbawienia, do wiecznej radości, to nas Bóg otoczył czułą troską. A jednak ukochany lud odwrócił się od Niego. Dlaczego?
W każdej z kolejnych antynomii w 12 zwrotkach zestawione są dwa obrazy: pierwszy z dziejów Narodu Wybranego, drugi z męki Chrystusa. Za każdym razem lirycznemu Ja (Jam) przeciwstawiony jest adresat: ty (tyś).
Przebywający w Egipcie Izraelici znaleźli się w „mocy faraona”: z jego rozkazu zabijane były noworodki płci męskiej, z jego rozkazu lud został zmuszony do niewolniczej pracy. To się zaczęło jeszcze przed narodzinami Mojżesza (por. Wj 1, 1-21). Ten sam naród w kilkanaście wieków później Jezusa „wiódł słuchać Piłata wyroku”, „przyrządził krzyż” – doprowadził do tego, że Jezus został pojmany i skazany na najokrutniejszą śmierć przez powieszenie na krzyżu. Taką karę wobec podbitych stosowali Rzymianie tylko za najcięższe przestępstwa, za zbrodnię. Poncjusz Piłat osądził Jezusa, co prawda, nie znalazł w Nim żadnej winy, ale z obawy o utratę stanowiska, z tchórzostwa, uległ krzyczącemu tłumowi, który domagał się: „Ukrzyżuj go!” (por. J 18, 33-40; 19, 1-16).
I znowu obrazy z przeszłości – nie pojawiają się w porządku chronologicznym, bo przecież omdlewający skazaniec o tej kolejności nie myśli. Przeszłość już przeminęła, nic w niej zmienić nie można. W czasie wędrówki przez pustynię Sin przed Synajem głodni Izraelici znów zaczęli szemrać przeciw Mojżeszowi i wspominali mięso jadane czasem w Egipcie, zatęsknili za niewolą, nie dojrzeli jeszcze do wolności. Wtedy Bóg zesłał jednego dnia wieczorem przepiórki, a następnego dnia mannę, by jej „rozkoszami” nakarmić lud (por. Wj 16, 1-18). Po czterdziestu latach pielgrzymowania Izraelici weszli w żyzny „kraj miodem płynący” – weszli do Ziemi Obiecanej. Musieli walczyć o to terytorium, ale (znowu z pomocą Boga) opanowali tę ziemię, bo zostali „zbici Chanaan królowie”, a potomkowie Abrahama otrzymali „berło Judzie powierzone” i zostali wywyższeni „między narodami”.
W wiele wieków później o opiekuńczej miłości Stwórcy i nieposłuszeństwie ludu psalmista śpiewał hymn profetyczny: gdyby lud posłuchał, Bóg by go „karmił najczystszą pszenicą i sycił miodem z opoki” (Ps 81, 17). Ale i o tym zwycięstwie zawdzięczanym Bogu ludzie zapomnieli, zamknęli serca na Jego czułą miłość i zgotowali dla Syna Człowieczego „śmierci znak hańbiący” – to właśnie krzyż w mentalności ówczesnych Żydów był wyrazem pogardy dla skazańca. Lud zapomniał również o tym, że jeszcze na pustyni w czasie exodusu Bóg kazał Mojżeszowi uderzyć laską w skałę, i „ze skały dobył wodę zdrową”. Naród – który chwilę wcześniej buntował się i już żałował, że wyszedł z Egiptu – teraz został ocalony, mógł zaspokoić pragnienie, napoić zwierzęta.
Piękny epitet „winnica wybrana” skontrastowany został z octem, symbolem cierpienia, zniszczenia. Tu nawet nie chodzi o to, by wejść do winnicy Pańskiej i pracować w niej od wczesnego ranka (od początku naszego ziemskiego życia), albo chociaż od godziny jedenastej, tzn. zacząć zabiegać o zbawienie u schyłku życia (por. Mt 20, 1-7). Tu chodzi o to, co zapisane zostało w ST, że Bóg traktuje cały wybrany lud jak gospodarz swoją najcenniejszą winnicę: chroni ją przed zniszczeniem, hoduje w niej szczep starannie wybrany spośród wielu, doskonalony, pielęgnowany, uszlachetniany (por. Iz 5, 1-2). A jednak, mimo tych starań, reprezentant tego samego ludu, pastwiąc się nad umierającym, podał mu ocet z „goryczą żółciową” (por Mt 27, 34). Bożej troskliwości przeciwstawiona została krzywda zadana umierającemu, że tak się stanie, przepowiedział jeszcze starotestamentowy psalmista (por. Ps 69, 22).
Faraon długo nie chciał wypuścić Izraelitów z Egiptu, ustąpił dopiero po plagach zesłanych przez Boga, ostatnią była śmierć pierworodnych synów, umarł także syn faraona. To Bóg spełniał obietnicę – „spuszczał na Egipt karanie” (por. Wj 11, 4-5). Patriarcha Mojżesz mógł powieść naród ku wolności. Ta spełniona obietnica także poszła w niepamięć: rozsierdzony tłum domagał się kary dla znienawidzonego Nazarejczyka, więc „Piłat zabrał Jezusa i kazał Go ubiczować” (J 19, 1).
I znowu wspomnienie z przeszłości. Kiedy uchodzący z niewoli Izraelici dotarli do Morza Czerwonego, zobaczyli za sobą wojska egipskie. Z beznadziejnej sytuacji i tym razem wydobył ich Bóg: cofnął wody gwałtownym wiatrem, morze się rozstąpiło, lud osłaniany przez Anioła Bożego „szedł suchą nogą” na drugi brzeg, między Izraelitami a Egipcjanami pojawił się teofaniczny obłok, to Jezus „był wodzem w kolumnie obłoku”, a potem fale powróciły na swoje miejsce i zalały wojsko egipskie (por. Wj 14, 15-31). Także i te dwa wielkie znaki Bożej Opatrzności poszły w zapomnienie, a lud wydał Jezusa „książętom kapłanów”, tzn. arcykapłanom – Annaszowi i Kajfaszowi. Najpierw Jezusa przesłuchiwał Annasz, a jakiś sługa Go spoliczkował, potem związanego odesłał do Kajfasza – przewodniczącego Sanhedrynu (J 18, 24). I tak gehenna trwała. Zadawany ból był coraz trudniejszy do zniesienia. Jezus coraz żałośniej się skarży: „A ty zaś trzciną biłeś Mnie po głowie [...] A tyś Mi wtłoczył cierniową koronę [...] Tyś Mnie na krzyżu podwyższył z łotrami”. Jeden z tych łotrów drwił z Jezusa, drugi przyznał się do swojej winy i powiedział, że Jezus jest niewinny. I to właśnie jemu Jezus obiecał: Dziś będziesz ze Mną w raju (por. Łk 23, 39-43).
Nienawiść świata do Jezusa nie skończyła się z chwilą Jego skonania na krzyżu. Jezus jeszcze i to wspomina: „A tyś Mi włócznią bok otworzył srogą”. Cierniowa korona, przebite ręce oraz stopy i bok, poszarpane i zakrwawione ciało odarte z szat i ludzkiej godności, wiszące na krzyżu – to obraz Męki Pańskiej. Męki, która i dzisiaj trwa.

Źródła:
1) Ludu, mój ludu, w: Ks. Jan Siedlecki, Śpiewnik kościelny, Wydawnictwo Instytutu Teologicznego Księży Misjonarzy, Kraków 2018.
2) Cytaty z Biblii za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, Pallottinum, Poznań 2002.

Piotrowice, 3 kwietnia 2020 r.
Maria Studencka

 

 

 

47 wojtyla

W tej objętościowo niewielkiej antologii wierszy i poematów „Miłość mi wszystko wyjaśniła” Karola Wojtyły kryje się niezwykłe bogactwo treści. Zebrano tu teksty, które wcześniej publikowane były na łamach „Tygodnika Powszechnego”, później w formie książek. Teraz, po latach, wydawnictwa znowu sięgają po te utwory, a szczególna okazja, by je przypominać, przypada w tym roku, bo to zbliża się setna rocznica urodzin Karola Wojtyły – Papieża Jana Pawła II (18 maja), a w najbliższy pierwszy czwartek miesiąca (w dzień kapłański), 2 kwietnia, przypada 15 rocznica Jego śmierci. Tytuł zbioru pochodzi z 5 pieśni poematu „Pieśń o Bogu ukrytym”:
Miłość mi wszystko wyjaśniła,
Miłość wszystko rozwiązała –
dlatego uwielbiam tę Miłość,
gdziekolwiek by przebywała.
A, że się stałem równiną dla cichego otwartą przepływu,
w którym nie ma nic z fali huczącej, nie opartej o tęczowe pnie,
ale wiele jest z fali kojącej, która światło w głębinach odkrywa
i tą światłością po liściach nie osrebrzonych tchnie.

Więc w takiej ciszy ukryty ja–liść,
oswobodzony od wiatru,
już się nie troskam o żaden z upadających dni,
gdy wiem, że wszystkie upadną.
Kluczowym słowem całego tomu jest Miłość, tu pisana przez poetę wielką literą, bo o wielką wartość chodzi – jedną z trzech cnót teologalnych. I tylko w głębokiej ciszy przemijającego dnia można tej Miłości doznać. A skoro mówimy z powagą: Wiara, Nadzieja, Miłość, skoro o ich pomnożenie często w modlitwach prosimy, to od razu przypomina się nam źródło tychże słów. Na pytanie jednego z faryzeuszy – „Nauczycielu, które przykazanie zapisane w Prawie jest największe?” – Jezus odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”, dodał też drugie: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (por. Mt 22, 34-39). Podobnie jest w pozostałych Ewangeliach synoptycznych (Mk 12, 28-31; Łk 10, 25-28).
Oczywiście, w tej liryce o miłości Oblubieńca i Oblubienicy (Pnp) pobrzmiewają też echa „Hymnu o miłości” św. Pawła: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość (1 Kor 13, 13) A Karol, ksiądz Wojtyła, wujek Karol, biskup Karol, papież Jan Paweł II wielokrotnie do tej myśli powracał i w utworach lirycznych, i w dramatach, i w katechezach, i w teologicznych rozprawach, i w mniej oficjalnych wypowiedziach w czasie pielgrzymek. Właśnie w Wadowicach w 1999 r. (miał wtedy 79 lat) wspominał (i wyjaśniał), skąd się ten wielki dar w jego życiu wziął, a można tę wypowiedź potraktować jako dopełnienie interpretacji omawianego utworu. Do zgromadzonych mieszkańców Wadowic mówił: „Jeruzalem, ‘przez wzgląd na dom Pana, Boga naszego, będę się modlił o dobro dla ciebie (Ps 122, 9). Te słowa psalmisty czynię dziś swoimi i odnoszę je do miasta Wadowice. Miasto mego dzieciństwa, przez wzgląd na dom – na rodzinny dom i dom Pana – będę się modlił o dobro dla Ciebie! [...] Jest to niezwykłe, a zarazem najbardziej naturalne połączenie miejsc, które – jak żadne inne – pozostawiają głęboki ślad w sercu czlowieka. [...] W każdym razie tu, w tym mieście, w Wadowicach wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął. I kapłaństwo się zaczęło”. To, wreszcie, „Miłość wszystko rozwiązała” – Karol zrozumiał, że jego pwołaniem jest kapłaństwo (a po maturze rozpoczął przecież studiować polonistykę) i temu powołaniu oddał bez reszty serce, duszę i umysł. I do końca życia rozeznawał i pomnażał ten dar.
Człowiek nigdy nie jest sam, nie daje sobie samemu życia, skoro otrzymał dar w wielu jego aspektach, to powinien go przekazywać innym. Ksiądz Karol, jak każdy z nas, otrzymał ten dar od Boga, od rodziców, on – skromny człowiek głębokiej wiary - otrzymał dar miłości odwazajemnionej: do Boga, do rodziców, do innych ludzi. „ Miłość mi wszystko wyjaśniła” – wyznaje. To z rodzinnego domu wyszedł wyposażony w cnoty ludzkie, wyniósł potrzebę godnego życia, czynienia dobra, dawania z siebie tego, co w nim samym było najlepsze. Stał się „równiną dla cichego otwartą przepływu”, z ufnością zawierzył Bogu całe swoje życie, wyciszył ludzkie ziemskie namiętności podobne do fal huczących, sam na innych oddziaływał niczym fala kojąca, wskazywał ludziom światło, prowadził ich do Boga, jak przystało na dobrego pasterza, a sam przy tym czuł się tak mało ważny, niczym liść, ale liść bezpieczny, oswobodzony od wiatru niepokojów, lęków, pozornych wartości. Więc doskonalił te wartości w sobie, trwał w miłości, bo z trzech cnót Boskich ta jest najważniejsza. Wiedział, że „cnoty ludzkie są zakorzenione w cnotach teologalnych, które uzdalniają władze człowieka do uczestnictwa w naturze Bożej” (KKK, kanon 1812).

Źródło: Karol Wojtyła, Miłość mi wszystko wyjaśniła. Wiersze i poematy.
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003.

Piotrowice, 30 marca 2020 r.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

46 kobieta

„Czy macie listę z marzeniami, które chcielibyście spełnić przed śmiercią?” – pyta czytelników Teresa Tomeo w pierwszym zdaniu książki „Twoje boskie życie. Lista rzeczy, które zaplanował dla nas Bóg”. W odpowiedziach, które autorka usłyszała od rozmówców, były wymieniane najczęściej egzotyczne podróże, sportowe wyczyny, zdobycie fortuny materialnej. Okazało się również, że rozmówcy nie widzieli potrzeby wpisywania tych swoich planów w jakiś Boży plan na nasze życie.
Autorka spojrzawszy na swoje życie, na życie współczesnych kobiet, zastanawiała się nad tym, co jest atrybutem współczesnej młodej kobiety, dziewczyny. Co my, czytelnicy, dziś byśmy odpowiedzieli? Może smartfon, bo to urządzenie widzimy najczęściej w jej ręce, gdy pędzi dokądś na wysokich obcasach, rozmawiając z kimś jednocześnie; bo właśnie telefon trzyma w ręce, siedząc bokiem do narzeczonego na ławce w parku; bo telefon trzyma w jednej ręce a drugą popycha wózek z dzieckiem (to rzadziej widzimy); bo kończy rozmowę telefoniczną, wchodząc do kościoła (to jeszcze rzadiej się zdarza). Mniej, zdecydowanie mniej jest takich, które mają czas dla męża, dla dzieci, dla siebie. Chyba też ubywa takich, które mają czas na kontemplację, które mają czas na ciszę i bezruch, które wsłuchują się w tę ciszę, by usłyszeć głos Boga.
To że młoda kobieta marzy o ziemskim szczęściu, o dobrym zawodzie, o prestiżu, że chce się spełniać w różnych sferach życia, nie jest niczym złym. Gorzej, jeśli w tych jej planach nie ma miejsca dla Boga; gorzej, jeśli swojego życia nie chce wpisać w Boży plan. A pędząc przez życie, łatwo przegapić ten moment, kiedy należało pomyśleć o przyszłości. Młoda kobieta planuje swoje życie, mówi, że wszystko ma pod kontrolą. I nagle spostrzega, że upłynęło trochę lat, a ona wypaliła się zawodowo, emocjonalnie. Nie spełniła żadnego ze swoich marzeń. Jest sama, rozgoryczona, niespełniona w żadnej z ról, o których myślała wcześniej. Czegoś w jej życiu zabrakło. Zabrakło Boga.
Teresa Tomeo zwraca się do potencjalnej czytelniczki książki „Twoje boskie życie” z taką propozycją: Wyobraź sobie, że poza twoją listą marzeń istnieje jeszcze lista, którą przygotował dla ciebie Bóg. Zawarł na niej różne doświadczenia oraz przygody, które warto przeżyć, aby poznać Go, osiągnąć szczęście i pełnię życia… W prezentowanej książce jest właśnie taka Boża lista pomysłów. Autorka nie ukrywa, że pisze także o sobie, że stara się zrozumieć, jaki plan ma Bóg wobec niej, wobec jej życia. Teresa Tomeo jest dziennikarką, publikuje w prasie, współpracuje z radiem i telewizją, zajmuje się sprawami rodziny oraz nauczaniem Kościoła na temat kobiet. I ... redaguje tę listę spraw najważniejszych do zrealizowania przed śmiercią.
Na jej rozważania miał wpływ m.in. film „Choć goni nas czas”. „Jack Nicholson i Morgan Freeman grają w nim terminalnie chorych, starszych mężczyzn. Pochodzą z dwóch zupełnie odrębnych światów i zostają serdecznymi przyjaciółmi po tym, jak poznają się w szpitalnej sali podczas chemioterapii. Kiedy słyszą diagnozę, że zostało im mniej niż rok życia, postanawiają wykorzystać ten czas najlepiej, jak potrafią. Zaczynają oczywiście od sporządzenia listy, na której umieszczają miejsca do odwiedzenia i rzeczy do zrobienia oraz osoby, z którymi powinni się pogodzić. Po czym wyruszają w podróż, której celem jest realizacja punktów z listy, niekiedy z zabawnymi skutkami, choć nie brakuje i smutnych chwil.
Po obejrzeniu filmu zaczęłam się zastanawiać nad własną listą. [...] Jako dwudziestokilkuletnia kobieta, a potem jako trzydziestolatka pracowałam ciężko, żeby realizować konkretne punkty z przygotowanych przeze mnie list. I uważałam siebie za spenioną oraz szczęśliwą osobę. Zaplanowałam, że po ukończeniu dziennikarstwa rozpocznę karierę w jednym z telewizyjnych kanałów informacyjnych, najlepiej w rodzinnym Detroit”.
Wspinanie się krok po kroku po szczeblach zawodowej kariery uznała za postępowanie ludzi mniej ambitnych, „którzy postępowanie według zasad uznawali za sprawę nadrzędną. A przecież procedury i zasady są po to, żeby je łamać. Więc wzięła sprawy w swoje ręce i wkrótce rozpoczęła pracę w jednej z popularniejszych stacji. Z determinacją dążyła do celu, dobrze zarabiała, stała się rozpoznawalna, wyszła za mąż (chociaż tego na liście nie było). W pewnym momencie jej pogoń za sukcesami i sławą stała się niebezpieczna i o mały włos nie straciła wszystkiego w życiu zawodowym i osobistym. Wtedy uświadomiła sobie, że skupia się na zadaniach powierzchownych i przyjemnych, dotyczących jedynie świata materialnego. I zadała sobie pytanie: „A co ze sferą duchową? Gdzie w tym wszystkim jest Bóg?” Na jej liście marzeń nie było dla Niego miejsca, a przecież miała się za katoliczkę, osobę wierzącą. Autorka przyznaje, że była katoliczką „od wielkiego dzwona”, tzn. w kościele bywała na Wielkanoc, w Boże Narodzenie i jeszcze czasem w jakieś święto. Praca – wyznaje – absorbowała ją, zyskała uznanie jako dziennikarz śledczy, zajmując się kwestią molestowania dzieci, korupcją w rządzie, żyła szybko i intensywnie, miała swoje życie „pod kontrolą”. Tak jej się wydawało, do czasu, trwało to prawie dwadzieścia lat. W tym okresie jej mąż znalazł „powrotną drogę do Kościoła katolickiego”. Ona wtedy jeszcze myślała, że „oddanie życia Bogu i szukanie Jego woli wiąże się z mnóstwem ograniczeń i mało pociągającą wizją życia”. Nie wiedziała, jak bardzo się myli. Pewnego dnia jej kariera legła w gruzach – została zwolniona z pracy, doznała upokorzenia człowieka „na zasiłku”. Jednak to – jak sądziła – złe doświadczenie stało się paradoksalnie źródłem jej przemiany, jej nawrócenia. „Tak – pisze – nie jestem w stanie zrozumieć dróg Boga, ale życiowe upadki i wzloty sprawiły, że jedno wiem na pewno: Bóg nas kocha i pragnie być blisko każdego człowieka”. Potem zaczęła pozwalać sobie na chwile pozornej bezczynności, tzn. na chwile refleksji. Odkryła, że Kościół katolicki proponuje wiernym bezpośrednie obcowanie człowieka z Bogiem, podpowiada adorację Najświętszego Sakramentu, by w ciszy i skupieniu usłyszeć głos Boga. Dotąd pędząca przez życie Teresa Tomeo zwolniła tempo, a na liście jej marzeń pojawiło się również poznawanie Boga, przyjrzenie się sobie, wewnętrzną refleksję, odbudowanie zachwianych relacji z mężem, kontemplowanie piękna świata, sztuki... Zauważyła też, że – jak pisze Papież Franciszek (czytała jego książkę pt. W niebie i na ziemi) – „wewnętrzna refleksja pomaga leczyć duchowe rany, które zadaje nam świat poprzez panujący w nim chaos”.
Teresa Tomeo wiele uwagi poświęca kobietom aktywnym, takim podziwianym za rzutkość, aktywność, pracowitość; takim, które myślą, że najlepiej sobie z wszystkim poradzą. Patrzy głębiej i w tych zaletach widzi również pewne niebezpieczeństwo. Widzi przede wszystkim, że te najaktywniejsze (mężczyzn także to dotyczy) wpadły „w pułapkę codziennej bieganiny, która może się przeobrazić w duchową blokadę”. O tym zagrożeniu i o innych pułapkach opowiem na spotkaniach w bibliotece w poniedziałkowy poranek i czwartkowy wieczór.

Źródło: Teresa Tomeo, Twoje boskie życie, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2015.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

45a piotr

Ty jesteś Piotr [czyli Opoka] i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne
go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego. (Mt 16, 18-19.)


Na okładce prezentowanej książki jest zdjęcie obrazu „Święty Piotr” El Greco. Ten wizerunek to, oczywiście, wyobrażenie malarza, który próbował oddać dramat człowieka dźwigającego na swych barkach odpowiedzialność za tworzący się Kościół Chrystusowy. Jest też tu uchwycony dramat człowieka, który pamięta dobrze, że nieraz zawiódł Jezusa, a jednak przez Niego został wybrany do realizowania wielkiego dzieła. Bohaterem prezentowanej książki jest św. Piotr Apostoł, on także jest pierwszoosobowym narratorem, a pełen skruchy opowiada o sobie z pokorą, świadom swoich słabości. Ta książka napisana jest tekstem biblijnym, całe frazy z poszczególnych perykop są tu wplecione w tok rozważań Apostoła, w tok jego konfesji – właśnie taka jest ta książka: niemal słyszymy głos Apostoła, który się zwierza, który się publicznie spowiada, głęboko wnikając w swoje sumienie, serce i duszę. Taki sposób operowania Pismem przywołuje na myśl „Wyznania” św. Augustyna, jest jednocześnie przykładem głębokiego wniknięcia w tekst „Biblii”. Ks. Zdzisław Tomczyk zrezygnował w narracji z przypisów, by wypowiedź Apostoła została odczytana jako jego bardzo osobista refleksja nad historią własnego powołania, obcowania z Jezusem, duchowej przemiany, wypełniania Testamentu, apostolskiej posługi. Tak przecież mogło być, że Piotr wielokrotnie rozważał swoje postępowanie. Książka utrzymana jest w konwencji realistycznej, zgodnie z zasadą prawdopodobieństwa, a czytając ją, odnosi się wrażenie, że jest tekstem natchnionym. Ks. Zdzisław podzielił wyznania Apostoła na trzy części, z których każda opatrzona jest mottem z Biblii. W części pierwszej – „Pomiędzy życiem a śmiercią” – dominuje przesłanie zaczerpnięte z psalmu: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie” (Ps 130, 1). W części drugiej – „Olśniewająca odpowiedź Boga” – wypowiedź Apostoła skupia się wokół słów Jezusa: „Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem” (J 14, 23). Część trzecia – „Podprowadzenie przez Matkę” – opatrzona jest myślą przewodnią wybraną z Ewangelii Janowej: „Nie zostawię was sierotami” (J 14, 18).
„Szymon z Betsaidy – pisze ks. Zdzisław we wstępie – nazwany Piotrem, pozostałby tylko Szymonem, gdyby na jego drodze nie stanął Jezus i nie powiedział do niego: Pójdź za mną!
Szymon poczuł się zaszczycony wybraniem. Nie stawiał sobie wówczas pytania, czy podoła, jak i później nie zastanawiał się nad tym, czy jest możliwe chodzenie po wodzie. Dla niego ważne było jedno: Jezus chce, abym poszedł za Nim!
Bez wątpienia Zbawiciel wiedział, kogo wybiera. Wiedział, co drzemie w Szymonie, dlatego wydobywał to, co ukryte, doskonalił w nim to, co nie było doskonałe. Ale Bóg nie robi wszystkiego za człowieka.
Grzech zaparcia się Mistrza wstrząsnął Szymonem, a spotkanie ze Zmartwychwstałym odkryło przed nim nowy świat. W wewnętrznym zmaganiu obumierał dawny Szymon, myślący po swojemu, a rodził się Piotr, gotowy bez reszty otworzyć się na działanie Ducha Świętego”. I właśnie o to chodzi w naszym życiu, by w wewnętrznym zmaganiu z samym sobą obumierał w nas ktoś dawny, myślący po swojemu, a rodził się ktoś nowy, zawierzający bez reszty swoje życie Bogu.

Źródło: Ks. Zdzisław Tomczyk, Ja, Szymon, nazwany Piotrem, Mała Poligrafia Redemptorystów w Tuchowie, 1998.


Spotkania poświęcone Apostołowi Piotrowi odbędą się w bibliotece parafialnej
w poniedziałek, 2 marca o godz. 8.45 oraz w czwartek, 5 marca 2020 r. o godz. 18.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

 

44 tesciowie

Czworo jest autorów prezentowanej książki Teściowie i młodzi. Jak to ma działać? Są to: Anna Zajic – pedagog, mediator rodzinny, żona, mama trójki dzieci, teściowa; Małgorzata i Jan Wilkowie – mediatorzy rodzinni, twórcy programu katechez dla narzeczonych, rodzice pięciorga dzieci (dziś pewnie już są także teściami); o. dr Ksawery Knotz z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, wykładowca teologii pastoralnej, duszpasterz małżeństw i rodzin, prelegent rekolekcji i konferencji dla małżonków. Wszyscy czworo to wysokiej klasy eksperci w zakresie rodzinnych relacji interpersonalnych. Wysłuchali wielu wypowiedzi ludzi, których kontakty w rodzinach były zaburzone. Udało im się uratować niejedno małżeństwo. Wiedzą o najczęściej popełnianych błędach, o przyczynach konfliktów między teściami i młodymi małżonkami. Mają nadzieję, że prezentowana książka „pomoże nawiązać relacje przyjaźni między teściami a młodymi małżonkami i uczyni przez to życie rodzinne lepszym i szczęśliwszym”.
Zagadnienie relacji: teściowie – nowa rodzina, jest ważny w naszej kulturze, „ciągle budzi ogromne emocje i pewnie jeszcze długo będzie je budził. Niniejsza książka jest próbą zwrócenia uwagi na pewne aspekty tego zagadnienia i propozycją uporządkowania treści, które wydają się w nim istotne. Ma pomóc i teściom, i młodym małżonkom w uporaniu się z ewentualnymi problemami, ale ma też ambicję spełnić funkcję profilaktyczną – zapobiec niepotrzebnym napięciom. Nie znajdziemy tu natomiast gotowych recept typu: jak być dobrą teściową, teściem, synową, zięciem, ponieważ takich recept po prostu nie ma. Najbardziej niebezpieczne jest mówienie: Zrób tak, a będzie lepiej, albo też oczekiwanie, że zmienię kogoś, wyrażane często przez zdania typu: Gdybyś ty, moja synowo (mój zięciu, teściu, teściowo), była inna, wszystko byłoby lepsze. Chodzi o przełożenie punktu ciężkości: to JA mogę coś zrobić. I dlatego bardziej zasadne jest pytanie: Co JA mogę zrobić, żeby nie dochodziło do poważnych konfliktów? Przy takim podejściu do sprawy jest spora szansa na poprawienie trudnych relacji”.
O. Ksawery Knotz w prezentowanej książce skupia się przede wszystkim na sakramencie małżeństwa. „Zrozumienie, czym jest ten sakrament, ma bowiem niebagatelne znaczenie dla ułożenia zdrowych relacji małżonków ze swoimi rodzicami. Mam wrażenie – dodaje o. Ksawery – że wielu osobom przyda się też informacja, kiedy w tej relacji mamy już do czynienia z grzechem, a kiedy nie. Czy na przykład z gniewu na teściową trzeba się zawsze spowiadać? No i jak mamy należycie wypełnić przykazanie: Czcij ojca swego i matkę swoją, gdy wszystko w nas woła: NIE!?”
Wszyscy w rodzinie, tzn. jedni i drudzy rodzice oraz oboje młodzi małżonkowie, muszą pamiętać, że od dnia ślubu w życiu młodego mężczyzny najważniejszą kobietą jest żona, nie matka; zaś w życiu młodej mężatki najważniejszym mężczyzną staje się mąż, nie tata. Z przestrzeganiem i uznaniem tej zasady mają problem częściej rodzice niż młodzi – zauważają eksperci. Błędy w tym zakresie popełniają zwłaszcza samotne matki lub matki, które nie są szczęśliwe w swoich małżeństwach. Zatem, uzdrowienie relacji międzypokoleniowych należałoby rozpocząć od naprawiania relacji z własnym mężem, a syn jest przecież mężem innej kobiety. Tu przypominają autorzy pierwszą zasadę dobrych relacji interpersonalnych: jeśli coś nas niepokoi w kontaktach z kimś innym – naprawianie rozpoczynamy od samych siebie. Tymczasem samotna (lub niedowartościowana) matka zadaje żonatemu synowi np. takie pytanie: Jak ja sobie bez ciebie poradzę? Ten błąd rodzi następne: syn w tajemnicy przed żoną odwiedza matkę, żona zauważa, że coś jest nie tak, narastają napięcia, kruchej jeszcze młodej wspólnocie grozi rozłam. Z podanego przykładu wynika, że dwie osoby (tu matka i syn) nie rozumieją biblijnego przekazu o małżeństwie, a przecież nie bez przyczyny i nie przez przypadek powtórzony jest on w Biblii aż czterokrotnie (Rdz 2, 24; Mt 19, 5; Mk 10, 7-8; Ef 5, 31):
Dlatego opuści mężczyzna swego ojca i swoją matkę, a złączy się ze swoją żoną, tak że staną się jednym ciałem.
Zagadnienia z teologii małżeństwa wyjaśnia o. Ksawery: „To Pan Bóg wymyślił małżeństwo i rodzinę i to On je zaplanował jako wspólnotę osób, która ma prowadzić ludzi do nieba. Jako jej pomysłodawca jest najlepszym specjalistą od miłości, małżeństwa i rodziny”. W cytowanym przekazie o małżeństwie są trzy podstawowe prawdy wyrażone czasownikami: opuści, złączy się, staną się. „Zatem, pierwszą rzeczą, o której autor natchniony poucza nas w kwestii małżeństwa, jest opuszczenie. To ono stanowi punkt wyjścia w budowaniu miłości i nierozerwalnej jedności małżonków”. Dwoje młodych ludzi musi najpierw opuścić swoje rodziny pochodzenia, aby następnie stworzyć wspólnie własne małżeństwo. Brak „opuszczenia” jest stosunkowo częstą przyczyną problemów małżeńskich młodych ludzi. „Opuszczenie” to nie tylko fizyczne wyprowadzenie się z domu rodziców. Zdecydowanie ważniejszym aspektem jest „przecięcie emocjonalnej pępowiny”. To bywa najtrudniejsze do zrealizowania, to opuszczenie psychiczne swojej mamy. Dla dobra młodej rodziny niezbędne jest zachowanie właściwej hierarchii relacji, na jej czele ma być zawsze współmałżonek – tak radzą eksperci, podpowiadają także, aby nie mylić pojęć: opuszczenie i porzucenie. „Opuszczenie dotyczy nie tylko młodych. Dotyczy także rodziców. A oni nie zawsze potrafią wypuścić z rąk to przez lata pielęgnowane ukochane dziecko. [...] Trzeba nie lada dojrzałości, aby uznać prawdę, że dziecko nie jest moją własnością, że zostało mi powierzone tylko na pewien czas i moją największą radością powinna być chwila, w której ono nie będzie mnie już tak bardzo potrzebować”.
Jest w tej książce wiele rad, przykładów ilustrujących typowe zachowania błędne, wiele tu o nas: o teściach, o młodych małżonkach, o rodzicach, dziadkach i wnukach. I – przypomnę raz jeszcze: „Nie znajdziemy w tej książce gotowych recept typu: jak być dobrą teściową, teściem, synową, zięciem, ponieważ takich recept po prostu nie ma”. Więc – przeczytajmy całą książkę, spójrzmy w głąb siebie i odpowiedzmy sobie na pytanie: Co JA mogę zmienić w sobie, co JA mogę zrobić z sobą, aby poprawić moje relacje z innymi ludźmi.

Zasygnalizowane wyżej zagadnienia (i wiele innych) będą tematem spotkań w bibliotece parafialnej w poniedziałkowy poranek 24 lutego oraz we czwartek wieczór, 27 lutego 2020 r. o godz. 18.45.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

43 twardowski

Nieobecni są najbliżej


To będzie już któryś z kolei w bibliotece parafialnej poranek z piękną liryką ks. Jana Twardowskiego, znowu na życzenie Czytelników. Tym razem posłuchamy z płyty CD, jak swoje wiersze czyta Autor, a jak odtwarza je znakomity aktor – Krzysztof Kolberger. Na prezentowany tomik zredagowany przez Aleksandrę Iwanowską po śmierci poety składają się wiersze z różnych lat, łączy je motto wyrażone w tytule. A zbiór ten ukazał się w publikownej z okazji obchodzonej w 2015 r. setnej rocznicy urodzin poety serii „Spotkania, co przychodzą same”. Jest to w sumie osiem tomików o spotkaniach: z Bogiem, z Autorem wierszy, z wiarą, z miłością, z cierpieniem, z rozpaczą i nadzieją, z przemijaniem i śmiercią oraz – ostatni – z bliskimi nieobecnymi.
Rozpoczyna się ten tomik wspomnieniem doświadczenia w zasadzie uniwersalnego. Jest Wigilia Bożego Narodzenia, zasiadamy do wieczerzy, łamiemy się opłatkiem i – mimo woli – spoglądamy na puste miejsce przy stole. I wspominamy ludzi, zdarzenia, poprzednie święta. Myślimy o świecie, który przeminął tu, na ziemi, myślimy o rzeczywistości wieczystej. Ks. Jan sięgnął jeszcze głębiej. Pisze o przedwojennej Wigilii. Kiedy człowiek zaczyna się starzeć, wtedy chętnie wspomina czasy odległe, one wydają się nam lepsze i piękniejsze od świata dzisiejszego. Dlaczego? No, cóż... wtedy byliśmy młodzi, spotykaliśmy się „z całą rodziną jeszcze, to znaczy sprzed pogrzebów”. Teraz mówiący jest sam, jego stół jest samotny. Ta Wigilia sprzed laty jest tu spersonifikowana: przychodzi, siada, zwiesza „czułą głowę”, swojsko milczy, podaje opłatek i ma za nic „wszystkie figi z makiem – dziś już posoborowe”, jest jedyną towarzyszką mówiącego. W tym lirycznym skrócie zamkniętych jest kilkadziesiąt lat z kalendarza poety: od Piłsudskiego do czasów po Soborze Watykańskim II. Jakaż to zwięzłość! Ileż refleksji wywołuje ten krótki wiersz o dawnej Wigilii.
W nowym świecie starszemu człowiekowi coraz trudniej się poruszać, bo wszystko się pozmieniało, stało się jakieś obce, nieznane, niestabilne. Przeminęły kształty, zapachy, słowa, modlitwy, nawet Bóg jakoś inaczej jest przedstawiany, mimo że niezmiennie tak samo nas kocha. Człowiek czuje się nieswój w tym nowym świecie, więc żali się: Nie mogę trafić na peron, gdzie kogoś żegnałem na zawsze. A to przecież było takie ważne miejsce, taki ważny moment. Jedyne, co niezmienne, to Boskie dzieło: niebo, może i góry zostały te same. I tak z poetą spoglądamy także w naszą przeszłość, wracamy do czasów, w których niczego już zmienić nie można, ale można je „ocalić od zapomnienia” – to z K.I. Gałczyńskiego.
Myślimy także o relacjach takich, jakie ks. Jan zapisał w wierszu „Bliscy i oddaleni”:

Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotkać aby się ominąć
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało
są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło
bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają – to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami
można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem

Czytelnik zauważy, że w tym wierszu (w innych też) nie ma ani jednego przecinka, ani jednej kropki. To nie błąd, czy jakieś niedopatrzenie. To celowy zabieg. Dzięki temu będziemy mogli „pobawić” się tym wierszem, a poważnie: będziemy mogli odkryć wiele różnych ukrytych tu znaczeń, jak te znaki interpunkcyjne „dopiszemy”, jak połączymy w jedną składniową całość to, co poeta zapisał w odrębnych wersach. Jednym zdaniem: będzie to interpretacja współczesnego wiersza emotywnego.

Spotkanie z poezją ks. Jana Twardowskiego odbędzie się w bibliotece parafialnej w poniedziałek, 27 stycznia o godz. 8.45.
Źródło: Ks. Jan Twardowski, Nieobecni są najbliżej, Edycja Świętego Pawła, Kraków 2015.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

42 maryja

Lectio divina z Maryją

Co wiesz o pięknem?...
...Kształtem jest miłości
C.K. Norwid

O. Krzysztof Wons SDS we wstępie książki prezentowanej dziś Czytelnikom przywołuje greckiego mistyka żyjącego w V w. Ów Pseudo-Dionizy Areopagita taką oto „kołysał w duszy modlitwę” do Najświętszej Maryi Panny:
Pragnę, aby Twoja „ikona”, Matko Boża, odbijała się stale w zwierciadle duszy i zachowała ją czystą aż po kraniec wieków. Podnoś pochylonych ku ziemi i daj nadzieję tym, którzy uznają i naśladują wieczny wzór piękna.
Kto spośród ludzi najbardziej z bliska i najgłębiej mógł poznać piękno Maryi z Nazaretu, jak postrzegali Ją krewni i sąsiedzi, czy widzieli w Niej coś niezwykłego, wreszcie – najistotniejsze dla rozważań biblisty – czego o Maryi dowiadujemy się, czytając Pismo Święte, dlaczego Maryja jest Cała Piękna – o tym właśnie pisze teolog duchowości, o. Krzysztof Wons SDS w dziele „Cała Piękna. Lectio divina z Maryją”.
Piękno Maryi najbardziej z bliska poznał, zapewne, Józef z Nazaretu, ale on kochał milczenie, bo wtedy najlepiej słyszał głos Boga. Wiemy, że nie rozpowiadał ani o swoich rozterkach związanych z błogosławionym stanem Miriam, ani o dziwnym śnie. Józef „był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie [...], anioł Pański ukazał mu się we śnie”, nakazał przyjąć Maryję do domu, a Synowi, którego urodzi, nadać imię Jezus (por. Mt 1, 18-22). I tak postąpił Józef. Jednak, ewangeliści nie odnotowują ani jednego słowa Józefa – to milczący święty, dobry opiekun Maryi i Jezusa, wzór ziemskiego ojca. „Chętnie pozostawał w cieniu Jezusa i Jego Matki”.
Kto kontempluje oblicze Maryi, kto wpatruje się w Jej wizerunek, ten dostrzega Jej piękno duchowe, niepokalane serce, czystą duszę i zawsze śliczną twarz. Ten widzi „wieczny wzór piękna”, widzi odbijające się w niej Boskie piękno, widzi Całą Piękną Maryję. „Piękno – pisze o. Krzysztof – jest powołaniem [...] istnieje nierozerwalny związek między pięknem a powołaniem. Jesteśmy, podobnie jak Maryja, powołani, aby być piękni, nie trochę, nie częściowo. Cali piękni! [...]. Wiara podpowiada nam, że Maryja od początku była i jest cała piękna. [...] Skąd czerpiemy to przekonanie? [...] Tytuł Cała Piękna nie jest dewocyjnym pomysłem. Nie wytworzyła go ludzka pobożność. Ma korzenie głęboko biblijne. Jest tytułem z Bożego natchnienia. Wyrósł z głębi stronic Pisma Świętego. Głębia Pism przyzywa głębię Jej piękna. Musimy więc szukać znaczenia Jej piękna w Biblii. Tylko Biblia może nam odpowiedzieć na pytanie: co to znaczy, że Maryja jest cała piękna? I skąd pochodzi Jej piękno? Biblia, gdy ją czytamy, odsłania nam stopniowo piękno Maryi, podobnie jak odsłania się ikona w trakcie pisania”.
Zatem, Cała Piękna Maryja wyłania się z Biblii. Na kartach Ewangelii przedstawiona jest Maryja skupiona, cicha, wsłuchana w głos Boga, modląca się. To Ona uczy nas pobożnego traktowania Słowa, daje przykład modlitwy tekstem biblijnym, np. tekstem psalmu. Od dawna w Kościele takie pobożne czytanie Pisma Świętego określane jest po łacinie: lectio divina. O. Krzysztof podąża w prezentowanej książce drogą lectio divina dwóch natchnionych ikonopisarzy: Łukasza i Jana, bo oni – czytamy – „utrwalili na stronicach Ewangelii wierne odbicie Maryi. Kiedy czerpiemy wzór ze stonic Biblii, jesteśmy najbliżej oryginału, chronieni, aby nie ześliznąć się w stronę religijnego kiczu”. Czytając, szukamy tego, co najistotniejsze, a najważniejsze jest to, co wewnętrzne, dostrzegalne tylko takim spojrzeniem duchowym. „Ikona Maryi napisana w Biblii – jeśli ma się odbić w zwierciadle naszej duszy, a nie być jedynie wytworem zmysłowego patrzenia i myślenia – potrzebuje uruchomienia naszych wewnętrznych zmysłów, zdolności duchowego widzenia, które wykracza poza to, co cielesne, poza materialną powierzchowność. [...] Jeśli pozwolimy, aby w poznawaniu piękna Maryi słowo Boże oczyszczało nas z czysto ludzkiego myślenia i patrzenia, doświadczymy, podobnie jak św. Augustyn, zdumienia Jej pięknem i będziemy wołali w zachwycie: Boże mój, jakaż głębia, jakaż cudowna głębia!” Trzeba jadnak sporo wysiłku i pracy nad sobą, głębokiej wiary, aby dostrzec wewnętrzne piękno, aby dostrzec archetyp Maryi w księgach ST, np. w psalmach.
Dla przykładu o. Krzysztof proponuje modlitwę Psalmem 45. Psalmista opowiada o zaślubinach pary królewskiej, ten psalm Miriam zapewne znała. „Tradycja chrześcijańska widzi w królu Jezusa Chrystusa a w królowej Maryję”. Król pragnie „piękności” królowej, a ona jest „cała pełna chwały”. Ona adoruje swego oblubieńca, pociąga ją blask Jego Boskiego piękna – to jedna z możliwych interpretacji: radosna. Natomiast, w Wielkim Tygodniu ten psalm poprzedzony jest w czytaniach inną antyfoną: Nie miał on wdzięku ani blasku... (por. Iz 53, 2). A my widzimy Maryję patrzącą na pobitego i poniżonego Syna, którego wygląd zewnętrzny trudno znieść. Nic nie pozostało wtedy z zewnętrznego piękna Jezusa. „Spojrzenie cielesne nie jest zdolne dotrzeć do rzeczywistego piękna Chrystusa”. Mater Dolorosa stoi pod krzyżem. Spojrzenie zewnętrzne nie jest zdolne dostrzec w naznaczonej bólem twarzy Maryi Jej wewnętrznego piękna.
„Aby odkrywać ikonę Maryi w Biblii, trzeba wyjść poza siebie, zostawić własne gotowe wyobrażenia o Niej i dać się prowadzić przez Ducha Świętego, być może po drogach, którymi jeszcze nigdy nie podążaliśmy. [...] Przy odkrywaniu ikony Maryi musimy być pokorni, tak jak pokorny jest ikonograf, który daje się prowadzić Duchowi Świętemu. [...] On to sprawia, że nie poddajemy się jakiemuś procesowi duchowego starzenia się, że nie ulegamy jakimś schematom, sloganom, modzie, projekcji czy subiektywnemu widzeniu rzeczy. Podczas lectio divina z Maryją chciejmy mieć niezasłonięte bielmem oczy, odetkane dobrze słyszące uszy, czyste serce, „byśmy słyszeli i widzieli sercem Matkę Boga, Matkę, która jest cała piękna”.

Źródło: O. Krzysztof Wons SDS, Cała Piękna, Wydawnictwo SALVATOR, Kraków 2017.
Zapraszam na poranek w poniedziałek, 20 stycznia, godz. 8.45
oraz wieczór we czwartek, 23 stycznia, godz. 18.45, Maria Studencka

CYTATY 

s. 31.
Kiedy Zachód przestawał czytać Biblię, zaczął zamykać się na piękno. Nierzadko zamieniał je na atrapę piękna. Atrapa zaś, zamiast do prawdy, prowadzi do perwersji: to, co jest pozorem dobra i piękna, zaczęto nazywać dobrem i pięknem. Kontemplacja piękna została zamieniona na zmysłowe napawanie się tym, co brzydkie, do tego stopnia, że mianem sztuki pięknej zaczęto nazywać to, co nie tylko nie jest piękne, ale jest ohydnym kiczem.
s. 32.
Dzieło stworzenia to misteryjna Boska praca, która rodzi zachwyt. Boski duch zachwytu od początku unosił się w nas stwarzanym światem. A kiedy nadszedł dzień szósty i Bóg stworzył człowieka, zachwyt Stwórcy sięgnął zenitu.
s. 35.
Spotkać w swoim życiu pięknych ludzi, to prawdziwe błogosławieństwo, to jakby przeżyć Boże Narodzenie i Poranek Wielkanocny.
s. 37. Prosta, skromna dziewczyna jest cała piękna, ponieważ została ukształtowana przez Tego, którego nosiła w swoim łonie.
s. 49.
Jakość życia zależy od Jakości słuchania. Takie życie, jakie słuchanie Bożego słowa.

Grzegorz Wielki: Pismo Święte rośnie wraaz z tym, kto je czyta.

PnP s. 29.

 

 

 

 

 41 cieszyn
Kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Kaczycach

Piękna jest Ziemia Cieszyńska

Wśród czytelników biblioteki parafialnej są miłośnicy Ziemi Cieszyńskiej, jej pięknych pejżaży, obyczajów, kultury z gwarą włącznie. To z myślą o nich zamierzam zaprezentować napisane gwarą wiersze i pogwarki 95-letniej Elżbiety z Kaczyc. Poniżej jeden z jej wierszy.

Ziymeczko moja
Ziymeczko moja, Ziymio Cieszyńsko!
Każ mogym chledać wiynkszego szczyńścio?
Jo se tu miyszkóm miyndzy swojimi
Na nejpiekniejszej na świecie ziymi.

Tu, kież bracio trzej zabłóńdzili, a jak sie naszli,
Tak sie cieszyli, że hned gród Cieszyn tu założyli.
A na tym miejscu, kaj sie spotkali,
Studnie głymbokóm wykopać dali.

Od tego czasu, tak to już bywo,
Studnióm Trzech Braci się jóm nazywo.
A miasto Cieszyn się rozrostało,
Wiela budowlóm poczóntek dało.

Bo mómy tukej zómek wiekowy,
A pod nim browar – Browar Zamkowy,
Co się w nim warzi nejlepsze piwo,
Tyn, gdo go pije, stówki dożywo.

A kole zómku stoi też baszta,
Ta, co ś ni widać wielki kyns miasta.
Widać fabryki, gdo mo ochote,
Dycki w nich nóńdzie dobróm robote.

Widać też szkoły, ważne nikiere,
A nejważniejszy je Uniwerek.
Sóm też szpitole specjalistyczne,
Co się w nich lyczóm ludziska liczne.

Siedym kościołów: szumne, wiekowe,
Co do jednego sóm zabytkowe.
To wszystko razym do kupy wziynte
Jest dlo nas ważne, jest dlo nas świynte.

Bo wszyndzi widać tu gołym okym,
Jak dobrze tu jest być Cieszyniokym.
Żodyn Cieszyniok Ślónska nie zdradzi,
Bo my tu wszyscy mómy sie radzi!

Ziymeczka nasza też nóm do chleba,
Za to jóm dycki szanować trzeba.
I przoć ziymeczce choć małowiela,
A jo ji przajym, boch je tu stela.

 

Opowieść o Ziemi Cieszyńskiej w bibliotece parafialnej w poniedziałek, 13 stycznia 2020 r. o 8.45
oraz we czwartek, 16 stycznia 2020 r. o godz. 18.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

40 krajewski

Ks. kard. Konrad Krajewski, jałmużnik papieski


„Jest taki ksiądz w Watykanie...” (czytamy we wstępie prezentowanej książki), który doskonale wie, gdzie można spotkać bezdomnych, głodnych, zaniedbanych, odrzuconych, biednych, koczujących, wykluczonych. Wie, bo sam w tych miejscach bywa od lat (dawniej jako zwyczajny ksiądz, a od 3 sierpnia 2013 r. jako jałmużnik papieski). To takie zakamarki dworców kolejowych, gdzie rzadko zaglądają dziennikarze, to przejścia podziemne, których unikają turyści, to rudery opuszczone przez lokatorów. I właśnie tam z rzeszą wolontariuszy posługuje jako papieski jałmużnik ks. kard. Konrad Krajewski. Posługuje dosłownie, bo jak jeden z wielu wolontariuszy organizuje a potem rozdaje jedzenie, sprząta, przygotowuje dla podopiecznych łaźnie, czystą odzież, pomoc medyczną, lekarstwa. O potrzebach tych ludzi dowiaduje się od nich, bo z nimi rozmawia, jest z nimi. A posługuje z pasją, z zaangażowaniem, realizując w ten sposób Ewangelię.
Książka, którą dziś prezentuję – „Zapach Boga” – nie jest autobiografią ks. kard. Konrada Krajewskiego czy wywiadem z nim, chociaż całość ksiądz kardynał autoryzował. Zatem, o czym jest ta książka? – O posłudze papieskiego jałmużnika i o wolontariuszach, o życiu Ewangelią i o duszpasterstwie, o spowiedzi i o Eucharystii, o spotkaniach z trzema Papieżami i o pątnikach pielgrzymujących z Łodzi na Jasną Górę. A ja chcę opowiedzieć o nadzwyczajnym kardynale, który jest wśród swoich podopiecznych, który posługuje autentycznie, nie zza biurka, a robi to bez rozgłosu w miejscach, gdzie my raczej nie chcielibyśmy się znaleźć.
O opublikowanie prezentowanych tu wypowiedzi kardynała zabiegał dziennikarz Krzysztof Tadej. To on przygotował teksty do druku i całość opatrzył wstępem. Od niego również wiemy, że ks. Konrad nie zabiega o sławę, nie dba o popularność w mediach, w zasadzie nie udziela wywiadów, a to, czym się zajmuje z polecenia Ojca Świętego, Franciszka, robi ku większej chwale Boga. Książka składa się z poprzedzonych wstępem red. K. Tadeja trzech części: Roznosić woń Boga, W Jego imieniu, Spotkania. Znajdziemy tu fragmenty homilii oraz rzadkich przemówień ks. Konrada, są tu także rozmowy z księdzem zarejestrowane przez pątników oraz fragmenty krótkich rozmów z dziennikarzami. I – co zupełnie zrozumiałe – jest tu wiele perykop biblijnych przywoływanych i objaśnianych przez ks. Konrada.
„Żeby to była jałmużna – mówi ks. Konrad – żeby to było robione w imieniu Jezusa, to przy rozdawaniu każdego litra mleka należy mówić: ‘Jezu, to dla Ciebie, Jezu, to ze względu na Ciebie’. To najpiękniejsza litania, jaką można odmówić. To tak, jak pójść do kogoś do szpitala i powiedzieć: ‘Jezu, byłeś chory, a odwiedziłem Cię pod postacią tego człowieka’. Pomóc komuś i powiedzieć: ‘Jezu, pomagam Tobie, nie sobie’. Jeśli myślę tylko o sobie, to kładę się wieczorem brzuchem do góry i myślę, jaki dzisiaj byłem dobry. To nie ma nic wspólnego z Biblią, z chrześcijaństwem, bo przecież tylu ludzi jest dobrych na świecie i robi takie rzeczy. To jest właśnie taka różnica między nami a pracownikami socjalnymi. Oni są lepsi od nas. Dokonują lepszych rzeczy, mają środki, ale to jest ich zawód. My to robimy ze względu na Jezusa”. „Na początku, kiedy chodziłem nocami po Rzymie razem z naszymi siostrami i z Gwardią Szwajcarską – opowiada ks. Konrad – przychodziłem do wolontariuszy, witałem się z nimi i podkreślałem, że przychodzę w imieniu Ojca Świętego. Klaskali, cieszyli się, że Ojciec Święty mnie wysłał. Później postępowałem inaczej. Jeśli mówimy, że przychodzimy w imieniu Chrystusa, wtedy przestajemy być ‘napompowani’ i przestajemy myśleć, czy za wstawienie pryszniców, wycięcie dwóch drzew w środku Rzymu wsadzą mnie do więzienia, czy nie. To już nie ma znaczenia”.
Trzecia część książki nosi tytuł: Spotkania. Stąd wybrałam jedną tylko refleksję ks. Konrada – o „Naszym Papieżu”: „Jan Paweł II swoim życiem pokazywał, że Jezus jest obecny. W każdym z nas. Nie tylko w Kościele. I tego Jezusa trzeba nieść, który jest w nas. Całkowicie ufał Bogu. Wydawało się, że do szaleństwa ufa Bogu. Potrafił powiedzieć swoim życiem: Jezu, ufam Tobie. Kiedy wszystko się udaje, to jest łatwo. Ale powiedzieć ‘tak’, kiedy Pan Bóg jakby wszystko nam odbiera?” To bywa trudne, a jednak Jan Paweł II również wtedy mówił: „Tak”. „My, ceremoniarze, byliśmy zdumieni tym, co się dzieje w zakrystii. Jan Paweł II wchodził, witał się z nami, a potem klękał [...] i pogrążał w modlitwie [...]. Ojciec Święty przed wyjściem do ludzi rozmawiał z Bogiem. Zanim otrzymał mitrę, pastorał, a więc zanim zwracał się do ludzi w imieniu Chrystusa, najpierw prosił o błogosławieństwo. Prosił o to, żeby on sam nie zasłaniał Boga swoją osobą”. I właśnie to ostatnie zdanie jest chyba myślą przewodnią ks. kard. Konrada Krajewskiego: W posłudze duszpasterskiej, w posłudze papieskiego jałmużnika nie zasłaniać Boga swoją osobą.

Źródło: Kard. Konrad Krajewski, Zapach Boga, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019.

Poranek o posłudze papieskiego jałmużnika w bibliotece parafialnej we wtorek, 10 grudnia 2019 r., o godz. 8.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

36 mikolaj

Św. Mikołaj, wspominany w Kościele katolickim (także prawosławnym) 6 grudnia, urodził się w Patras w Grecji w 270 roku. Był jedynym uproszonym gorącymi modłami dzieckiem zamożnych ludzi. Opływał w ziemskie dobra, którymi chętnie dzielił się z ubogimi, znano go dobrze z takich uczynków. Był biskupem Miry w Azji Mniejszej. Słynął z gorliwości duszpasterskiej oraz troski o byt materialny ubogich. Posiadał wyjątkowy dar pozytywnego oddziaływania na ludzi, potrafił skruszyć nawet najtwardsze serca, wyjednać złagodzenie wyroku dla skazańców. W dziełach hagiograficznych opisywane są cuda, których dokonywał pobożny biskup. Zmarł 6 grudnia około 350 r. Ze czcią został pochowany w Mirze, a w r. 1087 ciało przewieziono do Bari. W Polsce jest niezwykle popularny, patronuje 327 kościołom. Św.Mikołaj odbiera kult jako patron dzieci, panien, marynarzy, rybaków, więźniów i piekarzy. Jest też wzywany we wszelkich naglących potrzebach. Zwyczaj obdarowywania prezentami dzieci wywodzi się właśnie z tego, że św. Mikołaj wspierał ubogich dyskretnie, ukradkiem, po prostu podrzucał potrzebującym pieniądze czy jakieś potrzebne im rzeczy.
Co wiemy o św. Mikołaju? Niejedno dziecko (i niejeden dorosły) wie tylko tyle, że rozdaje prezenty. We wsi Pierściec na Śląsku Cieszyńskim jest inaczej. Tu dzieci wiedzą, że św. Mikołaj to patron chorych, że za jego wstawiennictwem niejeden człowiek odzyskał zdrowie, że jest otoczony kultem, że w tej pięknej miejscowości jest sanktuarium pod jego wezwaniem, że przybywają tu pielgrzymi: jedni prosić o zdrowie za wstawiennictwem św. Mikołaja, inni – aby mu dziękować. Są też w kościele liczne wota złożone przez pątników. Kult św. Mikołaja na Ziemi Cieszyńskiej sięga czasów średniowiecznych. W Cieszynie na wzgórzu zamkowym jest rotunda z XI wieku. I właśnie tu w piastowskim grodzie był pierwszy kościół pw. św. Mikołaja. Kiedy książęca wieś Pierściec została sprzedana cieszyńskiemu burmistrzowi, ten zapewne zapragnął mieć tu również kaplicę z tym patronem.
Źródłem informacji o św. Mikołaju z pierścieckiego sanktuarium jest publikacja „Łaskami słynąca figura św. Mikołaja w Pierśćcu” ks. proboszcza Zbigniewa Paprockiego, kustosza sanktuarium. Skrzętnie gromadzone są tu wszelkie świadectwa, modlitwy, listy, wzmianki, legendy i dokumenty o patronie parafii.
Kto i kiedy wyrzeźbił z lipowego drzewa figurę św. Mikołaja, tego nie wiemy (jednak jest na ten temat piękna legenda opracowana przez pisarkę Zofię Kossak). Konserwatorzy zabytków, uwzględniając cechy stylu rzeźby, utrzymują, że wykonano ją w XV w. A pierwsza wzmianka o niej pochodzi z r. 1616. Wtedy w Pierśćcu wybuchł pożar, spaliła się połowa wsi oraz drewniana kaplica, w której była figura św. Mikołaja – i tylko ta figura ocalała. Autor tej wzmianki „odnotował, że po pożarze protestanci trzykrotnie wywozili figurę z Pierśćca, lecz ta za każdym razem w sposób niewytłumaczalny powracała. W miejscu, na które św. Mikołaj wracał, członkowie gminy protestanckiej wybudowali kaplicę” i zarządzali nią przez około 100 lat. Następnie kaplica została przekazana katolikom, ci wybudowali na jej miejscu nowy drewniany kościół, a w 1888 r. kościół murowany z jedną nawą, z czasem dobudowano nawy boczne. W tym właśnie kościele „w ołtarzu głównym umieszczona została słynąca łaskami figura św. Mikołaja oraz cztery płaskorzeźby z roku 1781 przedstawiające sceny z życia św. Mikołaja”.
Figura jest niewielka: ma 97 cm wysokości. Od początku XIX wieku „ubierana jest w pełne pontyfikalne szaty biskupie: mitra, sutanna, komża, kapa, i krzyż pektoralny. Pierwszy taki strój ufundował jako wotum gajowy z Pierśćca. Zdarzało się, że szaty te były obrywane przez wiernych, wierzących, że ich dotknięcie ma moc leczenia chorób. W związku z tą wiarą od dawnych czasów istnieje zwyczaj pocierania o figurę chusteczek i ubrań osób chorych w celu wyproszenia dla nich łaski uzdrowienia”.
„Kult św. Mikołaja w Pierśćcu to nie tylko przeszłość. Dziś także dynamicznie się on rozwija, zataczając coraz szersze kręgi i obejmując rosnące rzesze wiernych. Jednym z przejawów tego kultu są dwa odpusty ku czci św. Mikołaja [...]: pierwszy w niedzielę po 6 grudnia, kiedy w Kościele wspomina się pamiątkę narodzin Mikołaja dla nieba [...], drugi w niedzielę poprzedzającą 24 czerwca. Czci się wtedy pamiątkę przeniesienia relikwii św. Mikołaja z Miry do Bari i łączy się ten obchód z rocznicą konsekracji obecnego kościoła w Pierśćcu w roku 1889”. W roku 1963 kardynał Bolesław Kominek podarował parafii w Pierśćcu przywiezione z Bari relikwie św. Mikołaja. „Drugim przejawem kultu są liczne pielgrzymki do łaskami słynącej figury i jedynych w Polsce relikwii tego świętego. Stałą formą czci oddawanej św. Mikołajowi są odprawiane od 1980 roku w każdy poniedziałek wieczorem nabożeństwa połączone ze śpiewaniem litanii oraz pieśni ku chwale patrona, wtedy odczytywane są też wypominki, tzn. prośby i podziękowania spisane na kartkach przez wiernych (najstarsze odnotowane zostały w 1911 r.)”.
Pierściecki duszpasterz tak zwraca się do pątników: Przybliżając informacje o Sanktuarium św. Mikołaja w Pierśćcu, o jego łaskami słynącej figurze i ustawicznie rozwijającym się kulcie tego świętego na naszej ziemi, pragnę gorąco zaprosić wszystkich Parafian i Gości – Pielgrzymów do wspólnej modlitwy przez wstawiennictwo naszego wielkiego Patrona. Niech miejsce to świadczy nieustannie, że gorąca wiara i modlitwa potrafią zdziałać cuda. Ciebie, św. Mikołaju wysławiamy i Ciebie wielbimy jako źródło cudów, pocieszyciela płaczących, lekarza chorych. Ks. Zbigniew Paprocki, proboszcz.

Źródło: Ks. Zbigniew Paprocki, Łaskami słynąca figura św. Mikołaja w Pierśćcu.
Poranek o św. Mikołaju w bibliotece parafialnej we wtorek, 3 grudnia 2019 r.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

35 twardowski

Ks. Jan Twardowski (1915 – 2006)


Na życzenie Czytelników powracam do poezji ks. Jana Twardowskiego. Na spotkanie w bibliotece wybrałam wiersze z tomiku „Bogu się mówi TAK”. I – właśnie – tak to już jest, że zwyczajni czytelnicy i profesjonaliści od literatury po śmierci znakomitego twórcy sięgają wielokroć do jego tekstów, prezentują w kolejnych publikacjach wiersze wg swoistego klucza. W prezentowanym tomiku są utwory wybrane z różnych lat, publikowane jescze za życia ks. J. Twardowskiego. Wiersze wybrane przez Aleksandrę Iwanowską, edytorkę i spadkobierczynię poety, skupiają się wokół przysłówka TAK. Pisanie wierszy było dla ks. Jana swoistym dialogiem z Bogiem, było też formą pracy duszpasterskiej. Poeta mawiał ponoć, że więcej o duchowości mówi ludziom w wierszach niż w homiliach. A podejmował tematy trudne, zwłaszcza te, o których człowiek współczesny coraz częściej rozmawia niechętnie, które (razem z ludźmi) spychane są na margines życia społecznego. Pierwszy wiersz brzmi tak:
O mój Jezu budzą mnie nad ranem
Twe oczy kochające niekochane
nie chcę bliskich najbliższych sam zostanę
gdy Twe serce kochające niekochane
weź me życie udane nieudane
w Twoje ręce kochające niekochane
Wiersz rozpoczynający zbiór „uświadamia (pisze A Iwanowska) dramat Boga, na którego miłość człowiek nie odpowiada miłością; zamyka zaś wiersz [...] Tak. W obu tych utworach znajdziemy i rozpacz, i ciemność, i konfrontację z cierpieniem; oba jednak kończą się wyznaniem wiary człowieka, który akceptuje niezrozumiałe po ludzku Boskie wyroki”. Na ostatniej stronie wiersz „Tak”:
Pierwsza Komunia z białą kokardką
jak w śniegu z ogonem ptak
ufaj jak chłopiec z buzią otwartą
Bogu się mówi – tak
Nie rycz jak osioł nie drżyj jak żaba
wytrwaj choć nie wiesz jak
choćby się cały Kościół zawalił
Bogu się mówi – tak
Miłość zerwaną znieś jak gorączkę
z chusteczką do nosa w łzach
święte cierpienie pocałuj w rączkę
Bogu się mówi - tak
Czytane wiersze układają się w taki oto dialog z Bogiem: O, mój Jezu, budzi mnie nad ranem natarczywe pukanie, udaję, że śpię, że nie słyszę. Jest przecież ciemno, późno, niech odejdzie ten przybysz, Bóg zakochany, z nieodwzajemnioną miłością, niech odejdzie, choć jest głodny i ma chude ciało. A jednak podnoszę się i mówię: TAK. W chwilę później zadaję pytania... Dlaczego, patrząc na podziobane przez ptaki dojrzałe owoce jarzębiny, mam przed oczyma krople krwi, które zaraz zakrzepną na ciele zdejmowanym z krzyża? Dlaczego wtedy, choćby świat się zawalił, modlę się do serca o serce? Dlaczego proszę, abyś mnie nauczył cierpienia bez pytań? Dlaczego parami chodzą nadzieja i rozpacz, radość i ból, wiara i niewiara, światło i ciemność? Dlaczego łza ścieka po policzku tak samo z rozpaczy, jak i z radości, chociaż rozpacz stale chodzi tylko od siebie do siebie, a radość od Ciebie do mnie i dalej? (Od tych pytań czasem robi się ciemno i serce się tłucze). Jak w kościele klęknąć przy cierpieniu, do Nieznanego mówić po imieniu? Jak to jest, że miłość bez samotności byłaby nieprawdą, a samotność bez miłości rozpaczą? W co się ból może zmienić, w gniew czy w modlitwę? Jaki jestem, Jaki nie jestem? A jednak mówię: TAK.
Nie umiem być srebrnym aniołem, ni gorejącym krzakiem, serce mam byle jakie. Mój krzyż zna samotność w spotkaniu przy stole, niepokój i spokój bez serca bliskiego. Wiem, że wszystko ma swój czas, że niewysłuchane w przyszłości dojrzewa, że to, co nielogiczne, prowadzi do wiary, że wszystko dzieje się inaczej, a jednak dzieje się z Tobą. A moje serce stale niespokojne boi się, że małe więcej od wielkiego boli. A ja wiem, że nie potęga lecz słabość umocni mnie w wierze – dlatego mówię:TAK.
Daj się modlić, nie wiedząc za kogo i o co, bo Ty wiesz najlepiej, czego nam potrzeba, jak jest źle, w chwili śmierci, w chwili największej nadziei, jak miłość jest tak poraniona, że i śmierć przetrzyma. Nie pytaj, jak cierpieć, pytaj – dlaczego. Spraw, niech serce wciąż to samo szuka miłości w miłości przed śmiercią czystą i wielką. Chcę być razem z Tobą, żeby nagle zobaczyć, że nadzieja może być obok rozpaczy. Wiem, że wszystko stało się drogą, co było cierpieniem. Wiem, że osiągnę spokój, gdy na rozpacz popatrzę z daleka. Wiem, że wszystko jest inaczej, niż mi się wydawało. Wiem, że Pan Bóg wie najlepiej, że czasem prośby nam spełnia, żeby nas zawstydzić. Wiem, że czasem idzie się do niego przez ogień. Wiem, że nauczę się dziwić w kościele, że Hostia Najświętsza tak mała, że w dłonie by ją schowała najniższa dziewczynka w bieli. Więc mówię: TAK, i się uśmiecham.
Więc tak długo trzeba było rozsądku się uczyć
na pytania logicznie odpowiadać
nie mówić bez sensu i od rzeczy
żeby nagle zobaczyć
że nadzieja może być obok rozpaczy
niewiara obok wiary
skakanka dziecięca na podłodze obok trumny
dostojnik obok prosiaka
prawda z palcem na ustach
podopieczny pod kołami karetki pogotowia
modlitwa obok smutnego kotleta na talerzu
i ten krzyk nie umieraj nie odchodź jeszcze okażę ci serce
z którym uciekałem – obok ciszy
Do prezentowanego zbioru dołączona jest płytka CD. Wiersze recytuje Anna Dymna, śpiewa Ewa Błoch.

Poranek z poezją ks. Jana Twardowskiego w bibliotece parafialnej we
wtorek, 26 listopada 2019 r. o godz. 8.45.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

34 kalinowski

Święty o. Rafał – Józef Kalinowski (1835 – 1907)

Prosta historia świętego człowieka

Z eksponowanego portretu spogląda na nas młody porucznik Józef Kalinowski, czczony dziś jako święty Kościoła katolickiego – o. Rafał Kalinowski. Z oblicza emanuje niezwykła szlachetność i prawość, w spojrzeniu jest jakaś ukryta tęsknota i łagodność, jakiś smutek – aż zdumiewa to w zestawieniu z oficerskim mundurem carskiej armii. Dlatego cisną się na usta pytania: jaką drogę przebył, jak żył Józef Kalinowski, że został wyniesiony na ołtarze. Kanonizował go Jan Paweł II w Watykanie 17 listopada 1991 r. W Kościele wspominamy tego świętego prezbitera 20 listopada. A o jego nietuzinkowym życiu czytamy w opowieści biograficznej autorstwa Tadeusza Żychiewicza pod zwyczajnie brzmiącym tytułem: „Rafał Kalinowski”, do książki dołączona jest płyta z oratorium pt. Prosta historia świętego człowieka.
W młodości (i później także) wiele czytał, i to teksty niełatwe, z teologicznych np. „Wyznania” św. Augustyna, z literatury pięknej – mistrzów ówczesnej epoki. A jednak ciągle odczuwał jakiś niepokój, jakiś niedosyt, szukał własnej drogi. Jako młodzieniec (student, porucznik) w kościele bywał sporadycznie, drażniło go, że eleganckie towarzystwo uczestniczy w Mszach św., dlatego że „wypada się pokazać”. Do sakramentów św. przez 10 lat w ogóle nie przystępował.
Żył intensywnie. Po studiach w carskiej akademii wojskowej jakiś czas przebywał jeszcze w Petersburgu. Mile widziany w kręgach miejscowej elity korzystał z życia, był inteligentny, kulturalny, umiał się znaleźć w towarzystwie, nawet go tu swatano. Jednak, kiedy wracał do siebie, odczuwał pustkę. Takie życie po prostu go mierziło. Kiedy myślał o swojej przyszłości, rozważał kilka scenariuszy, ale żaden mu nie odpowiadał. Nie chciał żyć byle jak, nie chciał robić kariery za wszelką cenę, nie chciał popaść w niewolę miernego życia. Ciągle jednak nie wiedział, co powinien zrobić. Pisał o tym do brata: „Tyle mam przed sobą dróg otwartych, że sam nie wiem, którą z nich wybrać, [...] owe ścieżki przede mną odkryte, jedne gwiazdami, drugie rublami, inne błyskotkami usłane, a wszystkie dostatecznie cierniami obdarzone”. Przebywając w głębi Rosji, widział, jak „bardzo łatwo i prawie niepostrzeżenie, nie wiadomo jak i kiedy tonęli obcoplemieńcy w tym wielkim i nawet urokliwym morzu”. Przez pewien czas pracował jako inżynier przy budowie kolei żelaznej Kursk – Kijów – Odessa. Wtedy poznał wielu prostych ludzi. I czuł się z nimi dobrze.
A potem było powstanie narodowowyzwoleńcze 1863 r. Jako wojskowy wiedział, że nie ma szans na zwycięstwo, jako Polak czuł, że musi się zaangażować. Niecierpliwie czekał na dymisję z carskiego wojska, nawiązał kontakt z Rządem Narodowym, brał udział w konspiracji. W maju 1864 r. został aresztowany, wziął winę na siebie, został skazany na śmierć. „Wszędzie można znaleźć człowieka – pisze T. Żychiewicz – sąd rewizyjny uznał przyznanie się do winy za okoliczność łagodzącą i karę śmierci zamienił na dziesięć lat ciężkiej katorgi we wschodniej Syberii. [...] Pozwolono mu zabrać ze sobą fotografie bliskich, Ewangelię, Księgę Hioba, Naśladowanie Tomasza á Kempis i krucyfiks”. Konwój wyruszył. Miejscem docelowym Józefa były nerczyńskie kopalnie złota za Bajkałem – „jedno z najstraszniejszych miejsc, o którym sami Rosjanie mówili z grozą, bo Nerczyńska nie sposób przeżyć. ‘Gwałtem wołałem do Pana Boga, żeby mnie ratował’. I znów: wszędzie można znaleźć człowieka”. W Irkucku gubernator skreślił Nerczyńsk, wpisał Usole – to była Boska interwencja realizowana wobec Józefa Kalinowskiego przez łańcuszek ludzi dobrej woli. Z wyspy na wielkiej rzece Angarze pisał do swojej macochy: „Bóg w miłosierdziu swoim podźwignął mnie ze stanu niewiary właśnie wtedy, kiedy miała nastąpić chwila próby i cierpienia [...], spokojnie patrzę w rzeczywistość”. „Późno Cię umiłowałem!” – mówił często ze skruchą do Boga, i rzeczywiście, „miał wreszcie spokój w sobie”. Józef Kalinowski ocalał, oficjalny dokument uwalniający z zesłania otrzymał w lutym 1874 r., kiedy przebywał w Smoleńsku. Pan Bóg powierzył mu jeszcze inne zadania.
Józef Kalinowski postanowił zrealizować wreszcie swoje zakonne postanowienia. Wybrał Karmel. W 1877 r. rozpoczął postulat, następnie przyjął habit karmelitański i zakonne imię Rafał, w następnym roku złożył śluby zakonne, święcenia kapłańskie przyjął w 1882 r. w Czernej. I to właśnie w Czernej spędził większą część swojego zakonnego życia. [...] W pewnym momencie „karmelitanki bardzo się martwiły stanem klasztoru karmelitów w Czernej: budynki były w ruinie, a pozostała garść zakonników w rozprzężeniu; nowych powołań nie było”. Dzieło odnowy klasztoru powierzono o. Rafałowi. Dla o. Rafała najważniejsza była praca duszpasterska. „Jego najwłaściwszym miejscem pracy stał się jednak konfesjonał i on właśnie uczynił go przewodnikiem dusz. Miał do tego specjalny charyzmat. [...] On czuł się naprawdę depozytariuszem miłosierdzia Bożego i mądrości Kościoła. I nie była to wyłącznie tylko sprawa gorącej jego wiary, a także i wiedzy. Właściwie całe jego przeszłe życie przygotowywało go do tej właśnie służby. Tak długo sam był na bakier z Panem Bogiem, Kościołem i sakramentami i znał drogi zwątpienia, oporów i zahamowań. Tyle wielkich bied zaznał i widział w życiu – większych i bardziej dojmujących niż w tym spokojnym kraju. Tylu różnych ludzi ratował, nie będąc jeszcze księdzem: syberyjskich Hiobów, którzy wadzili się z Bogiem, gdyż z powodu niezawinionych cierpień trudno im było uwierzyć w sprawiedliwość i miłosierdzie Boże. [...] Znał doprawdy wiele ludzkiej nędzy dusznej i pamiętał zawsze o własnych swoich słabościach. [...] Nie gorszył się i nie oburzał, wymagał wiele, lecz nie stawiał poprzeczek nie do przeskoczenia, kazał zaczynać od małego. Stawał się przyjacielem, lecz nie dla siebie: chciał, aby późno umiłowany Pan stał się przyjacielem tych, którzy jakże często stracili już nadzieję, przytłoczeni własną słabością albo splątaniem losów. Klasztor w Czernej zaczynał pulsować światłem”. Tu 15 listopada 1907 r. bardzo cicho i spokojnie zakończył ziemskie życie o. Rafał Kalinowski. „Gdy przy otwartej trumnie odprawiano Mszę św. żałobną, celebrans po raz pierwszy inwokował: Przez wstawiennictwo Rafała Kalinowskiego ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie! Pochowano go w Czernej”.

Źródło: Tadeusz Żychiewicz, Rafał Kalinowski, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2007.
O niezwykłym sztabskapitanie, sybiraku, zakonniku, świętym opowiem w bibliotece parafialnej
we wtorek, 19 listopada 2019 r. o godz. 8.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

33 turza

Matka Boża Fatimska na polskiej ziemi


Myśl o tym, żeby opowiedzieć w bibliotece parafialnej o kulcie MBF w Polsce, podsunęła mi Pani Róża, mieszkanka Turzy Śląskiej, a to właśnie tam powstała pierwsza w naszym kraju parafia z kościołem pw. Matki Bożej Fatimskiej. Pani Róża pięknie opowiadała o doznaniach duchowych, o przeżyciach religijnych własnych i licznych pielgrzymów przybywających do tegoż sanktuarium. Opowiadała z przejęciem o uroczystościach sprzed dwóch lat, kiedy to obchodziliśmy stulecie objawień fatimskich. Trzeba zaznaczyć, że orędzie z Fatimy dotarło do naszego kraju dość późno. „Początków kultu fatimskiego w Polsce (pisze Czesław Ryszka w książce Na polskiej ziemi) można dopatrywać się w 1942 r., w akcie poświęcenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi przez papieża Piusa XII. Dwaj wielcy polscy pasterze tego czasu – kardynał August Hlond i abp Adam Sapieha, głęboko związani z Piusem XII – znali nie tylko treść samego aktu, ale przede wszystkim przyczyny, jakimi kierował się Ojciec Święty, podejmując tę decyzję. Podkreślę: było to pierwsze spełnienie polecenia z orędzia fatimskiego, aby zawierzyć Rosję i świat Niepokalanemu Sercu Maryi, aby ‘ustąpiły błędy Rosji’. [...] Kiedy Pius XII przyjął w 1945 r. powracającego do kraju Prymasa Polski, Augusta Hlonda, rozmawiał z nim o konieczności dokonania poświęcenia naszej ojczyzny Niepokalanemu Sercu Maryi. Zapewne maryjnego Prymasa, który trzy wojenne lata spędził w Lourdes, nie trzeba było nakłaniać do tego aktu”.
Poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi dokonał Prymas Polski, August Hlond, na Jasnej Górze 8 września 1946 r. Niedługo później powstały w Polsce pierwsze parafie fatimskie, jedna z nich leży w naszej diecezji – w Turzy Śląskiej.
Ks. Ewald Kasperczyk, prooboszcz z Jodłownika, rozpoczął budowanie kościoła w Turzy Śląskiej w r. 1947. Na spotkaniu z parafianami 13 maja 1947 r. (w 30 rocznicę objawień fatimskich) zaproponował, aby patronką tego kościoła została właśnie Matka Boża Fatimska. W październiku 1948 r. w kościele parafialnym w Jodłowniku poświęcono namalowany przez Franciszka Worka obraz MBF, przeznaczo go dla świątyni budowanej w Turzy Śląskiej. Artysta przedstawił Panią Fatimską z pierwszego objawienia: w białej szacie i z różańcem w dłoniach. Od 13.10.1948 r. obraz jest w Turzy Śląskiej, w listopadzie kościół został konsekrowany przez biskupa Stanisława Adamskiego. „Od tej chwili – pisze Czesław Ryszka – z bliższej i dalszej okolicy zaczęli przybywać wierni, by 13. dnia każdego miesiąca uczestniczyć w nabożeństwach fatimskich (obejmowały one adorację Najświętszego Sakramentu, Mszę św. i różaniec). Pierwszy odpust odbył się 15 maja 1949 r.” W dziesięć lat później ks. Ewald Kasperczyk sprowadził z Portugalii figurę MBF, wkrótce rozpoczęły się peregrynacje po okolicznych parafiach. Rozwinął się kult, do wcześniejszych modłów dołączono nocne pokuty. „Śląska Fatima” przyjmuje pielgrzymów z całej Polski, zwłaszcza w każdą niedzielę przypadającą po 13 dniu miesiąca. W 1968 r. ks. E. Kasperczyk nałożył na obraz pozłacaną, drewnianą koronę. Natomiast 13 czerwca 2004 r. „papieska złota korona została nałożona na skronie Matki Bożej. Koronacji dokonał arcybiskup Józef Kowalczyk, nuncjusz apostolski w Polsce. [...] W kościele w Turzy Śląskiej po raz pierwszy na świecie ukoronowano nie figurę fatimską, ale obraz Matki Bożej Fatimskiej”. Na marginesie dodam, że wspomniana wyżej Pani Róża z radością powitałaby u siebie pielgrzymów z Piotrowic (do Turzy Śląskiej jest od nas ok. 70 km).

Poranek o kulcie MBF odbędzie się w bibliotece parafialnej we wtorek, 12 listopada 2019 r. o godz. 8.45.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

30 Boskie oblicze

Kiedy w „Nowym Testamencie” czytamy o Jezusie Chrystusie, kiedy poznajemy Jego nauczanie, budzi się w nas pragnienie, by zobaczyć Jego portret, chcemy wiedzieć, jaki był, jak wyglądał. Próbujemy to sobie wyobrazić, czytając Dobrą Nowinę metodą zalecaną przez Ignacego Loyolę. Niemiecki dziennikarz, Paul Badde, również miał takie pragnienie, ale chciał czegoś więcej, chciał faktów i – znalazł je. Zobaczył Oblicze Pana. O swoich poszukiwaniach, o pracach badawczych wielu innych ludzi napisał niezwykłą książkę: „Boskie Oblicze. Całun z Manoppello”, a dzięki niej i my poznajemy dzieje najświętszej relikwii chrześcijaństwa, poznajemy Oblicze Boga. Po raz pierwszy dzieło to opublikowane zostało po niemiecku w 2005 r. w Berlinie, wydanie polskie ukazało się w rok później. We wstępie do polskiego wydania bp Zygmunt Zimowski napisał: „Zobaczyć Boga, doświadczyć Jego obecności, spotkać Go – to odwieczne pragnienia i tęsknoty ludzi. [...] To poszukiwanie jest postawą, która angażuje całego człowieka”. I, rzeczywiście, Paul Badde „zaangażował się cały”. I dlatego pewnego dnia przybył do klasztoru kapucynów położonego nieopodal Manoppello, niewielkiego miasteczka ukrytego gdzieś w Apeninach. I tu poczuł, że stanął przed Świętym Obliczem. I tu zrozumiał, że musi o tym opowiedzieć światu.
„Idąc środkiem głównej nawy (pisze P. Badde), wpatruję się z uwagą w prostokątną monstrancję, umieszczoną za pancerną szybą nad głównym ołtarzem. Poranne światło sprawia, że rozpięty w ramach przezroczyst Welon, ma łagodną, mlecznożółtą barwę.
Od samego początku, od chwili, gdy znalazł się w miasteczku, obraz nazwano Il Volto Santo – „Świętym Obliczem”. Obchodzę ołtarz z lewej strony, wchodzę po znajdujących się za nim schodach i opieram głowę o szybę, jak to miałem w zwyczaju, jeżdżąc pociągami i jak to czynię dziś przy starcie i lądowaniu samolotu; uwielbiam to uczucie, gdy świat za szybą pędzi do tyłu.Teraz wpatruję się w małe okienko monstrancji, z którego spogląda na mnie żywe Oblicze, wyglądem i spokojem przypominające stare ikony Maryi. Widzę twarz brodatego mężczyzny z lokami na skroniach i złamanym, wąskim nosem. Prawy policzek jest spuchnięty, broda częściowo wyrwana.
Mężczyzna ma rzadką, młodzieńczą brodę, tak że widać niemal każdy włos, i delikatne, prawie kobiece brwi. Na środek wysokiego czoła opada mały kosmyk.Kiedy się dokładnie przyjrzeć, widać, że skóra wokół ust, na policzkach i na czole ma intensywnie różowy odcień świeżo zadanych ran; można jednak odnieść wrażenie, że odcień ten kryje się gdzieś „we wnętrzu włókien, jak na hologramie. Podobne plamy znajdują się pod oczami i na opuchliźnie prawego policzka. Na obrazie nie widać szyi ani uszu, które znikają pod włosami. Z szeroko otwartych oczu emanuje niewytłumaczalny spokój. Zaskoczenie, zdziwienie, zdumienie. Łagodne miłosierdzie. Żadnego bólu, gniewu, przekleństwa na ustach. Twarz na obrazie przypomina oblicze człowieka, który właśnie zbudził się ze snu. Cienie pod oczami i na powiekach są tak delikatne, że sam Leonardo da Vinci nie byłby w stanie wznieść się na wyższy poziom malarskiego kunsztu. Kolor włosów i skóry oscyluje między brązem, miedzią i kasztanem. Usta są na wpół otwarte. Dolna linia górnej wargi jest wyraźnie zarysowana, jakby ołówkiem. Wyraźnie widać końcówki przednich zębów; dolne są jak maleńkie perełki światła. Można nawet określić dźwięk, który wydobywa się z tak uformowanych ust – to ciche ‘a’. W prawym dolnym rogu przykleił się do obrazu mały kawałek stłuczonego kryształu. Twarz z obrazu spogląda na mnie jak żywa. Oczy mężczyzny patrzą na mnie, jakbym był starym znajomym.
Kiedy jednak ojciec gwardian otwiera główne drzwi, by przewietrzyć świątynię, Oblicze kieruje swe spojrzenie na plac przed kościołem i dalej – ku pobliskim domom i całej równinie Pescary. Obraz znika w świetle poranka. Ulatnia się jak sen; Welon staje się przeroczysty jak szyba”. [...] Od blisko czterystu lat przechowywany jest w tym małym kościółku (rozbudowany w 1960 roku, jest dziś dwukrotnie większy niż kiedyś). Relikwię umieszczono nad ołtarzem dopiero w 1923 roku. Wcześniej Welon przez stulecia przechowywano w półmroku jednej z bocznych kaplic, gdzie oczy pielgrzyma mogły dostrzec jedynie grafitowoszare płótno relikwii. Obraz zdaje się oddychać. Lampy halogenowe wyraźnie oświetlają niemal niematerialne, delikatne jak tchnienie płótno. Ogromna rama ze srebra kryje w swym wnętrzu naruszone przez czas drewniane ramy, na których rozpięto niezwykły wizerunek. Dwie szklane płyty zabezpieczają obraz od przodu i od tyłu. Welon, który w tym świetle przypomina kliszę fotograficzną w kolorze brązu i sepii, ma 17 centymetrów szerokości i 24 wysokości. Złote i srebrne ramy zdobią kości do gry, bicz, gwoździe, drabina, młotek, cęgi – symbole różnych etapów męki Chrystusa – oraz kamienie: cztery szmaragdy oraz trzy wielkie i sześć mniejszych jasnozielonych ametystów.
Na opuszczonych drzwiczkach relikwiarza umieszczono tablicę z ‘Krótką historią Świętego Oblicza’. ‘Tradycja głosi – napisano w niej – że któregoś niedzielnego popołudnia, latem 1506 roku, przybył do Manoppello tajemniczy pielgrzym’. Przed kościołem świętego Mikołaja przybysz poprosił dottore Giacomantonia Leonellego, by wszedł z nim do środka. Tam wręczył mu zawiniątko, mówiąc z powagą: ‘Szanuj i czcij ten dar. Bóg odwdzięczy ci się wielkimi łaskami i ogromnym bogactwem, tak doczesnym, jak wiecznym’. Rozwinąwszy paczuszkę, dottore Leonelli ujrzał Oblicze Pana na cienkim jak pajęczyna welonie. Kiedy odwrócił się, aby podziękować darczyńcy, okazało się, że ten zniknął. Nikt w wiosce nie znał przybysza, nikt też nigdy więcej go nie widział. [...] Tekst na tablicy jest streszczeniem obszernej [...] ‘Prawdziwej i krótkiej historii cudownego obrau prawdziwego Oblicza Chrystusa, naszego umęczonego i udręczonego Pana, który znajduje się obecnie w konwencie kapucynów w Manoppello’. [...] Welon znalazł się w Manoppello”. Dziś przyjeżdżają tu liczne pielgrzymki, trwają badania, kręcone są filmy polecane zwłaszcza tym, którzy w Manoppello nie byli.

Źródło: Paul Badde, Boskie Oblicze. Całun z Manoppello, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2006.

W bibliotece parafialnej o Całunie z Manoppello będziemy rozmawiać we wtorek, 5 listopada 2019 r. o godz. 8.45.

Projekcja filmu „Święte Oblicze z Manoppello” we wtorek, 5 listopada 2019 r. o godz. 19.00 w sali audiowizualnej.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

32 badeni

Kończy się październik, przed nami dwa ważne listopadowe dni skłaniające do zadumy nad przemijaniem, dwa święta, które bardzo się różnią. Wszystkich Świętych – w tym dniu z ufnością odwołujemy się do naszych patronów i w modlitwach prosimy ich o wstawiennictwo za nami u Boga. Dzień Zaduszny – dzień refleksji eschatologicznej, kiedy myślimy, że „zmienia się wszystko, ale się nie kończy”, kiedy myślimy o śmierci, sądzie, piekle, czyśćcu i raju. A jednak czasem odnoszę wrażenie, że my, przywiązani do bytowania ziemskiego, nie chcemy rozważać o rzeczywistości, którą każdy rozpocznie, kiedy nastąpi chwila śmierci. W tych dniach jesteśmy częściej na cmentarzach, porządkujemy groby przodków, wspominamy, modlimy się. Czy jednak, pochylając się nad mogiłami, zapalając znicze, czujemy, że z naszymi bliskimi rozstaliśmy się na chwilę, że „zobaczymy się w wieczności”? Czy z głębokim przekonaniem powtórzymy za Hibem (chociaż to bohater ze Starego Testamentu) jego refleksję o zmartwychwstaniu: „Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje i jako ostatni stanie na ziemi. Potem me szczątki skórą przyodzieje, i ciałem swym Boga zobaczę” (Hi 19, 25-26). Współczesny świat chyba jednak na margines ludzkiej egzystencji spycha rozważania eschatologiczne, to temat dzisiaj niepopularny. A ja postanowiłam go podjąć, stąd wybór polecanej dziś książki:
„Śmierć? Każdemu polecam!” o. Joachima Badeniego OP (1912 – 2010). Ten tytuł to celowa prowokacja. Rozmówczynią sędziwego już dominikanina (miał 95 lat, gdy książka ukazała się w druku) jest dziennikarka Alina Petrowa-Wasilewicz.
Oboje rozmówcy „polecają każdemu refleksję nad śmiercią w czasach, gdy z jednej strony stała się ona tematem tabu i można przeżyć życie bez głębszych przemyśleń nad nią, a z drugiej kwitnie cywilizacja śmierci wymierzona w bezbronnych, słabych, chorych, starych, słowem tych, którzy swoim istnieniem zakłócają błogie niemyślenie o śmierci. Rozsądny człowiek nie powinien uciekać od przemyślenia śmierci. Śmierć własna to nie teoria, to wydarzenie, które nastąpi!”
Dziennikarka zadaje pytanie: „Co robić, żeby myśleć o śmierci tyle, ile trzeba?” O. Joachim odpowiada: Pamiętać, że kult śmierci, to jest kult diabła. Ojcem śmierci jest szatan – kto się zajmuje za dużo śmiercią, idzie po jego linii. Ten zaś, kto mówi o życiu przyszłym, idzie po linii Chrystusa. O ile kiedyś kaznodzieje przesadzali z ciągłym straszeniem śmiercią, dziś popada się w drugą skrajność – w ogóle się o niej nie wspomina. Ukrywa się istnienie szatana i piekła. Odsuwa się wizję śmierci, fakt śmiertelności. Jeśli już, to śmierć przedstawiana jest jako jedyna rzeczywistość, kres. Małym dzieciom nie mówi się o śmierci, nie zabiera się ich na pogrzeby. [...] Śmierć jest dziś ukrywana. Ludzie nie umierają w domu, wśród bliskich, a samotnie, za parawanem, w szpitalach”. Unikamy takich zdarzeń, nie wszyscy potrafimy towarzyszyć tym, którzy odchodzą do wieczności, tłumaczymy się, że nie chcemy zakłócać tego momentu. A prawda o nas jest chyba taka, że myślenie o sprawach ostatecznych burzy nasz ziemski tryb życia, z którego wypieramy sprawy ważne. „Śmierć jest także banalizowana. Słyszałem – kontynuuje o. Joachim – o grach komputerowych, w których bohater ma kilka żyć. Ginie raz, drugi, trzeci. To bardzo groźne. Dziecko uczy się, że zabicie kogoś nic nie znaczy, bo bohater gry zaraz wstanie i będzie dalej żył. Trzeba z tym bardzo kategorycznie walczyć”.
O. Joachim i dziennikarka zauważają, że mentalność współczesnego człowieka z niepokojącą łatwością dopuszcza możliwość eutanazji. Dlaczego tak się dzieje? „Gdyż niewiara jest coraz bardziej powszechna, a do tego dochodzi konsumpcjonizm. Zwolennicy eutanazji nie mówią o tym otwarcie, a powołują się na wolną wolę chorego czy starego człowieka. [...] Przy czym propagatorzy takiego uśmiercania powołują się na jakość życia. [...] Jej zwolennicy chcą dać ziemię ludziom silnym i zdrowym”. Zgoda na eutanazję to przejaw ludzkiej słabości i braku wiary. „A jeśli wiara jest słaba lub nie ma jej w ogóle, to trudno się dziwić, mimo że działa się przeciwko najgłębszemu instynktowi, jaki tkwi w człowieku – życia. Ale człowiek ma wolną wolę i może ten instynkt w sobie zabić”.
Dziś już rzadko widzi się ludzi w czerni, żałoba trwa krótko, przy umierających często nie ma nikogo z rodziny, bo to widok przykry. A jednak – przekonuje o. Joachim – „Myślenie o śmierci dowartościowuje życie, świadomość kruchości wzmacnia jego barwę i smak, nasyca sensem”. Człowiek, który nie unika refleksji eschatologicznych, chyba bardziej docenia wartość tych danych mu chwil tu, na ziemi. „Człowiek wierzący wie, że śmierć jest początkiem prawdziwego życia”.
My, żyjący, możemy pomóc cierpiącym w czyśćcu zmarłym – modlić się w ich intencji. Pomagamy też wtedy sobie. „My możemy jeszcze działać, a oni są już w stanie bierności. To taka solidarność tego świata z tamtym. [...] Im więcej ludzi modli się za zmarłego, tym lepiej. Warto się o to postarać, żeby ktoś modlił się za nas po śmierci. Jakaś forma łączności z duszami czyśćcowymi jest możliwa” – dodaje o. Joachim.

Źródło: „Śmierć? Każdemu polecam! O. Joachim Badeni w rozmowie z Aliną Petrową-Wasilewicz,
Dom wydawniczy RAFAEL, Kraków 2007.

Zapraszam do biblioteki na poranek we wtorek, 29 października 2019 r. o godz. 8.45, Maria Studencka

 

 

 

31 JPII

„Gesty Jana Pawła II” autorstwa Janusza Poniewierskiego to książka, na którą składają się wspomnienia publikowane w „Tygodniku Powszechnym” po śmierci Papieża, to książka o teologii przekazu niewerbalnego Jana Pawła II. „Jego imię nawiązywało do bezpośrednich poprzedników [...]. Stanowiło zapowiedź kontynuacji ich programu i stylu. Ale przecież Jan Paweł II sięgnął jeszcze dalej i głębiej: nawiązał do czasów apostolskich. Do świadków Jezusa – do Jana Chrzciciela, który mówił swoim: Nawróćcie się! (...) Przygotujcie drogę Panu, i do umiłowanego ucznia, który powiedział światu, że Bóg jest miłością. Oraz do Pawła: Żyda, który stał się apostołem narodów”.

Ten pontyfikat – napisał André Frossard cytowany w prezentowanej książce – rozpoczął się tak: „Ściśnięty obręczą placu Świętego Piotra tłum (...) czekał na Papieża – i wtem ujrzał wyłaniającego się rybaka ludzi, w każdym calu podobnego do tych, których Chrystus wezwał do siebie na brzegach Morza Tyberiadzkiego. Rzekłbyś, że nowo przybyły przyszedł nie z Polski, ale z Galilei – z siecią na ramieniu i Ewangelią pod pachą...”. „Papież szedł przez plac krokiem pewnym i sprężystym. Trzymał w ręku pastorał zwieńczony krzyżem – i podpierał się nim jak laską. Przypominał pasterza prowadzącego stado”.

Papież wiedział dobrze, że słowo można wzmocnić gestem, ruchem rąk, pochyleniem ciała, mimiką, spojrzeniem (te gesty służyły temu, aby skupić uwagę wiernych na głoszonym Słowie Bożym), i świadomie wprowadzał ten przekaz niewerbalny, wygłaszając oficjalne orędzia, homilie, kazania. A zupełnie niezwykłe stawały się te znaki w kontaktach nieoficjalnych, w zwyczajnych rozmowach z pielgrzymami, w dialogach z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi, kiedy np. ku utrapieniu służb porządkowych i ochraniarzy wchodził w tłum wiernych i pozwalał się dotykać, a sam przytulał dzieci, brał je w ramiona, kładł ręce na głowach pątników, błogosławił, uśmiechał się, rozmawiał. Gesty Jana Pawła II mają swoje miejsce w historii Kościoła, w duchowości, teologii tak samo ważne jak teksty jego autorstawa (nazywany jest zresztą „Papieżem gestów”), a prezentowana książka jest opowieścią o świętości. „Mowa jego ciała była znakiem Bożej obecności w świętym, który żył pośród nas”. Niejeden z tych gestów był przez Papieża wielokrotnie powtarzany, a jednak zawsze niósł silny ładunek autentyzmu i szczerości wyrażanych w ten sposób słów i uczuć.

J. Poniewierski w prezentowanej książce tak zatytułował wybrane gesty: Trwanie przed Bogiem, Spojrzenie, Pod krzyżem, Tata, Święty gniew, Przypowieść o miłosiernym ojcu, Uścisk dłoni, Szeroko otwarte ramiona, Nosić cudze brzemiona, Radość życia, Pocałunek, Pośpiech.
Kiedy Jan Paweł II po raz pierwszy przybył do Polski jako Papież pozostający przecież „synem tej Ziemi”, na powitanie z Ojczyzną uklęknął i ucałował ziemię. Ten znak ma długi rodowód w dziejach Kościoła i w kapłaństwie „Naszego Papieża”. W taki sposób witał się z każdą kolejną parafią patron kapłanów, św. Jan Maria Vianney (Proboszcz z Ars). To gest pokory, miłości i posługi. Właśnie tak rozumiał realizację kapłańskiego powołania Jan Paweł II, jako posługę. Warto także pamiętać, że przed laty młody wikary, ks. Karol Wojtyła, uklęknął i ucałował ziemię, kiedy wszedł w granice parafii w Niegowici koło Bochni – tu rozpoczął duszpasterską posługę (więcej o tym w książce „Jan Paweł II. Rodowód” Józefa Szczypki). Całowaniem ziemi rozpoczynały się także pielgrzymki w innych państwach.
Przez chwilę warto się skupić na zdjęciach ukazujących tylko ręce: ręce Papieża i ręce pielgrzymów. Papież błogosławił: prawą ręką czynił znak krzyża, lewą kładł na gówkach dzieci, ramionach dorosłych. Każdy, kto znalazł się dość blisko, chciał dotknąć chociaż rękawa sutanny. Co nam to przypomina? Tłum ludzi wokół Jezusa i kobietę chorą na krwotok, kobietę, która uwierzyła. I to właśnie do niej Jezus powiedział: „Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź wolna od swojej dolegliwości” (por. Mk 5, 25-34). Z takiego spotkania z Papieżem niejeden wracał ze zdrową już duszą, nawrócony.
I jeszcze o rękach Papieża – modlił się z ramionami wysoko wzniesionymi ku niebu (jak Mojżesz), albo rozkładał je tak szeroko, iż każdy miał wrażenie, że także w tych ramionach się mieści. Dorośli podnosili swoje dzieci, albo trzymali je na ramionach, a Papież gestem dawał znać, że widzi tych wszystkich podnoszonych czy wspinających się wyżej lub ukrywających się gdzieś za czyimiś plecami, siedzących nawet na gałęziach drzew. I tu znowu nasuwa się skojarzenie ze sceną ewangeliczną: Jezus wszedł do Jerycha, niskiego wzrostu celnik Zacheusz bardzo chciał zobaczyć Jezusa, więc się wdrapał na sykomorę i stamtąd przyglądał się niezwykłemu Nauczycielowi i słuchał Go, a potem gościł Go u siebie i „zbawienie stało się udziałem” jego domu (por. Łk 19, 1-10).
Gesty Jana Pawła II utrwalone na zdjęciach i taśmach filmowych możemy wielokrotnie oglądać i dzięki temu powracać do czasów, kiedy tak odczuwalnie wzrastaliśmy w wierze. A co w nas pozostało z tamtych czasów?

Źródło: Janusz Poniewierski, Gesty Jana Pawła II, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.
Poranek poświęcony św. Janowi Pawłowi II odbędzie się w bibliotece parafialnej
we wtorek, 22 października 2019 r., o godz. 8.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

 29 anioly  

Modlitwa do Anioła Stróża

Aniele Boży, Stróżu mój,
któremu powierzył mnie Bóg
w swej ojcowskiej dobroci,
oświecaj mnie dzisiaj, broń,
prowadź i kieruj mną. Amen.

 

Na kartach Biblii, w ST i NT, anioły wielokroć są przedstawiane i aż dziw bierze, że tak rzadko o nich mówimy i tak niewiele o nich wiemy. Dlaczego tak się dzieje? Nieuważnie czytamy Pismo Święte? Nie przywiązujemy większego znaczenia do tych wysłanników Boga? Otóż, aniołowie przybywają zwykle niepostrzeżenie do swoich podopiecznych, są dyskretni, cisi, niezauważalni. Niejeden z bohaterów biblijnych nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie spotkał się z przedstawicielem Boga. A anioły przynosiły dobre wieści, Boże błogosławieństwo – np. bezdzietni Abraham i Sara od trzech przybyłych ludzi dowiedzieli się, iż za rok będą szczęśliwymi rodzicami (por. Rdz 18, 14). Anioły interweniowały, gdy ludziom groziło jakieś niebezpieczeństwo – tak było z rodziną Lota (por. Rdz 19, 12-15). W Nowym Testamencie także są. To właśnie wysłany przez Boga anioł Gabriel przyszedł do młodziutkiej Maryi i powiedział Jej, że pocznie i porodzi Syna, i uspokajał ją: Nie bój się, Maryjo! (por. Łk 1, 26-30). Wysłannicy Boga towarzyszą także nam, współcześnie żyjącym ludziom. Każdy z nas ma swojego Anioła Stróża, dobrze by było chociaż czasem podziękować Mu za rady i opiekę.
„Kiedy Anioł Stróż zaczyna się nami opiekować? Św. Tomasz utrzymuje, że w chwili, gdy przychodzi na świat dziecko, Bóg przywołuje jednego ze Swych cudownych aniołów i oddaje noworodka jego specjalnej opiece. Nie dzieje się to w chwili powstania duszy i zjednoczenia z ciałem – co ma miejsce przed narodzinami, gdy dziecko tworzy jedność wraz z matką i jest chronione przez jej Anioła Stróża – lecz dopiero, gdy przychodzi ono na świat. Anioł rozpoczyna swą służbę jeszcze przed chrztem. [...] Często słyszymy deklaracje typu: Udało mi się cudem uciec, O mały włos nie udałoby mi się. A jak wygląda prawda? Najprawdopodobniej nasz anioł wyrwał nas z zagrażającego nam niebezpieczeństwa”.
Trzy anioły, które w sposób szczególny wymieniane są w Piśmie Świętym, to św. Michał z jego okrzykiem wojennym „Któż jak Bóg” (nomen omen), gdy rozpętała się bitwa ze zbuntowanymi aniołami, następnie św. Gabriel noszący zaszczytny tytuł „Anioła Wcielenia Syna Bożego” oraz św. Rafał, którego imię znaczy „lekarstwo Boga”.
Św. Jan Bosko, patron naszej parafii, oczywiście także miał swojego Anioła Stróża. Ojciec O’Sulivan tak to ujął: „Heretyków doprowadzało do szału dobro czynione przez Dona Bosco i na drodze przemocy usiłowali uwolnić się od jego wpływu. [...] Pewnego razu, wracając nocą do domu, Bosco przechodził przez nieciekawą dzielnicę miasta. Nagle zobaczył podążającego za nim psa. Z początku przestraszył się, lecz już po chwili zorientował się, że pies jest nastawiony do niego bardzo przyjaźnie. Zwierzę odprowadziło go do drzwi domu i odeszło. [...] Bosco nazwał psa Grigio”. Grigio wiele razy ratował Jana Bosco z opresji.
A jeśli Czytelnik chciałby wiedzieć więcej o trzech Książętach Nieba (MICHAŁ, GABRIEL i RAFAŁ), o CHERUBINACH, SERAFINACH i TRONACH, o ANIOŁACH STRÓŻACH i innych, oraz o modlitwie do

Nich, to zapraszam do biblioteki parafialnej po książkę:
„Wszystko o aniołach” Paula O’Sulivana, OP.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

 

30 moc milczenia

Kardynał Robert Sarah, Nicolas Diat:
„Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu”

 

Wybieraj takie lektury, które raczej pobudzają myśl, niż zaspokajają ciekawość.
Tomasz à Kempis

 

Do biblioteki parafialnej zaglądają czytelnicy zainteresowani tradycyjnie publikowanymi książkami. Wiem, w czasach Internetu to nie jest konkurencja, ale miłośnikom książek nadal sprawia przyjemność wertowanie kartek. Są tu książki napisane dawno i wielokrotnie wznawiane (np. „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza
à Kempis), jest także sporo nowości, np. „Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu” kardynała Roberta Saraha oraz pisarza Nicolasa Diata.
Opublikowaną w 2016 r. „pobudzającą myśl” księgą o duchowości jest „Moc milczenia. Przeciw dyktaturze hałasu” kardynała Roberta Saraha i pisarza Nicolasa Diata. W czterech rozdziałach zawartych jest 365 ponumerowanych myśli, możemy je przyjąć jako propozycję rozważań na kolejne dni roku; możemy je potraktować jako ćwiczenie własnej duchowości. W dodatku autorom udało się zaprosić do współpracy, tzn. do mówienia o ciszy, dom Dysmasa de Lassusa – przeora klasztoru Wielka Kartuzja i generała Zakonu Kartuzów, a rozmowy odbyły się na terenie klasztoru, bo jest taka tradycja, że przeor nigdy nie opuszcza pustyni kartuzji. A my, dzięki temu, czytając książkę, możemy się przyjrzeć wnętrzom klasztoru, poobserwować zakonników. Rozmowa z przeorem Wielkiej Kartuzji jest w rozdziale piątym. O tę rozmowę kard. R. Sarah zabiegał prawie pięć lat.
Mówić o ciszy, o milczeniu – to jakiś paradoks. „Czy brak słowa, hałasu, dźwięku zawsze jest ciszą?” – Takie pytania zadaje pisarz, Nicolas Diat, a kard. Robert Sarah odpowiada: „Milczenie nie jest nieobecnością. Przeciwnie, jest przejawianiem się pewnej obecności, najbardziej intensywnej ze wszystkich. Dyskredytowanie ciszy przez współczesne społeczeństwo jest symptomem ciężkiej i niepokojącej choroby. Prawdziwe pytania życiowe nasuwają się w ciszy”.
Na kartach tego dzieła jest wiele perykop biblijnych, zwłaszcza tych o ciszy, słuchaniu, modlitwie, kontemplacji, np. o Marii i Marcie, które odwiedził Jezus – pierwsza z sióstr natychmiast przerwała domowe zajęcia, by słuchać Nauczyciela, natomiast Marta nadal trwała w jakimś wewnętrznym rozproszeniu i „niepokoiła się o wiele”, zapominając o najważniejszym (Łk 10, 41). A to właśnie w takich chwilach wewnętrznego skupienia dzieją się w życiu zwyczajnych ludzi (za takich się mieli) rzeczy niezwykłe, w takiej mistycznej ciszy ludzie doświadczają Boskiego działania. Myślę tu o milczącym cieśli z Nazaretu, a przede wszystkim o Najświętszej Maryi Pannie. W dialogu autorów pada również pytanie: „Dlaczego Maryja tak bardzo milczy w Ewangeliach?” Maryja milczy, bo „tylko milczenie odsłania otchłanie życia. Wielkie dzieła Boga są owocem milczenia. [...] Maryja jest w rzeczywistości tak milcząca, że Ewangeliści mało mówią o Matce Boga. Jest całkowicie pochłonięta kontemplacją, adoracją i modlitwą. Skrywa się w swoim Synu, istnieje tylko dla swojego Syna. Znika w swoim Synu”.
Redagując poszczególne myśli, kard. R. Sarah odwołuje się często do autorytetów, są wśród nich min. Blaise Pascal, Jan Paweł II, Matka Teresa z Kalkuty. A za Benedyktem XVI powtarza: „ Nie bójmy się ciszy wokół nas i w nas samych, jeśli chcemy, żeby nam się udało usłyszeć nie tylko głos Boga, ale i głos tych, którzy żyją obok nas, głos innych ludzi”.
Dlaczego boimy się ciszy? Dlaczego w ciągu dnia tak trudno wyłączyć choć na chwilę radio, telewizor, telefon? Dlaczego idziemy raczej tam, gdzie jest hałas? Cisza nas niepokoi. Może boimy się usłyszeć głos własnego sumienia, jakieś niepokojące pytania o naszą postawę, o sens własnego życia. Może boimy się pytań trudnych, może nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Może odpowiedzieć nie chcemy? Spróbujmy, czytając poszczególne myśli, zagłębić się w ciszę tak, abyśmy usłyszeli i zrozumieli przyczynę własnego wewnętrznego niepokoju. „Niepokój – zauważa dom Dysmas – nie wynika z ciszy samej w sobie, lecz z tego, co ona objawia. Rekolektant przyjeżdża do kartuzji, żeby spotkać Boga, i na początku spotyka kogoś, kogo nie spodziewał się spotkać: samego siebie. Zaskoczenie nie jest szczególnie miłe”.
„Najtrudniejsza jest jednak cisza wewnętrzna. W celi, na modlitwie, mogą się rozpętać wielkie hałasy duszy. Gry umysłowe, myśli i emocje radośnie odrywają nas od modlitwy. Hałas dosłownie nas rozbija i rozdziela. [...] Milczenie warg wymaga pewnej woli; wewnętrzna wrażliwość, w ciszy, na to, co w nas mieszka, wymaga długotrwałej pracy, prawdziwego oswajania”. (s. 294-295) Hałas nas niszczy, osłabia naszą wrażliwość, rani naszą duchowość. Człowiek, jeśli tylko chce, doskonali się przez całe życie. I z duchowością ciszy też tak jest. Więc, jeśli weźmiemy do ręki książkę o ciszy – to czytajmy ją w ciszy.

ródło: Kardynał Robert Sarah, Nicolas Diat, Moc milczenia.Przeciw dyktaturze hałasu, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2017.

Polecam, Maria Studencka

 

 

 

28 7km

Tym razem polecam Czytelnikom niemal klasycznie skomponowaną powieść, tzn. jest tu fabuła utrzymana w konwencji realistycznej, wszystko, co się dzieje, spełnia warunki prawdopodobieństwa, czas i miejsca akcji osadzone są w świecie naprawdę istniejącym.
Miejsce centralne osi czasu i zdarzeń usytuowane jest na drodze do Emaus 7 km od Jerozolimy. Tak, czytelnik od razu kojarzy to miejsce z ewangelicznym przekazem. Pamiętamy dobrze, że dwaj uczniowie przygnębieni śmiercią Jezusa i tajemniczym zniknięciem Jego ciała z grobu nie rozpoznali Go (już Zmartwychwstałego) w spotkanym podróżnym (por. Łk 24, 13-27).

Narratorem powieści jest główny bohater utworu – dr Aleksander Forte. Dzięki tej pierwszoosobowej narracji poznajemy subiektywne odczucia bohatera, jego tok rozumowania, wąpliwości. Doktor Aleksander Forte do niedawna był człowiekiem świetnie zorganizowanym, uważał, że wszystko ma pod kontrolą, że żadna niespodzianka w jego życiu nie ma prawa się zdarzyć. Był cenionym specjalistą od reklamy: znane firmy, sławni ludzie biznesu i politycy chętnie go zatrudniali. Aleksander wszystko zawsze dokładnie planował, obmyślał każdy detal opracowywanej reklamy, wolał nie zawierzać niczego szczęśliwemu zbiegowi okoliczności czy przypadkowi, był rzetelnym fachowcem. Aleksander uważał, że jest człowiekiem z zasadami. Został wychowany tak, że każdą rozpoczętą sprawę doprowadzał do końca. I za to również był ceniony. Jednym słowem, Aleksander to człowiek młody, wykształcony, zdolny, ambitny, dobrze zarabiający i zdrowy. Osiągnął pewien etap stabilizacji życiowej, ma rodzinę: żonę i córeczkę. A jednak pewnego dnia wszystko w jego życiu się zmieniło, runęło: żona zażądała rozwodu, zabrała córeczkę, on podupadł na zdrowiu, stracił pracę, nie miał nowych kontraktów, zaczęło mu brakować pieniędzy. W dodatku w życiu Aleksandra zaczęły się dziać dziwne rzeczy, sytuacje, których w żaden sposób nie był w stanie zracjonalizować. Przypisywał je zmęczeniu, psychicznemu rozbiciu, emocjonalnym niepokojom, utracie zdrowia. Zauważył też, że ludzie dosłownie odsuwają się od niego, odczuwają w jego obecności jakiś dziwny niepokój. Niektórzy uważali, że jest ciężko chory i że jego dni są policzone. Po rozwodzie jego życie straciło sens. Za ostatnie pieniądze kupił książkę, a potem zauważył, że przyniósł do domu zupełnie inne dzieło. Uważał, że to zwykły przypadek, taka pomyłka. Ale dzięki tej pomyłce pojechał do Ziemi Świętej, i... nadal uważał, że to przypadek.

Pewnego dnia Aleksander – życiowy bankrut, do niedawna znany specjalista od reklamy, świetnie znający techniki funkcji impresywnej tekstu, świadom tego, że reklama bazuje na manipulacji językowej – uległ złudzeniu, że sam padł ofiarą jakiejś manipulacji, że ktoś go „wkręca”, ciągle jeszcze próbował zawęzić rzeczywistość do świata poznawalnego empirycznie. Kiedy jednak dotknął dna, raz i drugi wyszedł cało i bez szwanku z sytuacji mrożącej krew w żyłach, pomyślał, że te zdarzenia są częścią jakiegoś planu, którego nawet najbystrzejszy człowiek rozumem nie ogarnie. I wtedy zdecydował: „Opowiem tę historię, choć mam pewne opory. Jest ona absolutnie prawdziwa, ale nie mam pewności, czy ludzie mi uwierzą. Ja sam nie dałbym chyba wiary komuś, kto by mi ją opowiedział. I chwilami z trudem udaje mi się przekonać nawet siebie, że to się wydarzyło. [...] A więc tego roku, między wiosną i końcem lata, zdarzyło się coś szczególnego, co skłoniło mnie do wędrowania, w samym środku sierpnia, drogą prowadzącą z Jerozolimy do Emaus. Tak, Jerozolima i Emaus. Ziemia Święta. Droga ma dwanaście kilometrów długości i biegnie przez pustynię. [...] Wędrować pieszo tą trasą – to jedna z zaskakujących decyzji, jakie podjąłem kilka miesięcy temu. Byłem wtedy zmęczony, zrozpaczony, rozdrażniony, zrezygnowany. Ale teraz wiem, że to wszystko było częścią jakiegoś planu, że miało swój cel. [...] Mój wzrok zatrzymał się na ładnej, zadbanej łączce po lewej stronie drogi – to nieoczekiwana w tym miejscu plama zieleni. Rozejrzałem się jeszcze dokoła i dostrzegłem, również po lewej stronie, piechura idącego za mną w odległości jakichś stu metrów. Pomyślałem ‘Jeszcze jeden szleniec’. I szedłem dalej. [...] Ale kto to mógł być? Turysta, pielgrzym? W swoim dziwnym ubraniu wyglądał na jakiegoś duchownego, może zakonnika”.

Obaj wędrowcy usiedli na jakichś przydrożnych kamieniach, zaczęli rozmawiać. Nieznajomy przedstawił się: Jestem Jezus. To pytanie, kim jest około 35-letni mężczyzna spotkany na drodze do Emaus, wielokrotnie się powtarza w toku narracji, bo Aleksander nie dowierza ani pątnikowi, ani sobie. Zresztą, wszystko, co się ostatnio działo w jego życiu, było zaskakujące, jakieś niedorzeczne, wymykało się spod kontroli rozumu: no bo np. skąd dopiero co poznany człowiek znał nie tylko tożsamość Aleksandra, ale wiedział także o jego chorej wątrobie i – zdaje się – uleczył ją? A jednak Aleksander wiele razy wraca na tę drogę (pieszo lub samochodem), zawsze mając nadzieję, że znowu spotka tam dziwnego turystę, że raz jeszcze zada Mu pytanie: Kim jesteś?, że raz jeszcze usłyszy jakąś zdumiewającą interpretację zaistniałych zdarzeń epizodycznych. A tych sporo jest wplecionych do głównego wątku. Losy bohaterów epizodycznych splatają się z losami Aleksandra, bo są to jego znajomi, czasem pracodawcy. Sam Aleksander przekonuje się, że nieraz błędnie ocenił człowieka lub sytuację, że nieraz – on, spec od reklamy, znawca języka – został wyprowadzony w pole przez nieuczciwego gracza. Z drugiej strony – kilka razy uszedł z życiem z tak trudnej sytuacji, iż sam pomyślał o jakiejś Boskiej interwencji. Sądził także, że jego sytuacja rodzinna jest tak beznadziejna, iż tu już nic zrobić nie można, a jednak odzyskał żonę i córkę. Więc jak? Będziemy (jak do niedawna Aleksander) nadal utwierdzać się w przekonaniu, że „wszystko mamy pod kontrolą”, czy może będziemy powoli wraz z odrodzonym Aleksandrem wzrastać w wierze, „wychodzić na drogę do Emaus”, by spotkać i rozpoznać Jezusa? Tę powieść na pewno warto przeczytać, warto przemyśleć, warto o niej porozmawiać.

 

Źródło: Pino Farinotti, 7 km od Jerozolimy, Wydawnictwo Jedność, Kielce 2015.
Prezentowanej książce w bibliotece parafialnej poświęcimy wtorkowy poranek,
15 października 2019 r., godz. 8.45.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

26 MonikaAugustyn

Matka i syn:
św. Monika i św. Augustyn


Wspominając w Kościele dzień po dniu dwoje świętych z jednej rodziny, św. Monikę (27 sierpnia) i jej syna, św. Augustyna (28 sierpnia), zastanawiamy się nad ich drogą do świętości. I przenosimy się w przestrzeń i czasy odległe – do Tagasty w Afryce pierwszych wieków chrześcijaństwa.
Hagiografowie opowiadają, że Monika (332 – 387) – dziś czczona jako święta wdowa i patronka matek – nie miała łatwego życia. Była młodą wierzącą panną, kiedy wydano ją za mąż za poganina, człowieka gwałtownego, wybuchowego. Monika była wobec męża łagodna i cierpliwa. Jej pobożność i wytrwałość pięknie zaowocowały: mąż się nawrócił. Umarł w rok po przyjęciu chrztu. Po śmierci męża wdowa miała jeszcze jedno zmartwienie: jej ukochany syn Augustyn (354 – 430) prowadził nieodpowiedni tryb życia. I znowu modlitwa kochającej matki spowodowła przemianę syna. Augustyn wyjechał z Tagasty, udał się do Mediolanu, Monika podążyła za nim. W Mediolanie biskupem był wtedy św. Ambroży. Pod wpływem jego nauki dopełniło się dzieło nawrócenia Augustyna. Matka doczekała się przyjęcia chrztu przez dorosłego już syna. A my dzięki tej opowiastce hagiograficznej przekonujemy się o potędze modlitwy. Fragmenty jednej z nich, autorstwa św. Ambrożego, cytuję niżej.
Biskup Mediolanu, św. Ambroży: Aeterne rerum Conditor


Wieczysty rzeczy Stworzycielu,
Ty, który dniem i nocą rządzisz,
Ty, co odmieniasz pory czasu,
Aby nam ulżyć w trudach życia!

Już pieje dnia radosny zwiastun,
Który w głębokiej nocy czuwa.
Światło wśród mroku dla wędrowców,
Światło dzielące noc od nocy.

Wołaniem kura przebudzona
Jutrzenka nocny mrok rozprasza,
A cała zgraja błędnych duchów
Przestaje ludziom czynić szkodę.

Żeglarz z otuchą ster ujmuje,
Fale się morza cichsze ścielą.
Słysząc wołanie kura, Kościół
Opoka płacze grzechów swoich.

Powstańmy teraz pełni mocy!
Już kur leżących ze snu budzi,
Woła, omdlałych napomina,
Tych, którzy przeczą, przekonuje.

Nadzieja wraca z jego śpiewem
I zdrowie krzepi ciała chore.
W pochwę się kryje miecz mordercy.
Kto zrozpaczony – znowu ufa.

Spójrz, Jezu, na tych, co upadli.
Spojrzeniem swoim nas podźwignij.
Gdy na nas patrzysz, giną grzechy
I we łzach wina się rozpływa.

Ty światłość jesteś. O, zabłyśnij
Zmysłom i mroki duszy rozprosz!
Ciebie niech sławi głos nasz pierwszy,
Ciebie niech sławi pieśń ostatnia.

Bibliografia:
Św. Augustyn, Wyznania, tłum. Z Kubiak, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2018.
Żywoty Świętych Pańskich, Warmińskie Wyd. Diecezjalne, Olsztyn 1999.
Polecam, do biblioteki zapraszam we wtorek, 27 sierpnia, o godz. 9.45. Maria Studencka

 

 

 

25 Knabit

Od wielu lat na okładkach różnych książek o. Leona Knabita OSB jest jego twarz z niezmiennym rozpoznawalnym zestawem cech w stereotypowym postrzeganiu wykluczających się: radosny uśmiech i ascetyczny wygląd. A te cechy są, jak mniemam, zewnętrznymi znakami stanu ducha Czcigodnego Ojca Leona. Niewielka książeczka pt. O RADOŚCI to taki jego portret wewnętrzny, ale także zbiór lekko podanych i jednocześnie z całą powagą traktowanych refleksji na temat radości życia właśnie (i nie należy tego utożsamiać z wesołością).
Ojciec Leon ma do siebie dystans, żartuje i śmieje się z siebie, wie że ten ascetyczny wygląd wywołuje u ludzi chęć dokarmiania mnicha. Ludzie, jak mnie widzą – mówi o. Leon – najpierw pytają, czy coś zjem, a dopiero potem mówią „pochwalony”. A kiedy proszą, bym wybrał, czy wolę usiąść na twardym krześle, czy na miękkim, odpowiadam, że to wszystko jedno, bo i tak zawsze siedzę na twardym. Kiedy opuszczałem diecezję siedlecką, by przenieść się do Tyńca, mój biskup, Ignacy Świrski, martwił się: „W klasztorze się chudnie, a ksiądz już nie ma z czego schudnąć. Cuda się zdarzają, ale to rzadki przypadek, żeby kościotrup mógł pracować”. Po Polsce – wspomina o. Leon – krążyła kiedyś taka fraszka:
Pan Bóg jest dowcipny,
każdy się przekona,
bo stworzył żyrafę i ojca Leona.
Czym [...] jest radość – stanem umysłu, uczuć czy ducha? O. Leon tak odpowiada:
Radość jest przede wszystkim stanem ducha.
Radość to zgodność stylu życia z tym, co Pan Bóg człowiekowi przeznaczył.
Czy do radości życia zdolni są tylko ludzie obdarzeni jakimiś specjalnymi cechami, czy też można się jej nauczyć? Można nad tym pracować, na pewno należy o nią dbać jak o każdy inny dar, ale nic przecież, co jest wrtościowe, nie przychodzi bez naszych starań. „Człowiek czasem chciałby, żeby jakiś jego problem sam się rozwiązał [...]. W ten sposób niejako sam się odczłowiecza: rozum, wola idą w odstawkę. Tymczasem żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba narzucić sobie pewne ograniczenia i zaangażować w to całego siebie”. Człowiek, który wie, jakiemu celowi służą niezbędne ograniczenia, przyjmuje je z radością. I tu dotykamy sfery duchowości. „Byłoby dobrze – mówi o. Leon – żeby człowiek wierzący mniej musiał, a więcej chciał. Pamiętam dobrze zdanie pewnego mnicha: Ja w klasztorze niczego nie muszę. A przecież żył ‘pod regułą i opatem’, nie mógł swobodnie sobą dysponować. Ale na tym to polega: dojrzała wiara to wiara, która widzi sens niewygód, wyrzezeń, poświęceń. Która cieszy się, że coś może dać temu, kogo kocha – swoich pożytków zapomniawszy”.
Mnie taka argumentacja przekonuje. Nie muszę pisać kolejnego felietonu o książce z półki w bibliotece parafialnej, ja po prostu chcę to robić. W dodatku mam nadzieję, że ktoś tę wartościową książkę wypożyczy, przeczyta i z innymi podzieli się swoją refleksją.

 

Na rozmowę o radości zapraszam do biblioteki parafialnej we wtorek, 20 sierpnia 2019 r., godz. 8.45.
Maria Studencka

 

 

 

24 Akropol

Na książkę pt. „Akropol z hołdy czyli teologia Śląska” składa się „25 rozmów z księdzem Jerzym Szymikiem o Śląsku i teologii, o poezji i kapłaństwie, o Pszowie i podróżach, o życiu i naszym świecie”. Całość poprzedzona jest wstępem naukowca związanego z Uniwersytetem Wrocławskim pochodzącego z Tarnowskich Gór, prof. Jana Miodka. Współuczestnikiem każdego z tych dialogów jest ksiądz, więc nie mogło tu zabraknąć pytań o duchowość, wiarę, Boga. „Jest – pisze prof. J. Miodek – głęboką mądrością, noszącą znamiona pięknego aforyzmu, Szymikowa definicja modlitwy: Jest to myślenie o Bogu z miłością. Rozmówcami Jerzego Szymika są dziennikarze, poeci, intelektualiści. Wywiady te (publikowane min. na łamach śląskiej prasy) przeprowadzone zostały w latach 1994-2002, a wyłania się z nich portret kapłana – Ślązaka – poety – intelektualisty – teologa. Jednym słowem, osobowość bogata, człowiek bardzo pracowity, obdarzony wieloma talentami, a przy tym skromny i zwyczajny. 

Po szkole średniej został przyjęty na polonistykę, jednak w miesiąc później był pewien, że jego powołaniem jest kapłaństwo. Wtedy jeszcze nie wiedział, że będzie także poetą i naukowcem. Po maturze czuł ogromny niepokój, po latach wspominał tamten głos wewnętrzny: „Synek, bydziesz nieszczęśliwy, jak to tak zostawisz. Musisz wrócić do pomysłu z dzieciństwa, kiedy żeś chcioł zostać księdzem”. Rodzice nie nakłaniali go do zmiany decyzji, mógł sam wybierać, a oni nad nim czuwali. I tak Jerzy wyjechał na siedem lat z rodzinnego Pszowa, wtedy jeszcze nie czuł takiej więzi z Małą Ojczyzną, żeby pragnąć tu zostać na zawsze. Oczywiście, rodzinę odwiedzał. Mentalny powrót do „kraju lat dziecinnych” nastąpił w Lublinie, kiedy pracował na KUL-u i nie miał żadnej „własnej parafii”, z którą byłby jakoś szczególnie związany.
Bezpośrednio po studiach był przez osiem lat wikarym w różnych śląskich parafiach. Środowisko wysoko oceniało jego posługę, on czuł się w tym dobrze. Kiedy okazało się, że ma zostać pracownikiem naukowym, niektórzy koledzy mu to odradzali, reagowali nieufnie, mówili: „Książki czytosz? Jak żeś jest ksiądz, to mosz spowiadać” (to taki śląski stereotyp). Uważali, że powinien zostać „robotnym farorzem”, zwłaszcza że „ksiądz-naukowiec nie zawsze dobrze spełnia się w praktycznym duszpasterstwie”. Tę sprawę księdzu Jerzemu pomógł rozeznać arcybiskup Alfons Nossol. Argumentował tak: „Słuchaj, będziesz miał wpływ na księży! Będziesz ich uczył. Ci księża pójdą później ‘na front’, do ludzi, i ta nauka pójdzie w tysięczne!” I tak się stało.
Do dziś ksiądz profesor pracuje na różnych uczelniach, do dziś zawsze bardzo starannie przygotowuje się do zajęć ze studentami (w ten sposób ich szanuje) – taka śląska pracowitość to jedna z tych cech, które w naszym regione wynosi się z domu rodzinnego. „Niemniej jednak – zastanawia się ks. Jerzy – to chyba nie jest źle, jeśli człowiek służy Kościołowi w swojej specjalności, czyli na miarę swojego a nie cudzego talentu?” Dziś w dorobku naukowym księdza profesora J. Szymika jest kilkadziesiąt rozpraw z chrystologii, metodologii teologii, teologii kultury, teologii J. Ratzingera/Benedykta XVI.
Można powiedzieć, że chłopiec z niewielkiej miejscowości robi wspaniałą karierę... podsuwają rozmówcy kolejną myśl pod rozwagę. „W żaden sposób – mówi ks. Jerzy – nie projektuję [...] swojej kariery. Być może to jest jakiś dar. W każdym razie wciąż na wyciągnięcie ręki mam wystarczająco dużo dobrych rzeczy do zrobienia”.
Pszowscy sąsiedzi lubią ks. Jerzego, wiedzą, że jest to nadal „swój chłop”, że uczone książki nie przewróciły mu w głowie, że można z nim zwyczajnie „po naszymu pogodać”. Pamiętają też, jak ks. Jerzy, zakasawszy rękawy, w zwykłym roboczym ubraniu, remontował rodzinny dom wybudowany przez dziadka jeszcze w latach 20/30 ubiegłego wieku. Ksiądz Jerzy jest emocjonalnie związany z rodzinnym Pszowem, wie, „że odcięte korzenie życiowe są nie do odbudowania”. A jakie znaczenie, jakie miejsce w jego losie mają śląskie hołdy? „Żal, że znikają – mówi ksiądz Jerzy. To element mojego materialnego i duchowego krajobrazu [...]. Przemijanie – to nieusuwalny element condition humaine, statusu stworzeń, obdarowanych życiem. [...] Hołdy przemijają. Ale czy są rzeczywiste, czy metaforyczne, czy trwają, czy też są wspomnieniem jedynie – trzeba je przemieniać w Akropol. A to już zależy od nas, dzieci tej ziemi”.

 

Ks. Jerzemu Szymikowi poświęcony będzie poranek w bibliotece parafialnej
we wtorek,13 sierpnia 2019 r. Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

24 loyola

Św. Ignacy Loyola (1491 – 1556)
AD MAIOREM DEI GLORIAM


Najsłynniejszym dziełem współzałożyciela Towarzystwa Jezusowego (1540 r.) są Ćwiczenia duchowne. Ignacy z Loyoli – dobrze urodzony modny młodzieniec, wierny wasal hiszpańskiego króla, do niedawna rycerz, dzielny obrońca Pampeluny w 1521 r. – postanowił zmienić swoje życie, nawrócił się, zaczął pracować nad własną duchowością i w 1522/23 r. napisał ww. Ćwiczenia. Zatem, te bardzo cenione rady o pracy nad sobą, o rachunku sumienia zostały zredagowane zanim I. Loyola został zakonnikiem, zanim ukończył studia teologiczne, zanim przyjął święcenia kapłańskie (miał już 47 lat). A służy ta niewielka książeczka do dziś spowiednikom, penitentom, rekolektantom.
Są w tej książce także „Reguły o trzymaniu z Kościołem”. Niżej cytuję kilka z nich:
„Pochwalać spowiedź przed kapłanem i przyjmowanie Najświętszego Sakramentu raz w rok, a jeszcze bardziej co miesiąc, a jeszcze o wiele lepiej co tydzień, z zachowaniem wymaganych i należnych warunków”.
„Pochwalać śluby zakonne posłuszeństwa, ubóstwa i czystości i inne śluby doskonałości nadobowiązkowe. Należy tu zwrócić uwagę, że ślub dotyczy tego, co zmierza do doskonałości ewangelicznej, przeto nie należy ślubować tego, co się od tej doskonałości oddala, np. uprawiania handlu, lub zawarcia małżeństwa”.
„Pochwalać wreszcie wszystkie przykazania kościelne, trzymając umysł w gotowości do szukania racji dla ich obrony, w żaden zaś sposób dla ich zawalczania”.

 

Źródło: Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne,Wydawnictwo WAM, 2002.
Zapraszam do biblioteki parafialnej na poranek o św. Ignacym Loyoli we wtorek, 30 lipca 2019 r.,
Maria Studencka

 

 

 

23 sw anna

26 lipca wspominamy w Kościele dwoje świętych małżonków: Annę i Joachima – rodziców Najświętszej Maryi Panny. Jednak, na próżno szukać o nich wiadomości w kanonicznych księgach biblijnych, nawet ewangeliści ich nie wymieniają. Dzieje tej pary poznajemy z apokryfów. W „Protoewangelii Jakuba” (druga poł. II w.) jest taka perykopa:
Anioł Pański stanął i rzekł:
„Anno, Anno!
Wysłuchał Pan Bóg modlitwę twoją.
O co tak żarliwie ta bogobojna kobieta z rodu Dawida pochodząca z Betlejem prosiła Pana Boga? – O dziecko. Są przedstawione w Piśmie Świętym małżeństwa, które długo czekały na potomka, a radość z narodzin dziecka przyszła, gdy już niemal tracili nadzieję, bo byli ludźmi w podeszłym wieku: Abraham i Sara, Zachariasz i Elżbieta. Anna i Joachim zapewne wiedzieli o pierwszej parze, a drugą prawdopodobnie znali. Bezdzietność wówczas była traktowana przez Żydów jako znak przekleństwa, jako kara za grzechy, hańba. Anna i Joachim przez 20 lat cierpliwie znosili upokorzenia i wierzyli, że otrzymają dar rodzicielstwa, że nastąpi cud poczęcia. Złożyli także ślub, że dziecko poświęcą służbie Najwyższego. Tym długo wyczekiwanym dzieckiem jest Maryja, matka Jezusa.
Na naszych ziemiach – czytamy w prezentowanej książeczce – zwłaszcza kult św. Anny jest głęboko zakorzeniony: pod jej wezwaniem jest 180 kościołów, są nazwy miejscowe z jej imieniem: Góra Świętej Anny na Opolszczyźnie, Święta Anna koło Częstochowy.

 

Źródło: Święta Anna, Edycja świętego Pawła, Częstochowa 2017.
Na poranek o św. Annie zapraszam do biblioteki parafialnej we wtorek, 23 lipca 2019 r., godz. 8.45.
Maria Studencka

 

 

 

22 Martini

O. James Martin SJ

Książka, którą dziś polecam, nosi tytuł JEZUS. W Polsce ukazała się w 2017 r. Teolodzy i bibliści, którzy recenzowali to dzieło, zgodnie twierdzą, że „ojciec James Martin dał nam niezwykłe połączenie najnowszych badań biblijnych, własnych doświadczeń pielgrzymich z Ziemi Świętej, wyobraźni, poczucia humoru i mądrego kierownictwa duchowego”. „To nie jest książka o pielgrzymce. To jest pielgrzymka, a my wyruszamy na nią w towarzystwie wspaniałego gawędziarza. Nie miałem ochoty jej zakończyć” – dodaje inny biblista.
Wydawać by się mogło, że o Jezusie napisano już wszystko, skoro tyle o Nim uczonych rozpraw, zbeletryzowanych biografii. Nie, o. J. Martin przekonuje, że każde spotkanie z Jezusem, dla każdego z nas indywidualnie czy we wspólnocie, jest kolejnym odkrywaniem jakiegoś fragmentu prawdy dotąd nieznanej, prawdy o nas, o naszych relacjach z Jezusem, o naszej wierze, bo tego doświadczenia wcześniej nie mieliśmy. Stąd – mam nadzieję – żadna następna dobra książka o Zbawicielu nie będzie książką ostatnią o Nim.
To dzieło jest rodzajem przewodnika, warto po nie sięgnąć, planując pielgrzymkę do Ziemi Świętej, planując „podróż do serca Ewangelii”.
Pewnie niejeden czytelnik z autopsji wie, że czytając interesujące dzieło, można wnikać w świat przedstawiony, wyobrażać sobie, że się jest uczestnikiem opisywanych wydarzeń, a dzięki temu przeżywać wszystko głębiej, intensywniej. Taki sposób czytania Biblii zalecał Ignacy Loyola, zna ten rodzaj modlitwy o. James Martin. I zanim się zdecydował pojechać do Ziemi Świętej, miał własne wyobrażenia o tych wszystkich miejscach, po których kiedyś chodził Jezus, o ludziach, którzy Mu towarzyszyli, którzy Go słuchali, którzy Go zwalczali. Więcej, wcale nie chciał niczego w tych wyobrażeniach zmieniać, stąd do pomysłu pielgrzymki odnosił się początkowo sceptycznie, bo nie miał zamiaru burzyć tych swoich wyobrażeń o życiu Jezusa. Jednak pojechał. I dopiero tam, w Ziemi Świętej, naprawdę zrozumiał, że Chrystus, nauczając, odnosił się do świata, który słuchacze bardzo dobrze znali. Na przykład kiedy, stojąc w łodzi, opowiadał o siewcy, to zgromadzeni na brzegu słuchacze nad głowami mieli latające ptaki, a w pamięci panoramę z wyboistą drogą i ugór zarośnięty cierniami, i żyzne uprawne pola. I dobrze wiedzieli z własnego doświadczenia, gdzie ziarno wyda plon obfity (por. Mt 13, 1-9). Od tego konkretnego obrazu łatwiej było przejść do teologicznej głębi tej paraboli. Jezus był po prostu świetnym Nauczycielem.
Dlaczego, zdaniem autora, jest takie ważne poznawanie świata, w którym żył Jezus? Dlaczego powinniśmy dopytywać się o ówczesne religijne zwyczajów Żydów, realia społeczne, ekonomiczne, polityczne? Dlaczego nie wystarczy skupić się na bóstwie Jezusa? „Aby w pełni spotkać się z Jezusem Chrystusem, wierny musi zrozumieć Jezusa historii, człowieka, który chodził po ziemi, oraz zetknąć się z Chrystusem wiary, z tym, który powstał z martwych”. Cały czas musimy pamiętać, że „Jezus jest zawsze prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”.
Zaletą tej niezwykłej książki są także zastosowane tu przypisy. Jeśli nawet zdarzy się, że nie przypomnimy sobie od razu ewangelicznego fragmentu, to w przypisach znajdziemy odnośnik do konkretnej perykopy. Zresztą, autor pielgrzymkę zaplanował i odbył z Ewangelią w ręku.
Ta książka to także odpowiedź na pytanie zadane przez Jezusa apostołom: „A wy za kogo mnie macie?” (Mk 8, 29). To pytanie – Kim jest dla mnie Jezus? – zadaje sobie również o. Martin. „Kim On jest? Po co kolejna książka o Żydzie, który żył w I wieku? Dlaczego spędziłem lata na studiowaniu dziejów wędrownego kaznodziei z prowincji? Dlaczego przez dwa tygodnie włóczyłem się po Izraelu w upale, aby zobaczyć miejsca, w których ów były cieśla mieszkał, i strony, które mógł (lub nie) odwiedzić?” Jak o. James poznawał Jezusa? Były to studia akademickie, zainteresowania własne, modlitwa, doświadczenie i pielgrzymka. To, oczywiście, nadal trwa, poznawanie Mesjasza nigdy się nie kończy. Również pytanie – Kim jest dla mnie Jezus? – ma formułę otwartą, stale aktualną, domagającą się codziennie odpowiedzi płynącej z serca, z sumienia, z duszy. Pytanie – odpowiedź. Zadając pytanie, ujawniamy nasze zainteresowania, poglądy, jakąś prawdę o sobie. Z kolei odpowiadając na pytanie, powinniśmy być świadomi konsekwencji tej naszej odpowiedzi – podejmujemy pewne zobowiązania. Dziś zdarza się, że odpowiedzi są wymijające, bo chcemy być „asertywni”, a pod tym modnym słowem często się kryje zwyczajna obojętność wobec naszych bliźnich. Nie lubimy mówić jednoznacznie, nie chcemy usłyszeć nauczania o ósmym przykazaniu – „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). Ta lektura może też zachęcić do udzielania takiej jednoznacznej odpowiedzi w kwestiach wiary.
„Punktem wyjściowym – pisze o. J. Martin – jest dla mnie klasyczne twierdzenie teologiczne: Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. [...] Ale co to oznacza? Po pierwsze, Jezus z Nazaretu, mężczyzna, który przemierzał Palestynę I wieku, nie był Bogiem udającym człowieka. Był żywym i prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, który doświadczył wszystkiego, czego doświadczają ludzie [...] wszystkiego – prócz grzechu – co właściwe człowiekowi [...]. Czytając tę książkę, sięgając po Pismo Święte, stale musimy pamiętać, że „do historii Jezusa należą zarówno Jego człowieczeństwo, jak i bóstwo. Pomijając to i owo, wycinając niewygodne fragmenty, nie mówimy już o Jezusie. To nasza własna kreacja”.
Celowo nie streszczam tej cennej lektury (snuję tylko refleksje), bo nie chcę pozbawić przyszłego czytelnika tego pierwszego zdumiewającego wrażenia, że wraz z tekstem przenosimy się w czasie i towarzyszymy Jezusowi w jego ziemskiej wędrówce po Palestynie I wieku (takiego określenia używa o. J. Martin), po obszarze, który dla nas jest Ziemią Świętą. I raz po raz wykrzykujemy z autorem: Jezus tu był!

 

Źródło: James Martin SJ, Jezus, Wydawca: Święty Wojciech, Poznań 2017.

Prezentowanej książce w bibliotece parafialnej poświęcimy poniedziałkowy wieczór, 22 lipca 2019 r., godz. 19.00.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

20 A Kamienska
Anna Kamieńska (1920-1986)

Anna Kamieńska to poetka, publicystka, tłumaczka szczególnie ceniona za przekłady pism chrześcijańskich z różnych języków europejskich. Współpracowała m.in. z księdzem Janem Twardowskim. Pewnie niejeden z nas pamięta jego „skrzydlate słowa” z wiersza Śpieszmy się:
Śpieszmy się kochać ludzi,
tak szybko odchodzą.
Między dwojgiem poetów toczyła się swoista „rozmowa liryczna”. Bo właśnie adresatką przywołanego wiersza ks. Jana Twardowskiego jest Anna Kamieńska. A liryk został napisany na zakończenie ich współpracy nad polskim wydaniem dzieła „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza z Kempis. A później cytowany wyżej dystych podchwycili czytelnicy i nadali mu sens eschatologiczny. Poetka odpowiedziała lirykiem:

Puste miejsca
Nikogo nie zdążyłam kochać
choć tak bardzo chciałam
jakbym miała kochać tylko puste miejsca
zwisające rękawy bez objęcia ramion
opuszczony przez głowę beret
fotel który powinien także wstać i wyjść z pokoju
książki już nie dotykane
grzebień z pozostawionym srebrnym włosem

łóżeczka z których niemowlęta wyrosły i poszły
szuflady niepotrzebnych rzeczy
fajkę z ustnikiem pogryzionym
buty zachowujące kształt stopy
co odeszła boso
słuchawkę telefonu gdzie ogłuchły głosy
tak się śpieszyłam kochać
i oczywiście nie zdążyłam.

 

Annie Kamieńskiej oraz o jej patronce, św. Annie, poświęcony będzie poranek w bibliotece parafialnej
we wtorek, 23 lipca 2019 r., godz. 8.45. Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

21 Zl legenda

14 lipca wspominamy m.in. błogosławionego Jakuba de Voragine (1228-1298). Ten profesor teologii, tłumacz „Biblii” na język włoski, autor rozpraw (np. o św. Augustynie), znakomity kaznodzieja, biskup znany był też i z tego, że doprowadził do pojednania zwalczających się stronnictw, które na ulicach Genui dopuszczały się przestępstw, siały niepokój. Dzięki temu zyskał miano „uśmierzyciela waśni domowych”. Laopold Staff tak o nim pisze we wstępie do „Złotej legendy”:
W życiu pokorny, skromny, wstrzemięźliwy, jaśniejący czystością obyczajów i stałością cnoty, był ojcem ubogich, którym rozdawał wszystkie dochody jednej z najbogatszych diecezji, opiekunem chorych, których sam odwiedzał codziennie, i zasłużył na najkrótszą a najpiękniejszą biografię: Wypełnił życie swe dobrymi dziełami.
Jednym z tych jego dzieł jest zbiór powiastek hagiograficznych – „Złota legenda”. Autor tak zatytułował dzieło: ZACZYNAJĄ SIĘ LEGENDY O ŚWIĘTYCH, LOMBARDZKIMI ZWANE DZIEJAMI, KTÓRE ZEBRAŁ W JEDNO BRAT JAKUB, GENUEŃCZYK, Z ZAKONU BRACI KAZNODZIEJÓW.
Zamysł kompozycyjny przypomina brewiarz – podaje do czytania w danym dniu żywot świętego, którego Kościół upamiętnia. Więc poznajemy z tego zbioru losy apostołów (Andrzeja, Tomasza, Jana, Pawła, Mateusza), męczenników (Szczepana, Łucji, Sebastiana, Wincentego, Agaty, Agnieszki, Longina), wyznawców (Mikołaja, Remigiusza, Hilarego, Feliksa, Juliana) i wielu innych.
Legenda rządzi się swoistymi prawami, najpierw żyje długo w przekazach ustnych, poszczególni gawędziarze wzbogacają przekaz pierwotny. Legenda to nie to samo co kronika czy historia. Prawdy historycznej raczej w niej szukać nie należy, od tego są inne źródła. Jednak jest w legendzie prawda, prawda o człowieku, o jego tęsknotach, o jego dążeniach, o zakamarkach duszy, o niepokojach sumienia, o marzeniach. Te najbardziej znaczące opowieści są źródłem inspiracji dla artystów: poetów, malarzy, rzeźbiarzy – to oni pięknu wydobytemu z opowieści nadają artystyczny kształt.
Zatem, o czym jest ta książka hagiograficzna? L. Staff tak odpowiada: O wierze w Boga, o miłości Boga, o nadziei w Bogu. Mówi nam ona o czystości serca i podnisłości duszy. Mówi nam o tym, czego nam w życiu jedynie potrzeba: prostoty i pokory, pobłażania i przebaczenia, litości i miłosierdzia nawet dla katów i siepaczy. Czytamy to na każdej karcie tej księgi, napisanej, jak żadna inna, „ku pokrzepieniu serc”! Oto, co wnikliwy czytelnik wyczyta w tej pozornie naiwnie prostej książce: naukę HEROIZMU!

 

Źródło: Jakub de Voragine, Złota legenda, tłum. Leopold Staff, Wydawnictwo TAU, Wrocław 1994.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

19 szymik

Cytowany niżej liryk „Plan maksimum” pochodzi z tomiku poetyckiego „25 wierszy niezapomnianych w wyborze czytelników” ks. Jerzego Szymika (w zbiorze ma nr 11). Zatem, prezentowana antologia zawiera niewiele utworów. Czytelnicy wybrali je z publikowanych wcześniej siedmiu tomików, a siła tych lirycznych refleksji jest taka, że nie sposób o nich zapomnieć. Ten zbiór odzwierciedla 30 lat twórczości księdza poety: od roku 1984 do 2014.
Czym się kierowali czytelnicy, jakie stosowali kryteria, komponując ten zbiór? Jedno jest pewne, każdy z tych 25 utworów dla indywidualnego odbiorcy ma szczególne znaczenie. I taką właśnie subiektywną refleksją mam zamiar podzielić się z Czytelnikami.
W niewielkiej antologii ks. profesora Jerzego Szymika wszystko jest ważne: kolor i faktura okładki oraz poszczególnych stron, rozmiar i krój czcionki, numeracja wierszy, ich kolejność – tak, to wszystko się „czyta”, każdy detal graficzny koresponduje ze SŁOWEM wiersza. A w poszczególnych utworach wręcz trzeba uchwycić sens stosowania wielkiej lub małej litery – bo to zróżnicowanie jest znaczące. Warto także próbować uchwycić to, co wydobywa poeta, pogłębiając sens słów różnymi kontekstami: mottem, dedykacją, aluzją literacką.
Czytając ten zbiór poetycki, zwracałam również uwagę na czas powstania poszczególnych wierszy. Dlaczego teraz przywołuję te daty? Otóż, ks. J. Szymik przywiązuje znaczenie do dat i miejsc, każdy z wierszy opatrzony jest taką informacją: dzień, miesiąc, rok. I to określanie czasu jest zawsze połączone ze wskazaniem miejsca. Dzięki temu zabiegowi temporalno-spacjalnemu poznajemy nieco warsztat artystyczny poety. A pisze zawsze: dla wiersza odrywa się na chwilę od teologicznej dysertacji, od konspektu wykładu dla studentów; pisze wszędzie, nawet w samolocie. Te adnotacje tworzą interesującą mapę geograficznych i mistycznych wędrówek autora – jest ciągle w drodze, ciągle poszukuje. A w ziemskim podróżowaniu najważniejszym miejscem dla ks. Jerzego Szymika jest dom rodzinny w Pszowie. To właśnie tutaj ukończył niejeden wiersz rozpoczęty gdzieś w świecie, w innym czasie i w innej przestrzeni (w Jerozolimie, w Waszyngtonie, w Londynie, w Warszawie, w Krakowie, w Lublinie, w Katowicach, w Brennej...).
Za progiem domu pozostają tytuły, stopnie naukowe, uczone rozprawy; tutaj jest po prostu synem, dzieckiem powracającym do korzeni, tutaj też jest poetą, który portretuje najbliższych, zwłaszcza Matkę i Babcię, „ocala od zapomnienia” swoich przodków. Tu także jest księdzem, który – kończąc Mszę św. w pszowskiej bazylice – doznał olśnienia, że „najpiękniejsze, co mogło się przydarzyć tej ziemi, to chrześcijaństwo” (wiersz 2, Dziewczynka w żółtych rajstopach, w śląskim kościele).

Plan maksimum
Benedyktowi XVI, dziękując za „Jezusa z Nazaretu”

stać przed Nim z pustymi rękami
i wyciągać je ku Niemu
(nie z rękami, które gdy pochwycą to mocno trzymają, lecz z rękami,
które się otwierają, obdarowują, a tym samym są stale gotowe przyjąć)

nie wyć z wilkami,
ale cierpieć z powodu nieprawości.
Nie móc odwrócić nieszczęścia,
ale współcierpiąc, stanąć po stronie skazanych,
a tym samym – kochając w ten sposób –
stanąć po stronie Boga

pamiętać, że znakiem rozpoznawczym
Jego obecności jest nadmiar.
Mieć tylko Boga, czyli puste ręce

Pszów, 27 sierpnia 2007 r.

Źródło: Ks. Jerzy Szymik, 25 wierszy niezapomnianych w wyborze czytelników, Księgarnia św. Jacka, Katowice 2017.

Zainteresowanych czytaniem, słuchaniem recytacji, interpretacją wierszy ks. Jerzego Szymika zapraszam na spotkanie w bibliotece parafialnej (wtorek, 18 czerwca 2019 r., godz. 8.45), Maria Studencka

 

 

 

18 kaczkowski

W Niedzielę Dobrego Pasterza rozpoczął się w Kościele Tydzień Modlitw o Powołania. Stąd dzisiejsza prezentacja książki: ŻYCIE NA PEŁNEJ PETARDZIE, bo jej bohaterem jest młody ksiądz, Jan Kaczkowski, pełniący posługę z niezwykłym wprost zaangażowaniem. Współtwórcą tego dzieła jest dziennikarz, redaktor naczelny portalu Deon.pl – Piotr Żyłka. Jak powstawała ta książka? – W biegu, w różnych miejscach, dynamicznie. Redaktor towarzyszył ks. Janowi w jego podróżach, rozlicznych zajęciach. Nagrywał swoje pytania i odpowiedzi księdza nawet w tramwaju, na ławce w parku, czasem przy stoliku w kawiarni. Z tego dialogu wyłania się portret młodego człowieka odważnie mówiącego o swoich relacjach z rodziną, o przełożonych, o innych duszpasterzach, o podopiecznych, o zmaganiu się z chorobą. Z powodu glejaka mózgu zmarł, mając zaledwie 39 lat. Do siebie odnosił się z dystansem, autoironicznie mawiał o sobie, że jest onkocelebrytą, a zainteresowanie mediów wykorzystywał do popularyzowania duszpasterskiej posługi wśród ludzi chorych, samotnych, cierpiących. Działał w ten sposób m.in. na rzecz Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio – był jego organizatorem i dyrektorem.
„Chorowanie to wciąż życie, które można wypełnić sensem” – to dewiza życiowa ks. Jana.
Jaki jest dobry pasterz? Wzór znajdujemy w Ewangelii. A wybrani przez Chrystusa kapłani ten wzór naśladują. Takim był zapewne ks. Jan Kaczkowski. Jednak, to nie takie łatwe usłyszeć głos Chrystusa wzywającego do kapłaństwa, jeszcze trudniej odpowiedzieć na to wezwanie i realizować posługę.
Jak było z jego powołaniem? Zaczęło się (ku zaskoczeniu młodzieńca) od pewnej spowiedzi. Starszy ksiądz zapytał: „Nie myślisz o kapłaństwie?” [...] „Musiałem przyznać, że głęboko niechciana myśl o powołaniu zaczęła mnie coraz intensywniej dręczyć podczas Mszy Świętych”. Po pewnym czasie Jan zgłosił się na rozmowę w duszpasterstwie powołaniowym u jezuitów. „Jezuici – wspomina ks. Jan – imponowali mi intelektualnie. [...] Aspirując do nowicjatu, przechodziliśmy tydzień po tygodniu rekolekcje ignacjańskie. [...] Duchowe wspomnienia z tego okresu pomagają mi do dziś”. I wtedy młody Jan przeżył rozczarowanie: prowincjał sprzeciwił się przyjęciu go do nowicjatu, w dodatku nikt nie chciał mu wyjaśnić, dlaczego został odrzucony. Kolejną rozmowę odbył w Gdańskim Seminarium Duchownym, tu został przyjęty, tu ukończył studia filozoficzno-teologiczne. Święcenia prezbiteriatu otrzymał w czerwcu 2002 r. Miał 25 lat, gdy rozpoczął posługę duszpasterską.
Dociekliwy dziennikarz zadał księdzu Janowi trudne, jak się okazało, pytanie: „Z perspektywy własnych doświadczeń co by ksiądz doradził młodemu człowiekowi, który rozeznając swoją drogę, myśli o życiu kapłańskim lub zakonnym?”
„Od wielu lat mam z tym problem. Jak pokazać, że kapłaństwo może być fascynującą przygodą? Że – niestety muszę tu używać górnolotnych słów – całkowite oddanie się Panu Bogu w Kościele katolickim ma sens? W tym Kościele, jaki znamy i jaki mamy, z celibatem, z dojmującą kapłańską samotnością. Jak o tym mówić młodemu mężczyźnie, gdy sam jestem teraz w takim wieku, że mając te 38 lat, znów odczuwam, jak buzuje w człowieku chęć ojcostwa? Naprawdę nie wiem. Ale wiem, że pomimo tego wszystkiego tak najgłębiej, w swoim wnętrzu, czuję się przede wszystkim mistykiem. Na zewnątrz tego nie widać. Ludzie, patrząc na mnie, tego nie dostrzegą. Ale tak wybrałam. W pewnym momencie mojego kapłaństwa złożyłem osobisty ślub: Panie Boże [...] Tobie ofiaruję mój prywatny czas jako ofiarę oddania się w całości. To mój ślub dla Ciebie. Dlatego staram się swoje kapłaństwo przeżywać tak, żeby nie mieć prywatnego czasu. Dlatego jesteśmy teraz razem, rozmawiamy i wydajemy książkę. Bo wiem, że za tym dyktafonem kryje się większa lub mniejsza grupa ludzi, która to teraz czyta. Chcę być też dla nich. Cały czas chcę być dla.

O tym, w jaki sposób ks. Jan Kaczkowski cały czas „był dla” ludzi potrzebujących kapłana, będziemy czytać i rozmawiać w bibliotece parafialnej we wtorek, 14 maja 2019 r. o 8.45.
Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

17 Wojciech

ŚWIĘTY WOJCIECH

Jeden z patronów Polski, święty Wojciech, syn czeskiego księcia Sławnika z Libic, kanonizowany w 999 r., już w XI w. był czczony jako patron naszego kraju. Urodził się prawdopodobnie w 956 r., przyjmuje się, że zginął 23 kwietnia 997 r. w Świętym Gaju niedaleko Pasłęka. Losy tego znakomicie skoligaconego i świetnie wykształconego duchownego są do dziś podmiotem badań naukowców. A dzieje biskupa, misjonarza i męczennika są burzliwe, bo był człowiekiem odważnym i często postępował nie tak, jak przełożeni sobie tego życzyli. Historycy odnotowują, że Wojciech Sławnikowic (drugie imię – Adalbert – otrzymał przy sakramencie bierzmowania) często narażał się zarówno świeckim wpływowym osobistościom, jak i kościelnej zwierzchności. Był człowiekiem pokornym wobec Boga, ale niepokornym wobec nieprawych ludzi, brał w obronę słabszych, wspierał ubogich, zwalczał intratny handel niewolnikami.

Do Polski przybył pod koniec 996 r. i udał się z wyprawą misyjną do Prus, gdzie poniósł śmierć, miał zaledwie 40 lat. W średniowiecznej „Kronice Galla Anonima” jego działalność chrystianizacyjną wyraźnie powiązano ze staraniami księcia (później pierwszego króla Polski) Bolesława Chrobrego: „On to [...] przyjął go z wielkim uszanowaniem i wiernie wypełniał jego pouczenia i zarządzenia. Święty zaś męczennik płonąc ogniem miłości i pragnieniem głoszenia wiary, skoro spostrzegł, że już nieco rozkrzewiła się w Polsce wiara i wzrósł Kościół święty, bez trwogi udał się do Prus i tam męczeństwem dopełnił swego zawodu. Później zaś ciało jego Bolesław wykupił na wagę złota od owych Prusów i umieścił [je] z należytą czcią w siedzibie metropolitalnej w Gnieźnie. Również i to uważamy za godne przekazania pamięci, że za jego czasów cesarz Otto Rudy przybył do [grobu] św. Wojciecha dla modlitwy i pojednania, a zarazem w celu poznania sławnego Bolesława, jak o tym można dokładniej wyczytać w księdze o męczeństwie [tego] świętego”.

Ten sam kronikarz pisze również, że „nie godzi się pominąć milczeniem cudu, jaki znamienity męczennik św. Wojciech okazał zarówno poganom, jak i chrześcijanom w przeddzień poświęcenia kościoła”. Otóż, zdarzyło się, że zdrajcy pomogli wejść Pomorzanom do pewnego grodu, ale wtedy „Pomorzanom [ukazał się] jakiś mąż zbrojny na białym koniu, który straszył ich dobytym mieczem i pędził ich na złamanie karku ze schodów i przez podwórze grodu. Tak to grodzianie, przebudzeni krzykami pogan i hałasem, bez wątpienia za przyczyną chwalebnego męczennika Wojciecha ocaleni zostali od grożącego im niebezpieczeństwa śmierci”.

Z kolei hagiografowie skupiają się przede wszystkim na cudach, jakie dokonywały się za życia Wojciecha i później, po męczeńskiej śmierci. Oto jeden z przykładów (odnotowany przez najwybitniejszego autora żywotów świętych późnego renesansu, ks. Piotra Skargę). „Będąc niemowlęciem zachorzał i żałość niemałą rodzicom uczynił, którzy pragnieniem zdrowia jego ściśnieni, pociechy swej doczesnej w nim odstąpili, a Panu Bogu na służbę go poślubili, [...] nieśli go na poły umarłego do ołtarza Przeczystej Matki Bożej Maryjej, prosząc, aby Ona na służbę Synowi swemu nowego a maluczkiego sługę przykazała, a zdrowie mu do tego zjednała. Nie mieszkając dzieciątko ozdrowiało”.

Więcej szczegółów o św. Wojciechu i o św. Stanisławie ze Szczepanowa przedstawię we wtorkowy poranek, 7 maja 2019 r. o godz. 8.45 w bibliotece parafialnej. Zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

16 Stanislaw

ŚWIĘTY STANISŁAW ZE SZCZEPANOWA

Święty Stanisław ze Szczepanowa urodził się prawdopodobnie w 1030 r., pochodził z rodziny herbu Prus, odebrał staranne wykształcenie, na biskupa krakowskiego został konsekrowany w 1072 r. i do tego czasu jego relacje z Bolesławem Śmiałym były dobre. Biskup Stanisław dał się poznać jako gorliwy zwolennik krzewienia i umacniania wiary chrześcijańskiej w ówczesnej Polsce, popierał m.in. zakładanie klasztorów benedyktyńskich, sprowadził do Polski legatów rzymskich, odnowił i umocnił metropolię gnieźnieńską, historycy potwierdzają, że zabiegał również o koronę dla księcia Bolesława II, co nastąpiło w 1075 r. Na temat konfliktu biskupa Stanisława z królem Bolesławem Śmiałym historycy różnie się wypowiadają, stawiają odmienne hipotezy. Różnie też o konflikcie i męczeńskiej śmierci biskupa piszą kronikarze średniowieczni.

Gall Anonim (być może, dysponował relacjami naocznych świadków) o samej egzekucji i późniejszym wypędzeniu króla z kraju pisze niewiele i raczej ostrożnie: „[Król] sam będąc pomazańcem [Bożym] nie powinien był [drugiego] pomazańca za żaden grzech karać cieleśnie. Wiele mu to bowiem zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował i za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. My zaś ani nie usprawiedliwiamy biskupa-zdrajcy, ani nie zalecamy króla, który tak szpetnie dochodził swych praw”.
Natomiast żyjący na przełomie XII/XIII w. biskup Wincenty Kadłubek, kronikarz cieszący się niezwykłym rozgłosem aż do wieku XVIII, pisze z żarem, niezwykle emocjonalnie przedstawiając okoliczności męczeńskiej śmierci biskupa Stanisława jako relację naocznego świadka:
„Co za żałosne, co za przeokropne widowisko śmierci! Człowieka świętego świecki, zbożnego bezbożny, biskupa świętokradca, niewinnego okrutnik na kawałki rozszarpał, poszczególne członki na najdrobniejsze rozsiekując cząstki!... [...] Oto widziano, jak z czterech stron świata przyleciały cztery orły, które krążąc w powietrzu nad miejscem męczeństwa odganiały sępy i inne żądne krwi ptaki od zwłok męczennika i pilnowały ich ze czcią, czuwając dzień i noc. [...] Po tym zdarzeniu ów okrutnik, spłoszony, znienawidzony zarówno przez ojczyznę, jak przez ojców, uszedł do Węgier... a wkrótce potem, zdjęty niesłychaną niemocą, śmierć sobie zadał”.
O dzieciństwie i wczesnej młodości Stanisława ze Szczepanowa ks. Piotr Skarga (kaznodzieja i hagiograf) pisze tak: „Z młodości znać było sprawę Ducha Bożego w nim i prrzyszłą żywota świątobliwość. Skromny, wstydliwy, statecznch nad dziecinny zwyczaj obyczajów, ochotny do nabożeństwa i skłonny do nauk pokazował się”. Biskup Stanisław ze Szczepanowa zginął 11 kwietnia 1079 r., na ołtarze został wyniesiony 8 września 1253 r.

Źródła: 1. Anonim tzw. Gall, Kronika polska, Ossolineum BN, Wrocław 1989.
2. Ks. Piotr Skarga SI, Żywoty świętych polskich, WAM, Kraków 1986.
3. Ignacy Chrzanowski, Historia literatury niepodległej Polski, PIW, Warszawa 1974.
Zapraszam do biblioteki parafialnej: wtorek, 7 maja 2019 r., godz. 8.45. Maria Studencka

 

 

 

15 twardowki

Są takie frazy w literaturze pięknej i innych dziedzinach piśmiennictwa, które – „wysłane” przez autora do czytelników – stają się od razu własnością ogółu, przechodzą do języka powszechnie stosowanego, są przytaczane w różnych wypowiedziach, opatrzone kontekstem nieraz zupełnie innym niż w tekście autora. Tak się dzieje zwłaszcza ze znaczącym słowem. Za każdym razem, gdy do niego wracamy, odkrywamy w nim inne przesłania. Teoretycy literatury i języka nazywają takie rozpowszechnione cytaty „skrzydlatymi słowami”. Owe zdania z jakąś tajemniczą siłą i z niezwykłą łatwością wpadają w ucho słuchającego, pozostają w jego pamięci. Prędko takie wersy traktujemy jako werbalizację naszych własnych myśli. Czasem nawet zupełnie nie pamiętamy, kto rzeczywiście jest autorem tej znanej sentencji czy powszechnie używanego aforyzmu lub celnego zwrotu. Jest w tych wyrażeniach jakaś niezwykła zręczność, lekkość – one są po prostu uskrzydlone. Bogatym źródłem tych znamiennych urywków są, oczywiście, teksty najwybitniejszych twórców.
„Skrzydlate słowa” wywodzące się z liryki ks. Jana Twardowskiego wybrałam z tomu NIE PRZYSZEDŁEM PANA NAWRACAĆ, są tu wiersze z lat 1937-1985.
Jest w liryce księdza poety sporo takich metafor, które na stałe weszły do polszczyzny ogólnej, stały się językiem wiary, składnikiem kultury narodowej, własnością ogółu, np.:

Dziękuję Ci, że nie jest wszystko tylko białe albo czarne. („Podziękowanie” 1970)
Słowa poety są obecne w języku nawet tych użytkowników, którzy mówią, że nie lubią wierszy, nie odeszły do wieczności razem ze swoim twórcą, są szczególnie ważne w odczuciu czytelników. Zdumiewająca jest zwięzłość i głębia swoistego credo:

Jestem bo Jesteś
na tym stoi wiara. („Jesteś” 1989)
Czasem bywa tak, że skrzydlate słowa stosuje się w zupełnie nowych okolicznościach, takich, których w genezie wcale nie było. Ale tak to już jest z poezją, że to adresat (my, czytelnicy) dopowiada dalszy ciąg, dodaje własną, czasem bardzo odległą od oryginału interpretację.
Zresztą, wartościowy tekst ma to do siebie, że ilekroć go czytamy, tylekroć odkrywamy w nim coś zupełnie nowego, co nas zaskakuje. Tak się stało z najczęściej chyba cytowanym wersem:

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. („Śpieszmy się” 1979)
Ten wiersz ksiądz poeta dedykował poetce Annie Kamieńskiej, dziękując jej w ten sposób za współpracę. Tymczasem przytoczony wers stosowany jest w klepsydrach, na żałobnych szarfach, widnieje jako inskrypcja na niejednym cmentarnym nagrobku, a przecież w założeniu ten liryk nie był utworem funeralnym.
Z tego samego wiersza pochodzi równiż sentencja:

Kochamy wciąż za mało i stale za późno – i niech to będzie pointa refleksji nad twórczością ks. Jana Twardowskiego, i ważne dla nas przesłanie.
Źródło: Ks. Jan Twardowski, Nie przyszedłem pana nawracać, Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej,

Warszawa 1986.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

14 siedem slow Jezusa

SIEDEM OSTATNICH SŁÓW JEZUSA autorstwa o. Jamesa Martina SJ to lektura na Wielki Tydzień: wprowadza w liturgię Wielkiego Piątku, dokumentuje ostatnie godziny z życia Jezusa – Syna Bożego, który (wykonując wolę Boga Ojca) umarł na krzyżu jako Syn Człowieczy.

Z Ewangelii wyłania się portret Jezusa, który żyje wśród ludzi, rozumie ich troski, koi smutki, pociesza strapionych, otacza opieką opuszczonych, znękanym daje radość, bo przygarnia, pociesza, uzdrawia, wskrzesza. Ratuje każdego, kto Jego pomocy oczekuje: np. kobietetę cierpiącą na krwotok, sparaliżowanego mężczyznę, trędowatego. Rozumie ból matki, ból ojca, których dzieci umarły, rozumie ból sióstr, które pogrzebały swojego brata – i wskrzesza zmarłych. Nie odtrąca nikogo: ani celnika, ani jawnogrzesznicy, ani łotra – wszystkim pokazuje drogę do nieba, i tę obietnicę w Wielki Piątek spełnia. I spełnił ją także dla każdego z nas.

Jest mu bliski los zarówno pojedynczych ludzi, jak i wielkich tłumów, troszczy się i o swoich uczniów (o ich sen, odpoczynek), i o tysiące głodnych, których nauczał. Syn Boży w człowieczym ciele jest taki ludzki i taki wyjątkowy z tą swoją wrażliwością i empatią, z tą umiejętnością wczuwania się w los dzieci, kobiet, ludzi chorych, bezradnych, pogardzanych. Jezus jest taki odważny i taki prawdziwy, kiedy broni prostego człowieka przed faryzeuszami, kiedy głosi Dobrą Nowinę, kiedy ustanawia nowe prawo: „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali!” Przekonujący jest także, gdy bierze udział w uroczystości rodzinnej, gdy zasiada do stołu razem z celnikami (ku zgorszeniu uczonych w Piśmie) i z nimi je i pije. Jezus jest wiarygodny, kiedy oddala się w zaciszne miejsce, by się modlić – rozmawiać z Bogiem Ojcem, zawierzać Mu troski i wątpliwości, ale też wyrazić gotowość wypełnienia Jego woli.
Prezentowana książka to w zasadzie zapis rozbudowanej homilii, którą o. Martin wygłosił kilka lat temu w Wielki Piątek w nowojorskiej katedrze św. Patryka. Motywem przewodnim rozważań jest – jak pisze autor we wstępie – cierpienie Jezusa, które pomaga Mu zrozumieć człowieka. [...] Ten, który powstał z martwych, rozumie nas – ponieważ wiódł ludzkie życie, i to takie, które szczególnie w ostatnich dniach pełne było cierpienia.”
Główna część dzieła składa się z siedmiu rozdziałów, z których każdy jest egzegezą ewangelicznej perykopy z ostatnimi słowami Chrystusa.

Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. (Łk 23, 34).
„Jezus rozumie trud wybaczania” – pisze o. Martin – i podkreśla, że kiedy jesteśmy głęboko zranieni, kiedy doznana krzywda naprawdę jest wielka, to „jedyne, co można zrobić, to przebaczyć. Ponieważ tylko przebaczenie jest sposobem na wyzwolenie obu stron. Jedną osobę oswobadza z więzienia urazy i umniejszania człowieczeństwa bliźniego. W pewien sposób wyzwala również tę drugą osobę.[...] Jezus zawsze dostrzega. Dostrzega coś więcej niż inni. Dostrzega w ludziach ich prawdziwe jestestwo.”

Zaprawdę powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju. (Łk 23, 43)
„Jezus rozumie wątpliwości dotyczące życia wiecznego” – to tytuł kolejnego fragmentu egzegezy. „Wiara w życie wieczne stanowi kluczowy problem dla wielu ludzi, nawet głęboko wierzących. A bez wiary w życie wieczne ogarnia nas lęk. To jedna z największych obaw w życiu chrześcijanina. [...] Jezus, który słyszał wątpliwości ówczesnych ludzi, rozumie je – nawet wątpliwości co do życia po śmierci. Pierwszy powinien nas przekonać fakt, że sam Jezus mówi nam o obietnicy życia wiecznego.” To właśnie jedynie tu na krzyżu używa słowa „raj”, składając obietnicę zbawienia nawróconemu przestępcy. „Dobry Łotr ukazuje nam, kim jest Ten, który wisi na krzyżu obok. Owszem, jest człowiekiem. Człowiekiem o prostym imieniu, Jezus. Ale także Bogiem. Człowiekiem, który ma moc otworzyć przed nim raj”.

Niewiasto, oto twój syn. (...) Oto twoja matka. (J 19, 26-27)
„Jezus rozumie miłość rodzicielską” – czytamy w trzecim rozdziale. „Jezus Chrystus jest prawdziwie Bogiem i prawdziwie człowiekiem. [...] Maryja jest człowiekiem, a nie Bogiem, jak Jezus. Ale ludzie i tak nawiązują z Nią relację na dwa sposby”. Mamy skłonność idealizować Maryję – mówi kaznodzieja –zapominamy, że jako matka niepokoiła się o syna, że nie zawsze Go rozumiała, że bywała zagubiona, kiedy Jezus rozpoczął publiczną działalność. Ewangelia ukazuje głęboką prawdę o bezradności Matki wobec cierpienia i śmierci Syna. To cierpienie Jezus również rozumie. Opiekunem bolejącej Maryi ustanawia Jana, od tej chwili Maryja i Jan są matką i synem.

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mk 15, 34)
„Jezus rozumie poczucie osamotnienia. [...] Czy Jezus naprawdę mógł pomyśleć, że Bóg Ojciec Go opuścił? Czy mógł zwątpić w miłość Tego, do którego zwracał się Abba, ‘Ojcze’? Czy na krzyżu stracił nadzieję? Czy rozpaczał?” Te zagadkowe słowa Jezusa pochodzą z Psalmu 22, znał je każdy Żyd. Może należy przyjąć (zastanawia się o.Martin), że „Jezus powołuje się na psalm jako całość, jako na modlitwę wołającego do Boga”, a druga część psalmu jest przecież hymnem dziękczynnym „na cześć Pana, który usłyszał wołanie psalmisty. [...] Jezusowi jak mało komu należałoby wybaczyć poczucie osamotnienia”: został zdradzony, z najbliższych uczniów pozostał przy nim tylko jeden, poddano go straszliwym torturom, przybity do krzyża odczuwał niewyobrażalny ból. „Ten, który porzucił samego siebie, by poddać się woli Ojca w ogrodzie Getsemani minionej nocy, który powierzył się całkowicie zamiarom Ojca, na krzyżu pyta: Gdzie jesteś?”

Pragnę. (J 19, 28)
„Jezus rozumie cierpienia fizyczne. [...] Jezus miał ciało. [...] Jezus Chrystus przez cały czas jest prawdziwie Bogiem i prawdziwie człowiekiem. Nieważne, jak wyraźnie dany fragment Ewangelii podkreśla jedną lub drugą ‘naturę’, On zawsze reprezentuje obie. A zatem jest prawdziwie Bogiem, kiedy piłuje kawałek drewna w Nazarecie, i człowiekiem, kiedy ucisza burzę. [...] Jezus miał takie samo ciało jak my. Oznacza to, że jadł jak my, pił jak my i spał jak my.” Oznacza to, że odczuwał straszliwe pragnienie.

Dokonało się. (J 19, 30)
„Jezus rozumie rozczarowania. [...] W Wielki Piątek Jezus poddany został wielu różnym boleściom. Chrześcijanie zwykli skupiać się na cierpieniach fiycznych. To oczywiście prawda, że Jezus cierpiał w dużej mierze fizycznie.” Fizycznym torturom towarzyszyło upokarzanie, wyszydzanie, urąganie. „Ale jest jeszcze jeden rodzaj cierpienia, który łatwo przeoczyć: cierpienie związane z wątpliwościami, czy dzieło przetrwa po Jego śmierci. Wchodzimy tutaj w dyskusję o uczuciach Jezusa na krzyżu. Siedem ostatnich słów stanowi dla nas wgląd w Jego emocje, ale oczywiście nie wszystkie. Pytania pozostają.”

Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mojego. (Łk 23, 46)
„Jezus rozumie poświęcenie. [...] Czy Jezus wiedział, co wydarzy się w Niedzielę Wielkanocną? [...] Z jednej strony Jezus wyraźnie mówi: Zburzcie tę świątynię, a w trzy dni zbuduję ją na nowo. W Ewangelii kilkakrotnie zapowiada swoje zmartwychwstanie. Z drugiej jednak strony Jezus cierpi w Getsemani i czuje się osamotniony na krzyżu [...]. Wchodzimy tutaj głębiej w tajemnicę tożsamości Jezusa. Jako prawdziwie Boska osoba Jezus był wszechwiedzący, miał świadomość Boga Ojca. [...] Ale jako osoba prawdziwie ludzka wiedział tylko to, co może poznać człowiek.”

O. James Martin w prezentowanej homilii pozostawił wiele pytań bez odpowiedzi, bez logicznej argumentacji, bo dotknął tej sfery rzeczywistości, która nie podlega ludzkiemu rozumowi czy empirycznym badaniom, bo jest Tajemnicą Wiary.

Źródło: James Martin SJ, Siedem ostatnich słów Jezusa, Wydawca: Święty Wojciech, Poznań 2016.
Polecam, Maria Studencka

 

 

 

 

13 sluga radosci

Przed nami kolejny pierwszy czwartek miesiąca, niedługo później Wielki Czwartek z Ostatnią Wieczerzą. Dzień kapłański. W liturgii tego dnia Kościół upamiętnia ustanowienie przez Chrystusa dwóch sakramentów: Eucharystii i kapłaństwa, odwołując się do ewangelicznych zapisów. Jest to dzień szczególnie ważny dla prezbiterów. O tym, czym jest kapłaństwo dla wybrańców Chrystusa, jak pełnią posługę, pisze kard. Walter Kasper w książce SŁUGA RADOŚCI.
Kto więc jest dobrym pasterzem, który poważnie traktuje swoją służbę i ponosi za to odpowiedzialność? [...] Jest nim ten, kto prowadzi innych i w oparciu o wiarę nadaje im jasny i pewny kierunek. Jest to konieczne zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak wielu, jak zbłąkane owce, zgubiło orientację. Czcza paplanina oraz przystosowywanie się do tego, co ludzie chcieliby usłyszeć, a więc „głaskanie po głowach” nie są pasterskim nastawieniem do sprawy, lecz pasterską kapitulacją. Pasterzem jest jednak również ten, kto nie okazując braku czułości, potrafi zdobyć się na zrozumienie, współczucie i cierpliwość wobec tych, którzy nie idą wspólnym szlakiem, którzy zostają w tyle, bo są zbyt słabi. Pasterzem jest ten, kto umie mówić prawdę w miłości. [...] Dobrym pasterzem jest ten, kto nie utkwił na stałe w ścisłym kręgu tych wiernych, którzy zawsze do niego należeli, lecz rozgląda się również za tymi, którzy albo zagubili drogę, albo [...] znajdują się teraz na marginesie; wydobywa ich stamtąd, nawet gdyby sam miał się przy tym pokaleczyć lub zranić.
A nasi parafialni duszpasterze? Są stale z nami, wśród nas. Widzimy ich w skupieniu celebrujących Mszę św. i inne nabożeństwa, w konfesjonałach i jako penitentów, słuchamy ich homilii. Na naszych oczach klęczą przed ołtarzem, rozmawiają z ludźmi na placu kościelnym, na ulicy, odwiedzają chorych, zgłębiają z nami Biblię i Katechizm, opiekują się grupami wspólnotowymi. Poświęcają wiele uwagi dzieciom i młodzieży, narzeczonym i małżeństwom, samotnym i starszym. Posługują od świtu do nocy.
Przed oczyma mam taki oto portret Chrystusowego kapłana w naszej parafii:

Mój ksiądz – dziś przed ołtarzem.
Mój kapłan – dziś w prezbiterium.
Mój duszpasterz – dziś w konfesjonale.
Uśmiecha się, z daleka wita,
prowadzi do Ciebie.
Pochyla głowę, uważnie słucha,
tłumaczy cierpliwie.
Wybacza z mocy sakramentu,
błogosławi.
Podnosi z klęczek, podnosi z upadków,
pomaga wstać.

 

Źródło: Kard. Walter Kasper, Sługa radości. Życie i posługa kapłańska. Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2009, s. 87-88. Polecam, Maria Studencka

 

 

12 JPII

Dar i Tajemnica posługi Jana Pawła II


Kolejny raz sięgam po książkę o kapłaństwie, tym razem w rocznicę śmierci Jana Pawła II. W chwili zadumy nad Jego Testamentem zastanawiam się nad istotą sakramentu kapłaństwa, nad tym, dlaczego ten czy ów mężczyzna wybiera życie konsekrowane. Nie, to nie on wybiera, to on został wybrany, to jemu została wskazana taka misja: prowadzenia ludzi do Boga. Czy tak było również w przypadku Naszego Papieża? Wielu ludzi chciało to wiedzieć, stąd ta prezentowana dziś książka, w której Papież z ogromną pokorą pisze o swoim powołaniu, o posłudze duszpasterskiej i o mocy sakramentu kapłaństwa. Warto tę bardzo osobistą i poruszającą książkę przeczytać, nosi tytuł: DAR I TAJEMNICA.
Ojciec Święty opublikował ją w pięćdziesiątą rocznicę swoich święceń kapłańskich. Są to wspomnienia, które w założeniu Autora nie miały mieć charakteru „ściśle dokumentalnego”. „To wszystko, o czym tu mówię – czytamy – nie dotyczy jedynie zewnątrznych wydarzeń, ale sięga do korzeni moich najgłębszych i najbardziej osobistych przeżyć i doświadczeń. Wspominam je, a nade wszystko dziękuję Bogu: Misericordias Domini in aeternum cantabo!”
Jaka jest historia tego powołania kapłańskiego? „Historia ta znana jest przede wszystkim Bogu samemu. Każde powołanie kapłańskie w swojej najgłębszej warstwie jest wielką tajemnicą, jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka. Każdy z nas kapłanów doświadcza tego bardzo wyraźnie w całym swoim życiu. Wobec wielkości tego daru czujemy, jak bardzo do niego nie dorastamy. Powołanie jest tajemnicą Bożego wybrania: ‘Nie wyście Mnie wybrali, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał’ (J 15,16). [...] Równocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że ludzkie słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru tajemnicy, jaką kapłaństwo w sobie niesie.”
Biografowie Jana Pawła II odnotowują skrupulatnie, że mógł On zostać świetnym polonistą, dobrym aktorem, znakomitym poetą, a został księdzem (we wczesnej młodości takie sugestie od czasu do czasu słyszał od kolegów, nauczycieli, księży). Decyzję o wstąpieniu do konspiracyjnego krakowskiego Seminarium Duchownego Karol Wojtyła podjął, mając 22 lata. Święcenia kapłańskie otrzymał w wieku lat 26. Odbyła się ta uroczystość we Wszystkich Świętych 1946 r. w kaplicy Arcybiskupów Krakowskich: „Tak więc w tej kaplicy, w czasie śpiewu Veni, Creator Spiritus oraz Litanii do Wszystkich Świętych, leżąc krzyżem, oczekiwałem na moment włożenia rąk. Jest to chwila szczególnie przejmująca. Później wielokrotnie sprawowałem ten obrzęd jako Biskup, a także jako Papież. Jest coś dogłębnie przejmującego w tej prostracji ordynandów: symbol głębokiego uniżenia wobec majestatu Boga samego, a równocześnie ich całkowitej otwartości, ażeby Duch Święty mógł zstąpić, bo przecież to On sam jest sprawcą konsekracji.” Pod koniec listopada ks. Karol Wojtyła wyjechał na studia do Rzymu.
W lipcu 1948 r., już po obronie pracy doktorskiej, ks. Karol Wojtyła powrócił do Polski i podjął posługę duszpasterską w wiejskiej parafii niedaleko Bochni. „Pamiętam – czytamy we wspomnieniach – że w pewnym momencie, gdy przekraczałem granicę parafii w Niegowici, uklęknąłem i ucałowałem ziemię.” Ten gest z czasem urósł do rangi ważnego symbolu, był wielokrotnie powtarzany, doskonale go znamy. Pamiętamy Jana Pawła II oddającego w ten sposób cześć krajowi, do którego przybywał jako Papież i Pielgrzym.
„Co znaczy być kapłanem? – zastanawia się Ojciec Święty – Według św. Pawła kapłan jest przede wszystkim szafarzem Bożych tajemnic. [...] Szafarz nie jest właścicielem. Jest tym, któremu właściciel powierza swoje dobra, ażeby nimi zarządzał w sposób sprawiedliwy i odpowiedzialny. Tak właśnie kapłan otrzymuje od Chrystusa dobra zbawienia, ażeby je we właściwy sposób rozdzielał ludziom, do których jest posłany. Chodzi o dobra wiary. I dlatego kapłan jest człowiekiem słowa Bożego, człowiekiem sakramentu, człowiekiem tajemnicy wiary.”
I właśnie tak pełnił posługę kapłańską ks. Karol Wojtyła. Tak pełnił posługę apostolską Jan Paweł II od pamiętnego16 października 1978 r., kiedy to usłyszeliśmy: HABEMUS PAPAM! Tak było do 2 kwietnia 2005 r., do godz. 21.37, kiedy Ojciec Święty zakończył ziemskie pielgrzymowanie.


Źródło: Jan Paweł II, Dar i Tajemnica. W pięćdziesiątą rocznicę moich święceń kapłańskich, Wydawnictwo WAM, Kraków 1996.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

Dar i Tajemnica Jana Pawła II będzie raz jeszcze tematem rozmowy w bibliotece parafialnej, zapraszam we wtorek, 9 kwietnia 2019 r., o godz. 8.45.

 

 

11 dla lajdakow

Wielki Post to czas, kiedy pewnie częściej myślimy o sakramencie pokuty i pojednania, bardziej skłonni jesteśmy wsłuchiwać się w głos sumienia, więcej penitentów gromadzi się przy konfesjonałach. O tym, jak przygotowujemy się do tego szczególnego spotkania z Bogiem, dyskutują ks. Stefan Czermiński i Joanna Kucharczak na kartach książki ROZMOWY O GRZECHACH. Wczytawszy się w ten książkowy dialog, możemy rozpocząć własny, z własnym sumieniem, prowadzący do wyznań w konfesjonale. Oto fragment:

- No, a rachunek sumienia, jak się robi, liczenie grzechów, zasługiwanie na łaski, czy nie świadczy o tym, że Boga traktuje się jak kupca, wielkiego buchaltera? ¬

- To bardzo trafne – kupiec. Od tego, jaki mamy obraz Boga, zależy też odpowiedni styl dogadywania się z takim Bogiem. Jeśli stworzyłem sobie obraz na moje własne podobieństwo – czyli na podobieństwo egoisty – wtedy zastanawiam się, jak mogę dogadać się z egoistą? Próbuję więc wykorzystać domniemany egoizm Boga i kupić Go „zdrowaśkami”, pozorną doskonałością... Spotykam się niekiedy ze strasznym pesymizmem. Pojawia się on paradoksalnie wtedy, gdy człowiek żyje przeświadczony o swojej doskonałości. Kiedy coś mu się zawala, kiedy sam robi jakieś wielkie świństwo, to szybko zaczyna myśleć o piekle. Od razu zaczyna siebie potępiać. [...]
To szatan chce, by zdanie „Jestem podły” stało się moją jedyną prawdą. Takim stwierdzeniem – „Jestem podły, nie ma dla mnie ratunku” – zgrzeszył Judasz i to jest grzech pychy. Człowiek jest kuszony przez szatana, ażeby stracił wiarę w samego siebie. Nawet wtedy, kiedy upada, chce zaimponować sobie i Bogu przynajmniej aktem samopotępienia. To straszne.

Źródło: Ks. Stefan Czermiński, Joanna Kucharczak, Rozmowy o grzechach, Księgarnia św. Jacka, Katowice 2004, s. 26-27.

Polecam, Maria Studencka

 

 

02 dolindo

Ks. prof. Robert Skrzypczak: „Dla ks. Ruotolo kapłaństwo było sposobem [...] przeżywania więzi identyfikacji ucznia ze swym Boskim Mistrzem”.

O kapłanie:
Jezus tobą zawładnął i powinieneś wnieść Jego odblask w ten świat pełen ciemności... Jesteś cały Jego, a On żyje w tobie. Nie ma innego ciała, aby stać się widzialnym, jak twoje; nie ma innej pielgrzymującej duszy, poprzez którą mógłby podejmować na nowo swą drogę miłości, jak twoja; nie posiada innych ust, by przemawiać do ludzi, jak twoje; nie ma innych rąk, by błogosławić i rozgrzeszać, jak twoje. Winieneś zatem żyć w Nim i poprzez Niego. Powinieneś pokochać Go i oddać Mu całkowicie samego siebie do tego stopnia, aby niczego obcego względem siebie w tobie nie znalazł.

Źródło: Ks. prof. Robert Skrzypczak, Perła odnaleziona, [w:] Joanna Bątkiewicz-Brożek, Jezu, Ty się tym zajmij! O Dolindo Ruotolo. Życie i cuda, Wydawnictwo Esprit, wyd. I, Kraków 2017, s. 18.

 

 

04 Jezus z Nazaretu

Przeżywając Boże Narodzenie, warto sięgnąć po prezentowane 4-tomowe dzieło Romana Brandstaettera. Na początek tom I: Czas milczenia.


Jezus z Nazarethu to utrzymana w konwencji realistycznej zbeletryzowana biografia Chrystusa, z barwnymi opisami przestrzeni, realiów miejsc akcji, gdzie żyją bohaterowie. Przekonujący jest portret psychologiczny i Jezusa, i wielu innych postaci znanych z Biblii. Autor zadbał o to, by każdy bohater miał jakąś cechę wyróżniającą, ułatwiającą rozpoznanie go. Podporządkowane narracji dialogi tchną prawdą. Zresztą, cała powieść jest głęboko zanurzona w Piśmie Świętym, więc warto sięgać po nie, czytając kolejne stronice. Np. cytowany niżej fragment rozdziału Zwiastowanie (t. I) zestawmy z Mt 1, 18-25.
Miriam, skupiona i napięta, z lękiem rozważała każde słowo z osobna [...] Wysłannik, niewątpliwiwie odgadując jej myśli, znowu do niej przemówił i prosząc ją, by się nie lękała, zwiastował jej, że pocznie i porodzi Syna, i da Mu na Imię Jeszua, co znaczy:Pan jest zbawieniem [...].


Roman Brandstaetter, Jezus z Nazarethu, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1967, t. 1, s. 25.

 

 

08 moj swiat

Kiedy rozmawiamy z naszymi duszpasterzami, najczęściej stosujemy typowe w komunikacji językowej zwroty fatyczne: „Proszę Księdza!” lub „Księże...!” Ostatnio w naszej parafii słyszymy: „Ojciec...” No, cóż, obce mi to nie jest, brzmi pięknie, ale skąd się wywodzi – musiałam (swoim zwyczajem) „doczytać”, tzn. poszukać kompetentnej wypowiedzi w książkach. Oto jedna z nich: MÓJ ŚWIAT o. Jana Góry. Cytowany niżej fragment zawiera stosowne wyjaśnienie.
Tytuł ojca należy się kapłanowi z trzech powodów. Po pierwsze, na mocy sakramentu kapłaństwa, dzięki któremu jest on ojcem zgromadzenia modlitewnego, starszym i przewodniczącym modlącej się wspólnoty, szczególnie wspólnoty zebranej wokół stołu eucharystcznego. Po drugie, jako szafarz sakramentów jest ojcem dla tych, którym tych sakramentów udziela, ponieważ jest w pewnym sensie źródłem nowego dla nich życia w łasce. W tych dwóch przypadkach jest kapłan ojcem niezależnie od swojej osobistej świętości. [...] Kapłan Chrystusa jest jeszcze ojcem dla ludu mocą swego ducha, mocą swojej osobistej świętości. Kapłaństwo jest duchową służbą, kapłan jest sługą ducha, jest zatem ojcem duchownym dla tych, którym potęgą swego ducha i mocą osobistej świętości służy radą i pomocą w drodze do Boga.
Źródło: Jan Góra OP, Mój świat, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 1983, s. 49.

Polecam, a w bibliotece o tej książce chcę porozmawiać we wtorek, 19 lutego 2019 r. o godz. 8.45.

Zapraszam, Maria Studencka

 

 

06 Jezus Chrystus

Z bibliotecznej półki tym razem wybrałam powieść historyczną JEZUS CHRYSTUS I JEGO APOSTOŁOWIE Jana Dobraczyńskiego. Dlaczego? Otóż, 25 stycznia Kościół upamiętnia św. Pawła Apostoła, a właśnie m.in. o nim interesująco opowiada narrator ww. utworu.
Sanhedryn zlecił Szawłowi z Tarsu specjalne zadanie: miał zwalczać chrześcijan na terenie Damaszku. Szaweł już był przed bramą miasta, kiedy „nagle olśniło go nieznane światło [...], upadł, a wtedy usłyszał nad sobą głos jednocześnie potężny, miażdżący [...] i nieskończenie łagodny: Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?” Tu właśnie jest uchwycony moment nawrócenia tego zagorzałego przeciwnika Jezusa. W tej chwili zrozumiał „rzecz przerażającą, że walcząc dla Boga, walczył z Bogiem”. Odtąd życie Pawła potoczyło się diametralnie. Czerpiąc z dzieła J. Dobraczyńskiego, apostolskiej posłudze Pawła z Tarsu poświęcimy „Poranek z książką” w bibliotece (piątek, 25 stycznia 2019 r.).

Źródło: Jan Dobraczyński, Jezus Chrystus i jego apostołowie, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958.

Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

10 kempis

Tę książkę domniemanego autorstwa średniowiecznego teologa i mistyka Tomasza z Kempis (1380-1471) czytali przed nami ludzie wielcy: teolodzy, filozofowie, pisarze (np. Ignacy Loyola, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Bolesław Prus, ks. Jan Twardowski, poetka i tłumaczka Anna Kamieńska), by w ten sposób uczestniczyć w swoistym dialogu z Nauczycielem, by Go posłuchać. Jest, bowiem, to dzieło taką rozmową Chrystusa z duszą ludzką, Oblubieńca z Oblubienicą. Jak wnikano w tę księgę? Jedni włączali się w ten dialog systematycznie, czytając przekaz od deski do deski, strona po stronie; inni włączali się „na wyrywki”, kolejni wertowali księgę, szukając odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Na kartach tego utworu znajdujemy wiele aforyzmów, sentencji, stąd kojarzy się on ze starotestamentowymi księgami mądrościowymi: Prz, Mdr, Syr, i taki też ma układ kompozycyjny. Zresztą, redaktorzy współczesnego wydawnictwa zamieścili na marginesie tekstu odsyłacze do ST i NT.
Wybrałam tę książkę do czytania w bibliotece parafialnej w kolejne wtorki Wielkiego Postu, by „czynić swoje”, by być bliżej Nauczyciela. A do niniejszej prezentacji włączam kilka cytatów ze stron, gdzie się książka otworzyła.
- Jesteśmy tak słabi, że często łatwiej nam myśleć i mówić o ludziach źle niż dobrze. (s. 27.)
- Wybieraj takie lektury, które raczej pobudzają myśl, niż zaspokajają ciekawość. (s. 46.)
- Czemu szukasz spoczynku, skoroś urodzony dla trudu? (s. 82.)
- Kto usiłuje uchylić się od posłuszeństwa, sam uchyla się od łaski. (s. 115.)
- Czasem to nawet dobrze, że sługa Boży musi znieść pokusę zwątpienia. Niewiernych i grzeszników diabeł nie kusi, bo już ma ich w ręku, wiernych zaś i pobożnych kusi i dręczy na różne sposoby. (s. 235.)


Źródło: Tomasz à Kempis, O naśladowaniu Chrystusa, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1989.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

07 blogoslawienstwo

Ta książka ma stron niewiele, zaledwie 64, i w ogóle nie wolno jej streszczać, trzeba w nią wniknąć, trzeba się „wczytać”, trzeba przeżyć. Rozważania o cierpieniu rozpocznijmy od pochylenia głowy nad głębią paradoksu wyrażonego w tytule: NIECHCIANE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO.

Polecam te refleksje każdemu, kto cierpi, kto z empatią odnosi się do cierpiących, kto chce pomóc sobie i innym (nie tylko raz w roku okolicznościowo w Światowy Dzień Chorego). Podsuwam tę książkę także tym, którzy porażeni własną bezradnością, sądzą, że dla cierpiących nic zrobić nie mogą. Mogą.

Popatrzmy na „rupiecie” naszego życia i pomyślmy, jakim skarbem mogą się stać w rękach Pana... wszystkie te rozczarowania, złamane serca, zawody, upadki, choroby, trudności wszelkiego rodzaju, irytacje, które wywołują niecierpliwość i zdenerwowanie. Zbierzmy je wszystkie razem i zacznijmy je używać dla Królestwa Bożego i zbawienia dusz. Kiedy uświadomimy sobie, jak wiele mamy do ofiarowania Panu, będziemy bardzo zajęci, by użyć tych skarbów. [...] A gdyby tak dosolić nasze modlitwy szczyptą cierpienia, które ofiarujemy Panu bez narzekań, chętnie i z miłością.


Źródło: Frances Hogan, Niechciane błogosławieństwo, Wydawmictwo M, Kraków 1993.
Polecam, Maria Studencka

 

 

05 Klopotliwa milosc

Miłość jest zawsze trochę kłopotliwa,
bo nie chce odpowiedzi w słowach
lecz w życiu.


Źródło: Jacek Tonkowicz, Kłopotliwa miłość, Świebodzin 2003, s. 4 okładki.


Słowo odpowiednie do myśli (Mdr 7, 15.) – to temat rozważań na kanwie wierszy ze zbioru „Kłopotliwa miłość” o. Jacka Tonkowicza (franciszkanin, poeta, malarz, rzeźbiarz, muzyk). Tomik ten wybrałam na piątkowy „Poranek z książką”. Proszę się nie obawiać, nie zadam tego wykpiwanego pytania: „Co autor miał na myśli w wierszu?”, bo i sama na takowe nie umiałabym odpowiedzieć. Przecież utwór liryczny jest zapisem chwili, jakiegoś wrażenia, bywa bardzo osobistym wyznaniem, taką kartką z pamiętnika. Potem wszystko się zmienia, a wiersz pozostaje i żyje już własnym i czytelników życiem. To właśnie my, czytelnicy, możemy wiersz uczynić źródłem inspiracji dla naszych skojarzeń i refleksji.
W prezentowanym zbiorze są miniatury liryczne utrzymane w konwencji wiersza współczesnego, więc zwykle nie ma tu kropek, przecinków, rymów. Zatem, co tu jest, jak tu funkcjonuje słowo: zastosowano tu taki zabieg artystyczny, który pozwala adresatom współuczestniczyć w swoistym kontynuowaniu rozważań zapoczątkowanych przez poetę. Co to za środek artystyczny? –

Opowiem w bibliotece 18 stycznia 2019 r. o godz. 8:45.
Polecam i zapraszam, Maria Studencka

 

 

 

 

 

 

Copyright © Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Jana Bosko